Reklama

Sochaczew - Damaszek - finał

16/05/2011 08:40
16 - Pożegnanie Turcji

Jak zwykle były problemy ze wstawaniem, na szczęście spakowaliśmy się dzień wcześniej więc poranna rutyna była łatwiejsza. Zapakowani żegnamy się z centrum i kierując się bardziej na azymut niż znakami wjeżdżamy na autostradę. Jest trochę smutno bo to już ewidentnie powrót, nie planujemy już żadnych przystanków na zwiedzanie. Teraz pozostaje nam podziwianie krajobrazów z siedzenia motocykli, a to pierwszorzędne miejsce, z pełną panoramą. Na szczęście pogoda będzie nam towarzyszyć już do końca podróży. Przed przekroczeniem granicy trzeba jeszcze wysłać pocztówki, a więc skręcamy do jakiegoś małego miasteczka w którym gubimy się na godzinę. Zjadamy ostatni turecki obiad i kierujemy się do unii. Na granicy korek i nie chcą za bardzo przepuścić motocyklistów więc pieczemy się na słońcu, przy okazji robiąc kilak zdjęć aparatem „Zorka 5”. Do Bułgarii wjeżdżamy z pewną podejrzliwością, co nas czeka, czy znowu deszcze tropikalne z północnymi wiatrami? Na szczęście pogoda jest ładna i możemy wreszcie ujrzeć piękno Bułgarii, Sofia jak się okazuje jest położonym pośród ośnieżonych szczytów miastem od widoków odciągają wzrok dziury w Bułgarskim wyrobie obwodnicopodobnym. Bułgaria powitała nas jeszcze jednym – wreszcie paliwo w akceptowalnej cenie, a nie jak w Turcji po 8 zł za litr. Gdy wjechaliśmy do Bułgarii przyznaje, że brakowało mi tej Azjatyckiej energii w arteriach miast. Zaczęły się za to podchody ze stojąca przy drodze Policją. Tak upłynął nam dzień i o zmroku wjechaliśmy do państwa które nas najbardziej pozytywnie zaskoczyło podczas tej wyprawy, czyli Serbii. Popołudniowa jazda w kierunku zachodzącego słońca po górskich serpentynach i tunelach wykutych w skale to spełnienie marzeń każdego motocyklisty. Więc skoro mamy taką okazję to podejmujemy rękawice i zaciskamy każdy zakręt odkręcając manetkę gazu na wyjściu. Porykiwanie silników w tunelach pozwala nam się rozbudzić z letargu autostradowej jazdy i z zastrzykiem adrenaliny po raz drugi podczas tego wyjazdu wjeżdzamy do Niszu gdzie czekają na nas w hostelu Good Night – promocja na noclegi niby się skończyła, ale my jako stali bywalcy nie dajemy się zwieść i z sympatyczną Panią recepcjonistką ustalamy poprzednią cenę. Wielu Serbów nie poznałem, ale widać że mają oni słowiańską duszę i dogadać się z nimi nie trudno. W czasie gdy Maciek się rozpakowywał skoczyłem jeszcze po zestaw imprezowy, czyli buteleczkę piwa i burka – taki przysmak, a nie pies. W ten sposób w komfortowych warunkach poszliśmy spać. Właściciel jeszcze powiedział że możemy opróżnić lodówkę z soku i vodyvody.


Dzień 17 - Serbia – Węgry – Słowacja

Myślę, że gdybyśmy byli bardziej zorganizowani i wyruszali z rana to pokonalibyśmy trasę do Polski o jeden dzień szybciej, tylko po co – hello … jesteśmy na wakacjach. Z resztą trochę szkoda wracać do naszej rzeczywistości. Hostel w Niszu tak nam się podobał, w porównaniu do Turcji gdzie toaletę mieliśmy na balkonie, że opuściliśmy go dopiero przed południem. Gdy Maciek jeszcze pisał dla Was relacje, ja zrobiłem krótki wypad na miasto w którym urodziło się dwóch Imperatorów starożytnego Rzymu. I to by było na tyle na temat miasta. W Niszu było również muzeum obozu koncentracyjnego, ale nie takich emocji poszukiwałem. Przed odjazdem uzupełniliśmy jeszcze płyny wodą o nazwie Vodavoda, której butelka przypominała opakowanie mocniejszego przezroczystego trunku. W drodze mogliśmy zobaczyć piękne krajobrazy Serbii. Przejeżdżając przez Belgrad zażyczyłem sobie żeby zobaczyć starówkę do czego Maciek nie był entuzjastycznie nastawiony, ja się uparłem i utknęliśmy w korku w centrum, ale starówka była odfajkowana. Przynajmniej teraz wiem, że naprawdę warto wrócić do tej stolicy. Z prędkościami autostradowymi pomknęliśmy dalej. Na granicy węgiersko-serbskiej poznaliśmy kolegę z Bałkanów, który na swoim GSX-F"ie towarzyszył nam aż do Budapesztu. Obwodnica miasta była tego dnia zakorkowana, ale my nie powozimy katamaranów ( - synonim samochodu w żargonie motocyklistów), tylko jednoślady, którymi przeciskaliśmy się między tirami. W Bratysławie, zaczęliśmy szukać noclegu, a że ja wybredny po Serbskiej gościnności nie chciałem jechać do pokoju 2x2 m u Szkorpiona to zaczęliśmy rozglądać się za czymś w centrum, po obejrzeniu kilku „apartamentów” znaleźliśmy ustronny pensjon z barem, z którego skorzystaliśmy – bo jak tu nie wypić słowackiego piwa.


Ostatni dzień

Od razu mówię: Tak, dojechaliśmy, do Sochaczewa jesteśmy cali i zdrowi. W Bratysławie już czuliśmy, że dziś wyśpimy się we własnych domach i to pchało nas do celu. Pogoda znowu była świetna i zanim się obejrzeliśmy przekroczyliśmy granicę, jeszcze przed Polską zjedliśmy Słowacki obiad, żeby mieć energię na walkę z polskimi drogami i kierowcami. Po tylu kilometrach wydaje mi się, że wiem dlaczego polscy kierowcy są tacy nerwowi – to przez stan polskich jezdni. Od razu po przekroczeniu granicy wpadliśmy w korek, który z małymi przerwami ciągnął się pod drzwi naszych domów. Ciekawostka: co tworzy korek zaczynający się od Częstochowy do Mszczonowa? Odpowiedź: zaparkowana na środku jezdni wywrotka z budowy. I jak tu nie zgłupieć. Do Sochaczewa dotarliśmy około 21 gdzie powitali nas najbliżsi, którzy cały czas trzymali za nas kciuki. Chyba muszą ich jeszcze boleć bo podsumowując: była to wspaniała przygoda i nic złego nam się nie przytrafiło. Nawet żarówka się nie przepaliła. Oby następne wyprawy były równie udane. Mamy nadzieje, że będziemy się mogli niedługo podzielić naszymi innymi relacjami. Dziękujemy wszystkim którzy nas wspierali, martwili się o nas i zagrzewali przed dalszą drogą. Do następnego razu.

Artur i Maciek


Kilka uwag na temat ruchu ulicznego w Turcji:

Przyznam, że z Maćkiem mieliśmy różne poglądy na styl jazdy w „Azji”, w porównaniu do „Europy”. Ja dosyć entuzjastycznie dawałem się ponosić nurtowi Tureckich ulic, na których panował permanentny chaos, gdy tymczasem Maciek starał się jeszcze zachować pewną przyzwoitość. Może było to z mojej strony nieodpowiedzialne, gdyż nie miałem takiego wyrobienia w ich kulturze (a raczej braku) i mogło się to skończyć dla mnie źle, ale suma sumarów obydwaj przetrwaliśmy. Komunikacja ma w sobie taką energię, że staje się żywym organizmem, każda luka w krwoobiegu ulic miast musi być wypełniona i wydaje się to naturalne. Nie ma tutaj dojeżdżania do skrzyżowań na luzie, czy ospałości w ruszaniu spod świateł. Współdzielący jezdnię zaraz dają ci znak, żeby cię pogonić. Z tym, że w Turcji, nie czułem agresji na drodze, te wszystkie trąbienia czy mrugania światłami były raczej formą komunikacji niż wulgarnością drogową. Do tego podczas całej podróży nie zauważyłem żadnego wypadku, kierowcy w Turcji jeżdzą jak drapieżnicy wśród drapieżników i jeżeli trafi im się taki europejski kierowca o stylo jazdy ślimaka, to nie dadzą mu się nawet włączyć do ruchu. Trzeba więc szybko ewoluować do ich poziomu wtedy rozpychając się łokciami, utrzymasz się na powierzchni płynącej rzeki pojazdów. Inną zasadą jest: kto większy ten lepszy i kolejność w łańcuchu pokarmowym jest taka: insekty – ludzie (nie mający żadnych praw na drodze – muszą przebiegać nawet na swoim zielonym świetle), szarańcza miejska – skutery, samochody – mistrzowie tuningu, autobusy – szarżujący piraci (którzy wyprzedzali nas w zaskakujących miejscach typu ślepe zakręty) oraz na ostatnim miejscu królowie szos TIRy – dyktujące zasady na drogach.



Wyprawę wspierał:
















Zobacz wcześniejsze relacje:
Pierwsza relacja z wyprawy
Żegnaj deszczysta Unio
Wybrzeże Morza Egejskiego
Zasłużone lenistwo
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama