Rozmowa z Beatą Brymorą - Kim pani jest? - Żoną, mamą, kobietą, ogrodnikiem, pracownikiem, ale przede wszystkim człowiekiem. - Dlaczego znalazła się pani w gronie osób nominowanych do tytułu "Człowieka Sukcesu 2002"? - Bardzo mnie to zaskoczyło. Nie widzę w sobie oznak spektakularnego sukcesu. Niczego szczególnego nie dokonałam i chyba nawet nie mogłabym. Nie mam takiej osobowości, obca mi jest potrzeba "uderzania w cel", zdobywania. Jestem człowiekiem cierpliwym, krok po kroku idącym do celu... ale właśnie, właśnie, czy ja idę w jakimś celu?... Tak. Moim celem jest tak przeżyć życie, żebym i ja z niego miała radość, i wszyscy, którzy są obok mnie. To najważniejsze. A poza tym staram się samej kierować swoim życiem, ja stawiam mu warunki, a nie ono mnie. Wiem, że do końca nie jest to możliwe, ale postępuję tak, by zawsze mieć szansę wyboru i podjęcia decyzji. - Lubi pani słowo "sukces"? - Chyba nie, jest takie pompatyczne... oj, nie wiem, czy mogę tak mówić... - To inaczej: czy miarą życia jest sukces? - Nie, miarą życia jest szczęście. Dla mnie sukces łączy się z jednostkowym, szczególnym wyczynem, natomiast szczęście buduje się codziennie, cierpliwie i przez całe życie. Choć, by być szczęśliwym, trzeba osiągać pojedyncze sukcesy. - Zatem, idąc tym tropem myślenia, na przyznanie Beacie Brymorze nominacji złożyły się właśnie te małe zwycięstwa, osiągane krok po kroku? - Tak myślę. - A fakt, że w naszym środowisku od dawna jest już pani osobą publiczną? - Tak, na pewno. - A co pani powie na to, że w tym kontekście przez osoby zupełnie postronne jest pani kojarzona z charytatywno-promocyjno-reklamową działalnością Masterfoods? - Masterfoods swojej aktywności na terenie sochaczewskim nie traktuje w kategoriach reklamowych . To realizacja społecznej roli biznesu. W zaawansowanych demokracjach jest to absolutnie naturalne, wpisane w kodeks każdej odpowiedzialnej firmy. Przedsiębiorstwo tak wielkie powinno pełnić funkcję ważną społecznie, nie może się odizolować i zorientować wyłącznie na osiąganie zysku. Funkcjonuje zupełnie jak człowiek, choć być może człowiek pojedynczy nie może być osobą tak wpływową i znaczącą, ale przedsiębiorstwo, które reprezentuje ponad tysiąc osób i ma do tego środki, może i powinno funkcjonować jak dobry sąsiad. Masterfoods ma i chęci i możliwości. Ale sądzę, że na dobre postrzeganie mojej osoby zasłużyłam sobie nie tylko 10-letnią pracą dla tej firmy. Myślę, że zawdzięczam to również temu, że stąd pochodzę, jestem sochaczewianką. Duży wpływ mieli tu moi rodzice, mama prawie przez trzydzieści lat była nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 2, tata jest urodzonym społecznikiem. Wiele lat pracował w Energomontażu, i poprzez zaangażowanie swojej firmy w życie Sochaczewa, współpracował z tymi samymi osobami, z którymi ja teraz mam przyjemność pracować. Takie spojrzenie na świat, otwartość, chęć pomagania innym wynosi się z domu. Rodzina taty pochodzi z Wielkopolski. Moja zaradność, czasami przesadna oszczędność i organizacja pracy to chyba bezpośrednie dziedzictwo rodzinne. A firmie, dla której pracuję, mogę zawdzięczać to, że potrafiła te strony mojego charakteru dostrzec i oszlifować. Dziś wzajemnie z tego korzystamy. - Pracowała pani kiedyś poza Sochaczewem? - Moim pierwszym pracodawcą była redakcja Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, to był chyba 1987 rok. Środowisko telewizyjne ma swój szczególny charakter, nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Próbowałam w kilku innych redakcjach, ale to nie było to, czego szukałam... - A potem? - Piękna i bardzo ważna przygoda mojego życia. Na przełomie 1989/90 wróciłam do Sochaczewa (ponad 9 lat mieszkałam w Warszawie). Mój brat dał genialny temat: Żelazowa Wola! Podpisaliśmy umowę współpracy z Towarzystwem im. F. Chopina i przez ponad dwa lata prowadziliśmy sklepik muzyczny na terenie parku w Żelazowej Woli. Przejmowaliśmy sklep z dwoma kasetami i paroma nieciekawymi widokówkami, a kiedy przygoda się kończyła, byliśmy największym sprzedawcą płyt kompaktowych w Polsce, wydawcą wielu publikacji chopinowskich, prowadziliśmy sprzedaż wysyłkową do Japonii, współpracowaliśmy z największymi pianistami, pomagając im nawet w doborze repertuaru na kasetach i płytach CD! W 1990 roku prowadziliśmy pełną obsługę handlową Konkursu Chopinowskiego, obsługując w ciągu trzech tygodni kilkanaście tysięcy gości Konkursu, w tym również Królową Hiszpanii. Było to wielkie wyróżnienie i zaufanie ze strony Towarzystwa Chopinowskiego, również wielkie zobowiązanie. Do tej pory Chopin to moja wielka miłość... - Może szkoda, że pani zmieniła pracę, tam się przecież marnuje ogromny potencjał. - Tak, to prawda, możliwości tego miejsca nie są w pełni wykorzystane. - I zaczęło się Masterfoods. Kim pani właściwie jest dla tej firmy? - Do 1996 roku prowadziłam dział personalny sektora produkcji. Najważniejszą częścią mojej pracy była rekrutacja nowych współpracowników firmy. Dodatkowo zajęłam się rozwojem kontaktów firmy ze społecznością lokalną. Wtedy też zainicjowałam budowę kontaktów miast bliźniaczych Sochaczew - Melton. Od 1996 roku jestem właścicielką Agencji Public Relations, pełnię rolę konsultanta firmy. - I co panią najbardziej satysfakcjonuje w pracy? - Ta praca sama w sobie jest radością i satysfakcją. Mam tę przyjemność, że robię coś pozytywnego. I jest jeszcze coś, nawet się nad tym ostatnio zastanawiałam. W ogóle nie odczuwam wokół siebie nieżyczliwości, a to jest ogromna rzecz w czasach, w których żyjemy. Nie wiem dlaczego tak jest... czy ze względu na to, co robię, czy też -jaka jestem. - No tak, osoby, które choć trochę panią znają, mówią: "Ona jest taka sympatyczna". Pani Beata się śmieje - Staram się nikomu nie nadeptywać na odciski. A przy tym mam kompletnie niewojowniczą naturę. Nie walczę o nic! Walka kojarzy mi się z nieżyczliwością, wykorzystywaniem zarówno sytuacji, jak i ludzi. Żeby "walczyć", trzeba mieć instynkt i pazurki... Chyba natura pozbawiła mnie i jednego, i drugiego. - A gdzie w tym wszystkim jest dom? - Bardzo zabiegałam o równowagę życia rodzinnego i zawodowego. I stworzyłam ją. Do tego stopnia, że pozwalam swojemu synowi, mimo że ma prawie 6 lat, obudzić się o tej godzinie, o której ma ochotę. - Bo ma pani na to czas, czy ze względu na swoją filozofię wychowywania dzieci? - Rzeczywiście, udaje mi się wygospodarować czas, ale przede wszystkim szanuję prawa dzieciństwa. Dopóki dziecko czegoś nie musi, a organizm sygnalizuje, że chce odpocząć - niech odpoczywa. - Ma pani dwoje dzieci? - Tak, parkę. Oj, będę się chwalić! Daniela zdała w tym roku maturę na średnią 5,6 w Liceum im. Boya Żeleńskiego w Warszawie i znalazła się w trójce najlepszych absolwentów szkoły. Jej zdjęcie z mini wywiadem opublikowano w "Życiu Warszawy", w dodatku "Maturzyści". Od października będzie studentką Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. A Aleksander... jest szczególny. Zupełnie nie odczuwa potrzeby "posiadania". Potrafi autentycznie cieszyć się z cudownej, zielonej natury, w otoczeniu której się wychowuje. - No właśnie, jak wygląda pani dom? - "Nasz dom to nasza twierdza". Stworzyliśmy to miejsce od zera, sadząc ponad 2 tysiące drzew, których piękno po ośmiu latach troski możemy już teraz podziwiać. Samo ukształtowanie terenu jest bardzo piękne. Lekko pagórkowate, nad Utratą, w otoczeniu lasu i wody... Miejsce to wybrał mój mąż. Wiem, że przypominało mu kraj, w którym się urodził i wychował. - Rozumiem, że ogrodnictwo to pani hobby. - Taaak, to moja pasja. Uczyłam się wszystkiego na błędach, ale też bardzo dużo czytam na temat roslin. Wiele moich nasadzeń to przypadki, ale w ostatnich latach, powiedzmy, że już kontroluję to, co robię. Moim celem jest stworzenie barwnej kompozycji roślinnej. Dotychczasowe efekty pokazują, że chyba idę w dobrym kierunku. - Interesuje się pani medycyną naturalną? - Ach, to moja druga pasja. Wierzę, że natura jest w stanie zrobić bardzo wiele, że może zwyciężyć dużo, nawet te najgorsze przypadłości i nieszczęścia. W samym człowieku tkwi tak ogromna moc, że czasami wystarczy ją tylko lekko wspomóc, dotknąć, by wyzwolić ogromną energię. Wierzę w regulację swojej wewnętrznej stabilności oddechem, wierzę w pozytywne myślenie. Wierzę, że życzliwość wobec innych może mieć magiczne działanie. - Ale czy to nie jest tak, że może tak pani myśleć, bo jest pani i czuje się bezpieczna? Zmierzam do być może trudnego pytania o to, co prawdopodobnie mogliby pani zupełnie niezłośliwie zarzucić inni: "Kobieto, co ty mówisz, pozytywne myślenie, ja nie mam na chleb..."? - Posiadanie nie oznacza szczęścia. Człowiek jest z gruntu dobry i ja w to głęboko wierzę. Gdyby każdy zupełnie odrzucił zawiść i zazdrość, spojrzał na świat przyjaźnie, byłoby o wiele więcej radości i o wiele mniej ludzkich nieszczęść. To może zrobić każdy... rozm. figa
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze