Otóż to. Zastanówcie się Państwo jak wiele jest koło nas spraw o których wszyscy wiedzą. Wiedzą dokładnie jak było. Wiedzą jak będzie. Wiedzą kto był winien. Tyle, że jest to bardzo często wersja nieoficjalna. Taka dla własnej i znajomych wiadomości. Po prostu ci wiedzący uważają, słusznie, czy niesłusznie, że ujawnienie tego stanu wiedzy może być dla nich niekorzystne. Ba, może nawet niebezpieczne. Nieważne przy tym, czy ta wiedza, to rzeczywiście prawda. Często prawda zasłyszana. Czasem prawda oglądana na własne oczy. Tak czy siak, nie chcą się nią podzielić. Oficjalnie. Nieoficjalnie jak najbardziej, choć to bardzo często zależy z kim. Nawet przyjemnie się pochwalić. Wiem co zbroił X czy Y. Tobie powiem. Innym, w domyśle – sądowi, prokuratorowi, już nie. Nigdy nie wiadomo co może być potem. Ujawnienie pewnych faktów wymaga dużej odwagi. Dużej wiary w rzeczywistą niezawisłość pewnych organów. Organów wprawdzie z definicji niezawisłych, ale organów w których pracuje akurat wuj X-sa, czy też ciotka Y-eka. A może akurat ktoś z niewłaściwej politycznie partii.
Przykłady tego mamy na każdym kroku. W zeszłym roku pewien wypadek. Wypadek o którym ludzie mówią, że nie był wypadkiem. Pewien młodzieniec zarzekał się nawet, że widział na własne oczy jak było, ale nikomu (czytaj: prokuraturze, policji, sądowi) nie powie bo tu uwaga: - dwa lata temu kupił od winowajcy rower (sic!). Doskonały powód. Tym bardziej, że na drugiej szali znajduje się ludzkie życie.
Inny delikwent w tej samej sprawie też głośno krzyczy że wie. Wie, dokąd jest anonimowy. Wydaje mu się, że Internet go chroni. Gdy jego tożsamość zostaje odkryta, nagle wszystko zapomina. Przecież to nie on został poszkodowany. A jak powie, że wie, to nie wiadomo co go czeka. Strach się bać. Lepiej powiedzieć, że się nie widziało.
To tylko nasze bliskie podwórko. Naszym dalszym podwórkiem jest cały kraj. A tu aż szumi o sprawie doktora G. Wszyscy wiedzieli, że CBA przegina. Po cichu mówili, że to niedopuszczalne praktyki. Wszyscy jednak siedzieli cicho. Siedzieli cicho ci którzy powinni się cieszyć naszym zaufaniem i takie sprawy natychmiast wyjaśniać. I nie da się tego wszystkiego wytłumaczyć słowem polityka. Całe szczęście, że znalazł się jeden sprawiedliwy. Fakt, że w dodatku sędzia, a więc chroniony immunitetem. I nagle, o dziwo! Wielu znanych prawników przyznało mu rację. Ci co w tej sprawie nie są bez winy nagle zaczęli poszukiwać sojuszników. Takich co to powiedzą, że sędzia Tuleya nie wie co to były stalinowskie metody. Ale przecież metody stalinowskie nie zawsze były takie same. Jednych traktowano lepiej. Innych gorzej. Wywlekanie starego człowieka przed kamery po to by wykrzyczał, że on tego doświadczył na własnej skórze i to co robiło CBA to nie to samo to po prostu ordynarna próba ukrycia się za jego plecami. Próba, której dopuszcza się facet, który był w tym czasie ministrem sprawiedliwości a więc piastował funkcje związaną chyba z najwyższym zaufaniem społecznym.
Czekam tylko na następstwa. Zaraz okaże się, że takie i inne przegięcia były w pracy agentów Tomków i innych, którzy tylko dzięki prowokacji mogli osiągnąć jakieś efekty. Efekty brudne i wątpliwe bo wymuszone. Przez szefów. Przez politykę.
Światełkiem w tunelu (oprócz postępowania sędziego Tuleyi) jest także postępowanie pewnej sędziny prowadzącej sprawę pewnego napranego biskupa, który wjechał swym autem na latarnię. Chciał się chłopina sam ukarać, co bardzo podobało się prokuraturze. A tu nie ma. Sprawa będzie. Nie ma przeproś i nie da się po cichutku zamieść pod dywan.
I oby tak dalej, czego i Państwu i sobie życzę.
belmondo
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze