Ricochet Gatchering, czyli wielkie święto muzyki elektronicznej za nami. Wśród artystów nie zabrakło również Władysława Komendarka, który dzięki wsparciu sochaczewskiej społeczności mógł uczestniczyć w tym niecodziennym, muzycznym wydarzeniu.
Przypomnijmy, że największe osobistości muzyki tego gatunku z Rumunii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, USA, Irlandii i Polski spotkały się w dniach 9-16 listopada w Transylwanii. Wspólnie spędzony tydzień był okazją do wymiany poglądów, nawiązania współpracy oraz wzajemnej inspiracji do stworzenia niecodziennych utworów, które już niedługo będziemy mogli usłyszeć na wspólnej płycie tworzonej właśnie w Nowym Jorku. Wśród uczestników, oprócz sochaczewskiego artysty, znaleźli się: Indra (Rumunia), Spyra, Steve Schroyder, i Ololiuqui (Niemcy), Paul Lawler i Paul Nagle (Wielka Brytania), Bill Fox (USA), Conrad Gibbons (Irlandia), Józef Skrzek, Daniel Bloom i Yarek (Polska).
A jak wspomina festiwal Władysław Komendarek, przeczytajcie sami.
Do Rumunii dostałem się samolotem, na miejscu w Bukareszcie wylądowaliśmy w południe w niedzielę, 9 listopada. Kolejnym etapem była podróż pociągiem do Transylwanii, która zajęła nam dwie godziny. Na stacji czekał na nas człowiek, który miał nas zawieść na miejsce, do dworku, w którym rozstawiliśmy sprzęt i w którym codziennie graliśmy. Za dom służył nam położony 6 km dalej zamek.
Jeśli chodzi o samo granie, to obyło się bez żadnych prób, pierwsze nagrania odbyły się już w nocy z niedzieli na poniedziałek. Grafik całego pobytu wyglądał tak: śniadanie jedliśmy punktualnie o 9.00 rano, przyznam, że było to dla mnie przerażające, ponieważ nie jest przyzwyczajony do wczesnego wstawania. Trzeba się było jednak dostosować, dlatego umówiłem się z Yarkiem, który mieszkał w pokoju obok, żeby pukał po 8.00 w moją ścianę. Dzięki temu po 20 minutach schodziłem na wspólny posiłek. Po śniadaniu do godz. 14.00 graliśmy i nagrywaliśmy, ale wszystko na luzie, jeśli ktoś nie miał chęci albo natchnienia, to nie grał, ponieważ można się było przyłączać do grupy w dowolnej chwili. Obiad jedliśmy o 18.00, a od 20.00 do 1.00 kolejny etap grania. I tak codziennie.
Wyjątkiem był piątek, 14 listopada, kiedy zorganizowaliśmy jedyny koncert dla publiczności. Granie dla mieszkańców trwało od 18.00 do 20.00. Satysfakcja była ogromna, tym bardziej, że zainteresowanie było spore, przyszło jakieś 100 osób w różnym wieku – były dzieci, młodzież, ludzie starsi. Ja na tę okazję założyłem swój sceniczny strój, miałem też długą perukę, która podczas koncertu zasłoniła mi co prawda całą twarz, ale byłem tak pochłonięty graniem, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wieczór na samym koncercie oczywiście się nie skończył, graliśmy dalej do 1.00 w nocy.
Był też czas na przyjemności. W międzyczasie odbyliśmy dwie wycieczki – pierwszą do słynnego zamku Drakuli, gdzie spędziliśmy pół dnia, a drugą do jaskiń. Pamiętam, że było strasznie zimno, w nocy temperatura dochodziła nawet do -17 stopni. W dzień było jednak w miarę ładnie – co widać na zdjęciach. Spacerowaliśmy, poznawaliśmy okolicę, prawdziwe życie tamtych rejonów.
Wracając jeszcze do samego festiwalu. Owocem Ricochetu będzie płyta, która zostanie wydana na początku roku. Prace nad krążkiem trwają teraz w Nowym Jorku.
Pewnie nie wszystkim taka wspólna, spontaniczna forma tworzenia muzyki odpowiada, ja jednak zawsze w takich momentach mówię, że o wiele większą sztuką jest stworzyć na poczekaniu kawał muzy bez poznania indywidualnej osobowości pozostałych artystów, a tego niestety w tydzień się nie da, niż stworzyć muzykę w studiu samemu. Dlatego moim marzeniem jest teraz zorganizowanie mini Ricochetu w kraju - wystąpienie razem ze Stevem Schroyderem i Spyrą. Wstępnie już rozmawialiśmy na ten temat, pomysł bardzo im się spodobał, a czy dojdzie do skutku, zobaczymy…
Galeria zdjęć: www.komendarek.art.pl
wysłuchała Martyna Mikulska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze