Reklama

Sochaczewianin Roku 2009 - Joanna Niewiadomska-Kocik prywatnie

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
11/05/2010 11:52
- Być może to pytanie banalne, ale muszę je zadać. Jak pani dyrektor przyjęła wiadomość o zwycięstwie w tegorocznym plebiscycie i przyznaniu pani, głosami mieszkańców, tytułu Sochaczewianina Roku 2009? - Oczywiście z wielkim zaskoczeniem. Chociażby z tego powodu, że nie jestem mieszkanką Sochaczewa. Pochodzę z Żyrardowa, a obecnie mieszkam w warszawskim Wilanowie. Nie mam tu rodziny, chociaż przyjaciół owszem. Jednak od 24 lat związana jestem z muzycznym środowiskiem tego miasta. Najpierw poprzez swoją edukację artystyczną w sochaczewskiej szkole II stopnia, jakiej wówczas nie było jeszcze w moim rodzinnym mieście. Później, już po studiach, jako nauczycielka tej szkoły, zaś od 10 lat – jej dyrektor. - A kto był pani nauczycielem fortepianu w Sochaczewie? - Być może niektórych zaskoczę, gdy powiem, że był to mój obecny zastępca prof. Zbigniew Nasarzewski. A wracając jeszcze do splendoru, jaki na mnie spłynął, to jest to oczywiście bardzo miłe, ale ten ciężar jednak się czuje. Jest to sytuacja, która niewątpliwie skłania do pewnych podsumowań i refleksji oraz wartościowania tego, co się robi i co się jeszcze zamierza zrobić. Na pewno jednak, z uwagi na wymiar tej nagrody, są to niezwykle miłe chwile, z pewnością więc zapamiętam je do końca życia. Wspaniała jest również rzeźba, którą z tej okazji otrzymałam. Mój mąż jest nią zachwycony i już wwiercił haczyk w centralnym miejscu salonu. Chociaż ja optuję za tym, aby wisiała ona w szkole. Pewnie będę musiała ją wozić, by była i tu, i tam. - Nie każdy może wie, że jest pani również organistką z bagażem kilku lat pracy w kościele. - To prawda, ukończyłam w warszawskiej Akademii Muzycznej Wydział Pedagogiki Instrumentalnej ze specjalnością fortepianu, ale także Instytut Organowy i przez siedem lat byłam organistką w Parafii Salezjańskiej w Żyrardowie. Przeszłam tam niezłą szkołę, było to bowiem niemal wyczynowe granie. Zwłaszcza w niedziele, gdy zaczynałam za 15 siódma i grałam niemal bez przerwy 7-8 mszy pod rząd. To wielki fizyczny wysiłek. Zimą natomiast palce przymarzały mi dosłownie do klawiszy, ale takie są uroki pracy organisty. - Dlaczego po studiach wróciła pani właśnie do Sochaczewa? - No cóż, wydawało mi się wtedy to naturalne, że będę uczyć tam, gdzie sama wcześniej zdobywałam muzyczną wiedzę i umiejętności. Muszę jednak zdradzić, iż w pewnym momencie niewiele brakowało, abym z Sochaczewa wyjechała na dobre. Jakieś 11 lat temu powstał pomysł, by założyć prywatną szkołę muzyczną w Wilanowie, gdzie już wówczas mieszkałam. Mieliśmy wszystkie zezwolenia, lokum oraz obsadę profesorską, gdy... niespodziewanie tu, w Sochaczewie, odwołany został na wniosek Rady Pedagogicznej mój poprzednik i wtedy, po namowach kolegów, przystąpiłam do konkursu. Odłożyłam wówczas swoje wcześniejsze zamierzenia, bo, co tu dużo mówić, sentyment do tego miejsca wziął górę. - Pani zmieniła też oblicze profesorskie szkoły. Kadra została odmłodzona i obecnie większość przyjeżdża tu spoza Sochaczewa, głównie z Warszawy. - To nie ja spowodowałam, lecz prawo, które zmieniło się do tego stopnia, iż nauczyciele, którzy zdobyli kwalifikacje ileś lat wcześniej, nagle dowiedzieli się, że ich nie posiadają. Nie uważam, żeby to było do końca dobre, ponieważ, tak jak w rodzinie, również w szkole, zmiany pokoleniowe powinny następować w sposób naturalny. Powinni być starsi nauczyciele, bardziej doświadczeni, średnie pokolenie oraz to najmłodsze, dopiero uczące się tego fachu. Były to dla mnie bardzo ciężkie decyzje i na pewno nadszarpnęły moje zdrowie, ponieważ nie mam natury władczej, zdmuchującej ludzi z powierzchni ziemi. Zwłaszcza, że byli to przecież moi koledzy, a nawet przyjaciele. Niestety na niektóre sytuacje zupełnie nie mamy wpływu. - Przechodząc w bardziej prywatne rejony pani życia, chciałabym zapytać o inne, pozamuzyczne zainteresowania. - To nie będzie proste, bo moje życie trudno oddzielić od muzyki. A to z racji tego, że również mój mąż jest muzykiem, organistą, więc dom jest podporządkowany na ogół temu, co zawodowo robimy. Bo oprócz tego że jest to nasza praca, to jest to również nasza pasja. Natomiast bardzo lubię miejsce, w którym mieszkam. Z okien widzę pałac wilanowski i otaczający go park. Są tam w ciągu dnia co prawda tłumy turystów, ale wtedy jestem w Sochaczewie. Wieczorem zaś, gdy miejsce to pustoszeje, Wilanów jest bardzo piękny. Nie jestem jednak domatorką, bo naszą drugą pasją są na pewno podróże. Każdą wolną chwilę staramy się wykorzystać na oglądanie innych krajów i odmiennych kultur. Na przykład w ubiegłym roku byliśmy w Bawarii i oglądaliśmy zamki Ludwika Bawarskiego. Przy okazji chcę powiedzieć, że w tej chwili jest tyle różnorodnych turystycznych ofert , iż podróże wcale nie wymagają jakichś nadzwyczajnych nakładów finansowych. - A kino i teatr? - To wpisuje się częściowo w moje zainteresowania, bowiem z racji różnych projektów muzycznych, które wraz z mężem realizujemy, znam dość dobrze środowisko aktorskie, z niektórymi osobami nawet się przyjaźnię. Ja jednak wolałam kino z poprzedniej epoki. Obecne molochy liczące po kilkanaście sal i okropnie głośny dźwięk, który stamtąd dobiega, są straszne. Te decybele mnie przerażają, przeszkadzają w odbiorze sztuki. Nie znaczy to, że w ogóle nie chodzę do kina, ale tylko na specjalnie wybrane filmy. - To może telewizja... - Owszem, głównie gdy jestem przemęczona, to odreagowuję przy bezpretensjonalnych komediach. Szczególnie lubię te z de Funesem i mam ich całą kolekcję. Mimo to, gdy ostatnio w telewizji był „Fantomas”, to podczas robienia obiadu znów go oglądałam i jak zwykle nieźle się ubawiłam. Dlatego ciągle marzę o tym, aby wybrać się na Lazurowe Wybrzeże, oczywiście do Saint-Tropez. Zaś mój ulubiony film z Luisem de Funes to „Dyrygent”. Jeszcze inną formą mojego odreagowywania napięć jest na pewno kuchnia. - Co wobec tego jest pani specjalnością kulinarną? - Mam wiele takich specjalności, przede wszystkim jednak lubię tradycyjne polskie jedzenie. Nie wyobrażam sobie również świąt rodzinnych, które nie odbywałyby się u nas w domu., bo wtedy właśnie jest okazja, by przyrządzać takie potrawy. Lubię gotować, i nawet jak rozbijam mięso na kotlety, robię to w rytm muzyki , która akurat chodzi mi po głowie. Bywało też wcześniej, że na święta wypiekałam ozdobne pierniczki na choinkę i obdarowywałam nimi kolegów w szkole. Dziś niestety brakuje mi na to czasu. Za to w tym roku, przed Świętami Wielkanocnymi, upiekłam całą masę drożdżowych babeczek, aż z 9 kilogramów mąki! Rozdzieliłam je wśród znajomych i rodziny. - W poszukiwaniu pasji i zainteresowań pani dyrektor zapytam jeszcze o sport. - I tu pewnie niektórych zadziwię. Kiedy bowiem byłam w liceum, na dodatek w klasie biologiczno-chemicznej a nie sportowej, był taki moment, gdy ważyły się losy, czy mam zostać sportowcem, czy muzykiem. Bo byłam mistrzynią województwa w skoku w dal oraz w biegach przełajowych. Gdy teraz moi uczniowie o tym ode mnie słyszą bardzo ich to bawi. Wówczas przynoszę im gazetę i pokazuję. Nadal też od czasu do czasu biegam po ścieżkach w Wilanowie i gdy założę tę koszulkę, którą otrzymałam podczas finałowej uroczystości plebiscytu, z napisem: „Joanna - Sochaczewianin Roku 2009”, to na pewno zrobię furorę. - Życzę więc dalszych sukcesów na wielu polach i dziękuję za rozmowę. Małgorzata Pałuba -
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości