Hieronim Rudziński, najstarszy obecnie mężczyzna w Sochaczewie, 17 maja tego roku obchodził setne urodziny. Urodził się co prawda w 1913 r. we wsi Opiłki Płoskie w okolicach Przasnysza, ale wiele lat swego długiego życia spędził w Sochaczewie. I tu, w swoim domu przy ul. Mieszka I, przebywa do dziś.
Opiłki Płoskie to mała miejscowość leżąca przy trasie Warszawa - Olsztyn, licząca wówczas około 100 mieszkańców. Ojciec pana Hieronima, Konstanty, wywodził się z Rudna Jeziornego, gdzie mieszkała bardzo liczna i zamożna rodzina Rudzińskich. Stąd pewnie nazwa miejscowości. Ludzie nazywali ich szlachcicami. Przylgnęło to również do pana Hieronima i nikt nie nazywał go inaczej niż Szlachcic.
Rudzińscy się palą
Niestety, wojenna zawierucha rozrzuciła rodzinę i spowodowała zniszczenie oraz rozparcelowanie majątku. Ale jednocześnie, pracując u Niemca, pan Hieronim poznał swoją przyszłą żonę Teresę, z którą po powrocie w rodzinne strony nie stracił kontaktu i w końcu w 1945 roku się ożenił.
Jak opowiada córka Hieronima Rudzińskiego, Halina Raczyńska: - Ojciec przez całe życie był bardzo energicznym i zaradnym człowiekiem. Doceniany już w wojsku, a i potem, po powrocie do zrujnowanego majątku, nie załamał rąk. Bardzo pojętny, szybko się uczył i dzięki temu angażował się w wiele rozmaitych przedsięwzięć. Wraz z mamą prowadził sklep, był sekretarzem w gminie, pracował w GS-ie, był też księgowym. Pełnił wiele rozmaitych funkcji. Przyszedł jednak rok 1964, który odmienił los jego i całej naszej rodziny. Pamiętam, była to niedziela i ludzie wychodzący po sumie z kościoła usłyszeli krzyk: - Rudzińscy się palą!
Życzliwość receptą na długowieczność
I tak spłonął piękny, otoczony sadem dom, w którym rodzina przeżyła prawie 20 lat. Po tej tragedii Hieronim Rudziński jednak się podłamał, nie chciał już odbudowywać domu. A że akurat jego żona, z domu Stupińska, miała w Sochaczewie brata Mieczysława, geodetę w urzędzie miasta, on właśnie pomógł Rudzińskim znaleźć plac, wspierał ich także przy planach i budowie domu. W taki sposób pan Hieronim wraz z rodziną trafił do naszego miasta. Jeszcze przez trzy lata, podczas budowy domu, mieszkali przy sklepie na rogu ulicy w Żukowie.
W Sochaczewie nie było już areałów ani takich jak na wsi możliwości. Pan Hieronim usiadł więc w kiosku Ruchu naprzeciwko Szkoły Podstawowej nr 4 i przez wiele lat obserwował życie miasta zza swojego okienka, niejednokrotnie wybiegając, by rozdzielić zadziornych uczniów, lub chronić młode drzewka przed ich zakusami. Jak mówi córka, zawsze był niezwykle uczciwy i życzliwy ludziom. Na ile mógł, starał się pomagać. Do nikogo nie żywił nienawiści. To też zapewne wpłynęło na spokojne, bezstresowe, a więc długie i zdrowe życie.
ZUS się nie pożywił
Ważna była również dieta, czyli odżywianie. Sto lat temu nikt nie słyszał o konserwantach i innej chemii. W gospodarstwie były pszczoły, a więc miód, były kury, gęsi, kaczki, oczywiście krowy, więc nabiał, mleko, sery i pieczony w domu chleb. Tak wtedy żyli. Do dziś czerwonego mięsa nasz stulatek praktycznie nie jada.
- Gdy się do miasta sprowadziliśmy - mówi Halina Raczyńska - to zaraz zbił komórkę i prosiaki trzymał, a zamiast trawnika przed domem posadził kartofle i inne warzywa, żeby wiedzieć, co je. Ludzie z bloków przychodzili, to im mama z warzywniaka zawsze coś dawała. Ojciec papierosów nie palił nigdy, ale wódki nie odmawiał, bo zawsze był człowiekiem bardzo towarzyskim. A w domu sam dorabiał pół na pół spirytus z wodą z przypalanym cukrem. Nigdy po tym głowa nie bolała.
Nic więc dziwnego, że Hieronim Rudziński już ponad 40 lat jest na emeryturze. W rodzinie śmieją się, że ZUS się na nim nie pożywił. Podobnie jak na jego sześciu braciach, którzy dożywali dziewięćdziesiątki.
Sławomir Burzyński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze