VII Cross Maraton w Sielpii oraz Akcja "Polska Biega"
Klub Maratończyka Aktywni
21/05/2012 23:38
O VII Cross Maraton “Przez Piekło do Nieba” pisze Paweł Matysiak - Żyrardowianin reprezentujący barwy KM "Aktywni" Sochaczew.
Czy jest w Polsce jakieś biuro zawodów, które późnym wieczorem o godzinie 22:00 wita Cię uśmiechem i ciepłą herbatą? Jest! W Sielpi! Byłem tym mile zaskoczony, bo kiedy po ciemku, między drzewami, zmierzałem do biura zawodów, miałem mieszane uczucia. Ciemno, głucho i ani żywej duszy w pobliżu. Dobrze, że rok temu tam byłem i drogę do biura zawodów znałem. Tam mrok został szybko rozproszony. Dostałem numer, więc było dobrze.
Jak się okazało pogodynka miała rację. Na starcie było ciepło. Ubrałem tradycyjnie wrocławską startówkę na ramiączkach i byłem gotowy. Na co? Nie wiem. Na bieganie! Nie mam tu raczej szans na rekordy życiowe, ale chcę pobiec ambitnie. Ustawiam się na starcie zdecydowanie bliżej przodu stawki niż tyłu.
Tak też startuję. Ambitnie. Zbyt ambitnie, bo przy znaczniku pierwszego kilometra mam na zegarku 4:30. Zdecydowanie za szybko. Przemyka mi przez głowę, że przecież start był cofnięty o 195 metrów, ale to i tak za szybko. Zwalniam nieco. Puszczam tych szybszych przodem, a sam trzymam się nakreślonego na szybko planu. Od około 2 kilometra biegnę w tempie minimalnie poniżej 5:00 min/km. Tempo nadal mocne, a to dopiero 5 czy 6 kilometr. Przelatuje mi przez głowę, że organizm tego nie wytrzyma, ale ignoruję to.
Na drugiej części pętli, za Niebem, kiedy ze słonecznego i otwartego terenu wbiegamy z powrotem w las zaczyna się biec lżej. Z Nieba do Sielpi nie ma podbiegów, więc biegnie się łatwo. Nie wiem czemu, ale ten odcinek trasy zawsze mi szybko zlatuje.
Pierwsze kółko zakończyłem w 1:09, czyli w tempie na życiówkę. W tempie doskonałym na… spotkanie ze ścianą.
Drugą pętle zacząłem równie sprawnie jak pierwszą. Problem zaczął się robić, kiedy pod nogami pojawił się znowu piach i delikatne ciągłe podbiegi do Piekła. Około 16 km, przy wodopoju, pierwszy raz przechodzę w marsz. Piję na spokojnie patrząc na coraz bardziej przerażające cyferki na tarczy pulsometru. Teraz już nie ma wyjścia. Muszę przeć do przodu. Biegnę. Nie biegnę. Biegnę. Nie biegnę. Truchtam. Kurza twarz! Nawet truchtać nie mogę. Przede mną długi podbieg do Piekła. Znowu zaczynam iść. Stało się to, co musiało się stać – odcięło mi prąd. Głowa chce, ale ciało nie ma już siły.
W Piekle znowu woda i kawałek odsłoniętego terenu. Pierwszy raz czuję, że słonce mocno grzeje. Pierwszy raz czuć, że robi się zbyt ciepło na bieganie. Za Piekłem następny lekki podbieg. Idę. Nawet nie próbuję biec. Zbiegam dopiero ze szczytu.
W lesie za Niebem znowu łapię trochę luzu. Pierwszy raz czuję, że w lesie jest jakby więcej piachu. Na pierwszym kółku byłem za mało zmęczony by to zauważyć. Widocznie las nieco bardziej wysechł niż rok temu. Piach mieli się pod nogami.
Drugie okrążenie przebiegam w 1:20, czyli mam łącznie 2:29 i jeszcze jedno okrążenie przed sobą. Jeszcze raz trzeba do Piekła podbiec.
Co ciekawe trzecie kółko biegło się dużo lepiej niż drugie. Byłem już pogodzony z tym, że wystartowałem za szybko. Wiedziałem, że zrobiłem błąd i za niego płacę. Ale też wiedziałem, że mam zamiar dobiec ten maraton do końca. Nie miałem zamiaru zejść czy się poddawać w swoim upartym docieraniu do mety. Pomału, ale truchtałem. Jak robiło się bardzo źle to na chwilę przechodziłem w marsz. A jak przechodziłem w marsz to odzywała się ambicja i kazała mi biec.
Więc biegłem przed siebie. Nawet na podbiegach się prawie nie zatrzymywałem. Jeśli już to na kilkadziesiąt metrów na marsz. A potem znowu powolny bieg. Dotruchtałem tak do Nieba. A tam otwarty teren, asfalt, słońce i lekko pod górę – same przyjemności. Do zawrotki jeszcze było nieźle. Kolejny kryzys miałem już za nią. Było gorąco, chciało mi się pić, nie chciało biec a ciało wręcz krzyczało, że nie ma siły. Nawet na marsz nie miałem energii. Ciężki moment.
Obudziłem się przy tabliczce “36 km”. Moja zmęczona i przegrzana głowa przeliczyła (choć nie wiem na ile to było wiarygodne), że nie zmieszczę się nawet w czasie poniżej 4 godzin! O nie! Do tego akurat nie chciałem dopuścić, więc jak tylko na powrót wbiegłem w las zacząłem znowu biec.
Na 38 kilometrze piję ostatnią wodę na trasie i biegnę dalej. Widzę po tabliczkach kilometrowych, że odrabiam stratę do złamania 4 godzin. Mieląc się w piachu, którego było zdecydowanie więcej niż rok temu, dobiegam do 40 kilometra. Zegarek pokazuje 3:45, czyli na ostatnie 2 kilometry mam całe 15 minut. Wystarczająco, aby dobiec poniżej 4 godzin.
Na ostatnim asfaltowym odcinku już się nie zatrzymuję. Wiem, że dobiegnę. Na ostatniej prostej jestem sam, a za mną też nie widać nikogo. Nie mam sił na finisz i wbiegam na metę tak samo jak i przebiegłem całe trzecie okrążenie – pomału. Czas, mimo że rozminął się z oczekiwaniami jednak mnie zaskoczył – 3:58:04. Bałem się o 4 godziny, a tu się okazało, że udało się dobiec z całkiem bezpiecznym zapasem dwóch minut. Czyli, nie mogłem, ale dobiegłem.
Tak więc, dobiegłem robiąc chyba największy błąd biegaczy – zbyt szybki start. U mnie sam start nie był za szybki, bo potrafię biegać maratony po 5:00 min/km, ale był za szybki jak na panujące warunki. Po prostu nie jestem jeszcze gotowy by pobiec 5:00 min/km na przełajowej trasie po momentami sypkim piachu.
Ale i tak całe zawody oceniam bardzo pozytywnie. Piknikowa atmosfera w lesie nad jeziorem potrafi zdziałać cuda. Było kameralnie, sympatycznie i smacznie. Na mecie zjadłem kawałek dobrej grochówki i dwie parówki. Do tego standardowo kawa, herbata, woda i jogurty. Jak zwykle można było sobie pojeść na mecie. Poznałem też kilku biegaczy i po raz kolejny okazało się, jaki ten nasz biegowy świat jest mały. Po raz drugi w tym roku uśmiechnęło się do mnie szczęście w losowaniu i wygrałem torbę podróżną. Przyda się jak przyjadę do Sielpi za rok. Bo myślę, że przyjadę.
Sielpio, do zobaczenia!
Paweł wziął również udział w akcji "Polska Biega" organizowanej w Sielpii.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze