Reklama

Sędziuje największe gwiazdy

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
17/05/2013 14:48

Mało kto wie, że Ariel Lisowski, sędzia tenisowy mieszkający w Sochaczewie, sędziował mecze największych gwiazd tenisa ziemnego: Radwańskiej, Szarapowej, Woźniackiej i innych...  Jak wspomina Ariel, zawsze ciągnęło go do tenisa. Gdy był mały, przechodząc obok kortów przy ul. Warszawskiej, zawsze przystawał i, obserwując grających, marzył, by grać razem z nimi. Jednak zapędy te gasiła zazwyczaj myśl, że to sport bardzo drogi, więc gdzie mu tam do niego.

Rakieta znaleziona w szafie

Pewnego dnia jednak, zupełnie przypadkiem, grzebiąc w szafie u babci, znalazł starą rakietę tenisową. Był to Polonez z lat 80., którego ma do dziś, na dodatek z oryginalnym naciągiem. Oczywiście już tylko jako pamiątkę. Ale właśnie tym Polonezem długo odbijał o ścianę bloku, w którym mieszkał, aby w końcu trafić na sochaczewskie korty, bo ktoś powiedział, że w wakacje młodzież do 16.00 może grać za darmo. I tak się zaczęła, trwająca już albo dopiero 10 lat, przygoda Ariela z tenisem.

Reklama

- Żadnych tradycji tenisowych w mojej rodzinie nie ma - mówi Ariel Lisowski - na co wskazywałaby rakieta w szafie babci. Wzięła się tam stąd, że dziadek, będąc za granicą, kupił ją dla siostry mojej mamy, a wszystko na fali sukcesów Wojciecha Fibaka. Jednak ciocia nie grała i rakieta przeleżała, by po latach trafić w moje ręce.

Droga od amatorskiego grania do zawodowego sędziowania też, jak twierdzi Ariel, zaczęła się przypadkowo. Kiedyś wszedł na stronę Polskiego Związku Tenisowego i z ciekawości kliknął na zakładkę sędziowie. Zainteresowało go to, bo były tam informacje o turniejach, wyjazdach, sędziowaniu, były ciekawe zdjęcia z meczów. A także wskazówki, co trzeba zrobić, aby zostać sędzią. Okazało się na przykład, że aby przystąpić do kursu na pierwsze podstawowe uprawnienia wystarczy mieć 16 lat i zaświadczenie lekarskie. Natomiast nie ma górnej granicy wieku. Ariel, już po kilku miesiącach, taki kurs ukończył.

Reklama

Sędzia to nie człowiek z łapanki

- Wygląda to w ten sposób, że nie każdy musi być sędzią stołkowym - mówi Ariel Lisowski. - Są osoby, które pracują tylko na linii lub tylko jako sędziowie naczelni (robią losowanie, plan gier itp.) albo szefowie sędziów, którzy w dużych turniejach zawiadują wszystkimi pracującymi tam sędziami.

Sędziowie dzielą się też na krajowych i tych mających już uprawnienia międzynarodowe. Wśród nich są tzw. białe, brązowe, srebrne i złote blachy. Najwyższe uprawnienia (złota blacha) mają sędziowie, których oglądamy na największych pokazywanych w telewizji turniejach. Chociaż w pierwszych rundach tzw. wielkiego szlema mogą sędziować ludzie z brązową lub srebrną blachą, ale dalej już nie.

Reklama

- Ja mam zieloną blachę - mówi Ariel Lisowski - to w Polsce najwyższe uprawnienia, oznaczające, że mogę jako stołkowy sędziować na zawodowych turniejach międzynarodowych odbywających się w naszym kraju, do 25 tysięcy dolarów puli nagród. I na takich pracowałem. Oraz na tzw. challengerach o puli nagród od 35 do 120 tys. dolarów. Natomiast jako sędzia liniowy - na całym świecie, również w finale Wimbledonu. Tak więc nawet sędzia liniowy nie jest z łapanki u okulisty, ale przechodzi wiele różnych kursów i szkoleń, by potrafił zachować się w różnych sytuacjach i umiał stosować tenisowe procedury.

Biedny brat tenisisty

Reklama

Na pytanie, czy da się z tego wyżyć, nasz rozmówca odpowiada, że w polskich realiach raczej nie. Na razie mu to wystarcza, bo sędziuje głównie w wakacje, gdy ma przerwę w studiach. Wtedy wyrusza w turniejową trasę. - Tylko że nie zawsze przypomina to wakacje, bo są takie turnieje, że przez parę dni widzę tylko korty i hotel. Dobrze, że przejazdy, zakwaterowanie i wyżywienie sędziów opłaca organizator - dodaje Ariel.

Sędziowie krajowi nie mają lekko. Na przykład liniowi otrzymują jedynie 100 złotych brutto za dzień pracy i to niezależnie od tego, ile meczów sędziują. Jak mówi Ariel, on, jako sędzia stołkowy, może w Polsce zarobić od 120 do 160 zł dziennie brutto. Na pewno jednak niejeden kibic tenisa, znając astronomiczne zarobki najlepszych graczy, zastanawiał się, oglądając na przykład finał US OPEN, ile też dostanie za mecz facet siedzący na stołku. I tu zapewne też zaskoczenie, bo, jak się dowiadujemy od naszego rozmówcy, maksimum 300 dolarów dziennie. Wydawać by się mogło, że to rażąco mało. I tak pewnie jest, ale oni, sędziowie z najwyższej półki, jak twierdzi Ariel Lisowski, sędziują góra dwa mecze dziennie. Przez 10 dni turnieju zarobią więc 2-3 tysiące dolarów, ponadto darmowe przeloty samolotem na kolejne turnieje oraz zakwaterowanie i wyżywienie w najlepszych hotelach, tam gdzie mieszkają zawodnicy. - W tej sytuacji nawet nie ma okazji tych pieniądzy wydawać - dodaje Ariel. - Tyle, że jest to na pewno kosztem życia rodzinnego i znam historie sędziowskich rozwodów oraz samotnego życia na walizkach.

Reklama

Uwierzyła mu Szarapowa

Ale i sędziemu z Sochaczewa przydarzyło się kilkakrotnie spotykać i sędziować mecze wielkich gwiazd. Na razie podczas międzynarodowych turniejów w Polsce. Głównie na warszawskim turnieju Warsow Cap. Tam właśnie Ariel Lisowski sędziował mecze z Marion Bartoli, Marią Szarapową, Karoliną Woźniacką, Jeleną Dementiewą.

- Z meczu z Marią Szarapową, który sędziowałem na linii - mówi Lisowski - pamiętam sytuację, gdy dwa razy po mojej decyzji poprosiła sędziego głównego, aby sprawdził ślad piłki. W obu przypadkach wyszło na moje, więc już później chyba mi uwierzyła, bo przestała sprawdzać, mino że tych piłek wątpliwych, blisko linii, było jeszcze w tym meczu wiele.

Reklama

Ariel sędziował także podczas meczu Pucharu Federacji Polska-Belgia, gdzie grała Agnieszka Radwańska i Janina Wickmayer i, jak mówi, nie zauważył, aby Agnieszka przesadnie gwiazdorzyła, ale też potrafi swoje pięć groszy sędziemu wsadzić, gdy jej się czymś narazi. Natomiast zupełnie bezpośrednia i otwarta na kontakty jest Karolina Woźniacka, którą Ariel poznał osobiście. Wspomina też, jak wcześniej, podczas któregoś meczu, rozpędzona wpadła na niego, przygniatając do ściany kortu, ale przeprosiła z uśmiechem, nie było żadnego zgrzytu. Sędziował też na stołku mecze Urszuli Radwańskiej i Jerzego Janowicza. Choć jak opowiada, jego obserwacje tenisowych gwiazd są nieco z boku, bo sędziowie z zasady unikają bezpośrednich kontaktów z zawodnikami. Chodzi o to, by nie było potem żadnych kłopotów z sędziowaniem. 

A kiedy Ariel Lisowski zasiądzie na stołku podczas finału wielkiego szlema? Jak sam twierdzi, teoretycznie mógłby już za rok, bo zdobycie uprawnień nie jest specjalnie trudne. Znacznie jednak trudniej jest wypełnić limit sędziowania. Potrzeba sporej ilości lepszych turniejów, a z tym byłby kłopot. Ale może za dwa, trzy lata

Reklama

Sławomir Burzyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama