W ciągu 53 dni pokonali 6,5 tys. kilometrów, odwiedzili 10 państw przemierzając niemal całą zachodnią Europę. I pewnie nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że podróżowali na rowerach. Andrzej Ciesiołkiewicz i jego 16-letni syn Tomek prawie dwa wakacyjne miesiące spędzili na kolarskim siodełku.
Rowerowy świr
- Ja zawsze miałem świra na punkcie rowerów – przyznaje pan Andrzej. – Pamiętam, że jako nastolatek urządzałem sobie wycieczki z Łodzi, gdzie kiedyś mieszkałem, np. do Częstochowy. Pokonywałem tę trasę w obie strony w ciągu jednego dnia. A wtedy nie było tak dobrych rowerów jak dziś.
Od czasu, kiedy syn dostał rower na pierwszą komunię, podróżują razem. Najpierw trenowali, wybierali krótsze trasy, kiedy Tomek skończył 11 lat, po raz pierwszy wybrali się nad morze, oczywiście na rowerach. Pięć lat temu ta podróż zajęła im trzy dni. Pan Andrzej wspomina, że sam jechał wtedy na zwykłej damce. W następnym roku droga nad morze zajęła im dwa dni, a więc pokonywali 230 km dziennie. Rok później urządzili sobie prawdziwy maraton – 460 km przejechali w 23 godziny i 10 minut. Andrzej Ciesiołkiewicz mocno wierzy w wyczynowe możliwości swojego syna. Mówi nawet o nim, że to przyszły mistrz świata. Tomek do tych opinii podchodzi niezwykle spokojnie. Uważa, że ma jeszcze czas, dopiero rozpoczął naukę w sochaczewskim Chopinie, co nie znaczy, że zrezygnował z rowerowych treningów. Jeśli nie koliduje to ze szkołą, kilka razy w tygodniu przejeżdża z ojcem 20-30 kilometrów.
Skok nad Balaton
Od kilku lat wakacje Ciesiołkiewiczów przebiegają pod dyktando rowerowych wypraw, często do końca nie zaplanowanych. W zeszłym roku byli nad Balatonem, gdzie, jak twierdzą, też trafili przypadkiem. Pierwotnie miała to być wycieczka do Oświęcimia, Krakowa i Zakopanego, ale Tomek, będąc wcześniej na klasowej wycieczce w górach, odwiedził Łysą Polanę, słynne przejście graniczne ze Słowacją. Zaraził więc ojca pomysłem wypadu do południowych sąsiadów. Kiedy dotarli na Słowację, stwierdzili, że to już tylko dzień jazdy na Węgry (170 km), gdzie potem przenocowali ich gościnni Węgrzy. Szkoda było jednak kończyć tak ciekawie rozpoczętą podróż, więc postanowili wpaść nad Balaton, do którego mieli dwa dni drogi rowerem. Tam spędzili kilka wspaniałych dni, zażywając słońca i kąpieli, ale ponieważ goniły ich terminy ważnych spraw urzędowych, musieli wracać do kraju. Po załatwieniu ich w Sochaczewie, nie mogli jednak usiedzieć na miejscu i wyruszyli jeszcze na tydzień nad morze.
Z placu Kościuszki do Lizbony
Tysiąckilometrowa podróż nad Balaton była tylko przedsmakiem tegorocznej wyprawy, podczas której przejechali dokładnie 6530 km. Wyruszyli 8 lipca o północy. Za symboliczne miejsce startu wybrali plac Kościuszki, gdzie zrobili sobie nawet pamiątkowe zdjęcie. Trasa wyprawy, przynajmniej w początkowej fazie, przebiegała według miejsc, w których mogli liczyć na nocleg i chwilę wytchnienia. W Polsce była to np. Wieliczka, gdzie zatrzymali się u znajomych, na Węgrzech przenocowała ich tamtejsza rodzina poznana rok wcześniej. Kraje, które przemierzyli w ciągu 53 dni to: Słowacja, Węgry, Słowenia, Austria, Monako, Włochy, Andora, Hiszpania, Portugalia i częściowo Francja.
Pod zabójczym słońcem
Dziennie pokonywali średnio po 130 km i, jak opowiada pan Andrzej, to nie były odległości, które mogły ich załamać, bo bywało, że jeździli po 200 km dziennie. Prawdziwą walkę toczyli z upałem, pragnieniem i nierównościami terenu. Całkiem nieźle było w Polsce i sąsiednich krajach, później temperatury dochodziły do 30-40° C. Europa południowa ma mało lasów, nie ma się więc gdzie schronić, niemal cały czas trzeba jechać po nasłonecznionym terenie. Żeby chwilę odpocząć i schłodzić organizm, zatrzymywali się w tunelach, pod skałami. Bywało, że przejeżdżali 100 km i nie było lasu, żadnych zarośli czy kampingu, na którym mogliby się zatrzymać. Nie mogli jeździć autostradami, bo na nich nie ma miejsca dla rowerów. Musieli więc korzystać z bocznych dróg, często wyboistych, podróżować przez małe miejscowości nie posiadające żadnej bazy turystycznej. Zdarzało się też tak, że przez wiele kilometrów ciągnęły się ogrodzone plantacje winogron, oliwek czy słonecznika. Wszędzie tam wiszą tabliczki: „teren prywatny, wstęp wzbroniony”, zatrzymać się więc nie wolno, bo może się pojawić policja lub ochrona.
Nocleg pod gwiazdami
Nasi podróżnicy musieli więc na kilka godzin przed zmrokiem szukać miejsca na nocleg, bo bywało i tak, że do północy nie mogli znaleźć odpowiedniego lokum. Często nocowali pod gołym niebem, narażeni na ukąszenia owadów czy węży. Pan Andrzej mówi, że w takich wypadkach spał jak przysłowiowy zając pod miedzą, w każdej chwili gotowy do działania. Namiot, który ze sobą zabrali, wykorzystywali dosłownie kilkanaście razy, bo było tak gorąco, że trudno w nim było wytrzymać. Rozkładali więc karimaty i zasypiali pod gwiazdami. Pewnego razu, kiedy nie znaleźli lepszego miejsca, nocowali na wzniesieniu przy głównej drodze, ale tak, żeby nie było ich widać z jezdni.
Mitem, jak twierdzi Tomek Ciesiołkiewicz, są trasy rowerowe w Europie. Owszem, w Słowenii 80 proc. drogi przejechali ścieżkami rowerowymi, można je spotkać także u Niemców, ale we Francji, Hiszpanii, Włoszech już tak nie jest. Z kolei autostrady powstają jak grzyby po deszczu, a w dodatku droga, którą zastąpiła trasa szybkiego ruchu, przestaje istnieć. Inaczej niż w Polsce. Rowerzystom pozostają więc boczne drogi, z dala od autostrad i centrów miast. Dlatego podczas wyprawy zniszczyli po 3 opony każdy, podczas kiedy w Polsce na jednych oponach przejeżdżają 10 tys. km.
Nigdzie nie ma takiego chleba jak u nas
Duży problem stanowiło zaopatrzenie w żywność i napoje. Dlatego ciągle wozili ze sobą kilkunastokilogramowe bagaże, a w nich po kilka litrów picia. Czasami przejeżdżali 50 kilometrów, zanim znaleźli sklep. A te kilometry z wyschniętymi do bólu ustami dłużyły się w nieskończoność.
Andrzej Ciesiołkiewicz mówi przy tym, że ciężko znosili żywieniowe różnice. Takiego chleba i wędlin jak w Polsce nie ma nigdzie na świecie. Poza winogronem i bananami, które były słodsze, niewiele rzeczy im smakowało. Mimo to na jedzenie i picie wydawali dziennie 60 euro. W czasie tych dwóch miesięcy uzbierała się więc spora suma, ale pan Andrzej nie żałuje, bo może już nigdy nie zdarzy się taka wyprawa. Podczas jej trwania schudł 7 kg, ale pomału nadrabia straty. I te związane z ubytkami wagi, i zmęczeniem. Ta podróż miała też znaczenie mentalne. Andrzej Ciesiołkiewicz w ubiegłym roku miał wypadek. Kiedy jechał rowerem, uderzył w niego samochód osobowy. Długo nie mógł się przełamać, aby znowu wsiąść na rower. Wyprawa pomogła mu przełamać lęki i wrócić do równowagi psychicznej. Z kolei 16-letni Tomek twierdzi, że na odpoczynek wystarczył mu jeden dzień. Następnego poszedł do szkoły.
To, co zostaje w głowie
Podczas wyprawy nie mieli zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ale jednym z najważniejszych punktów wyprawy była Fatima. Pan Andrzej nie wyobraża sobie, aby być tak blisko tego świętego miejsca (dotarli przecież do Portugalii) i nie zobaczyć go, nie spędzić kilku chwil na modlitwie. Zobaczyli także Lizbonę, Wenecję, Florencję i Pizę, Cannes, Monako, Budapeszt. Szczególnie wspominają Andorę, maleńkie państewko między Francją a Hiszpanią, gdzie, aby dojechać, trzeba pokonać 30-kilometrowy podjazd o nachyleniu 8-22 proc. To podobno bardzo trudna rzecz, nawet dla profesjonalnych kolarzy.
Inna historia związana z Andorą to spotkanie oko w oko z bykiem. Tam zwierzęta te spacerują po ulicach i na nikim nie robi to wrażenia. Sochaczewianie opowiadają, że dla nich było to ogromne przeżycie, kiedy na ruchliwej drodze, 5 metrów przed nimi, wyrósł potężny byk. Udało im się uciec, ale mogło być niebezpiecznie, bo zwierz wtargnął między samochody, zniszczył lusterka i próbował gonić swoje ofiary.
16 sierpnia dwaj podróżnicy dotarli do Lizbony, pokonując ponad 5 tys. km. Stamtąd, wzdłuż wybrzeża oceanu, ruszyli w drogę powrotną, docierając 300 km w głąb Francji. Tam zastał ich 31 sierpnia, kiedy to pan Andrzej uświadomił sobie, że Tomek powinien 3 września rozpocząć szkołę. Zapadła męska decyzja, aby do kraju wrócić samochodem. Na miejscu byli 5 września.
Plany i podziękowania
Okazuje się, że mimo blisko dwóch miesięcy spędzonych w drodze, zabrakło czasu na realizację wszystkich planów. Nie udało im się dotrzeć do Rzymu, gdzie będą musieli wybrać się oddzielnie. Nie odwiedzili także rodziców chrzestnych Tomka, którzy mieszkają we Francji, a to od ich zaproszenia rozpoczął się pomysł wyprawy. To też zostaje do zrealizowania w przyszłości. Nie wiadomo, co zrobią w przyszłym roku, bo już dostali zaproszenie nad Bajkał, choć pan Andrzej uważa, że na rowerach nie da się tam dojechać, ale kto wie?
Warto też wspomnieć, że pomoc w realizacji wyprawy otrzymali od Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Hestia”, które udzieliło im dużej zniżki w ubezpieczeniu. W części do rowerów wyposażył ich sklep „Wero”, a firma Danielo zafundowała stroje. Andrzej Ciesiołkiewicz dziękuje także swojemu kierownictwu w Jednostce Wojskowej w Bielicach, gdzie pracuje, za udzielenie urlopu bezpłatnego. Bez niego nie byłaby możliwa tak długa wyprawa. A nie ma co ukrywać, że to, czego dokonali Ciesiołkiewiczowie, to prawdziwy wyczyn, który doceniają nie tylko znajomi. Pełni podziwu byli też nieliczni rowerzyści spotykani za granicą. Oni najlepiej wiedzą, co znaczy 6 tys. km w nogach.
Jolanta Śmielak-Sosnowska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
To naprawdę niesamowity wyczyn. Moim marzeniem jest wybranie sie na taka podróż razem z moim synem. Na razie jest na to za mały(3 latek) ale kiedyś kto wie:) POZDRAWIAM
naprawdę niesamowita sprawa. chylę czoła Panowie i serdecznie gratuluję.
To naprawdę niesamowity wyczyn. Moim marzeniem jest wybranie sie na taka podróż razem z moim synem. Na razie jest na to za mały(3 latek) ale kiedyś kto wie:) POZDRAWIAM
naprawdę niesamowita sprawa. chylę czoła Panowie i serdecznie gratuluję.