Kobiety, które mają niepełnosprawne dziecko to matki, których macierzyństwo od samego początku obciążone jest strachem i poświęceniem. Przede wszystkim o przyszłość swoich dzieci. Macierzyństwo to często jest trudne i bolesne, ale jednocześnie nadaje sens całemu życiu. Miałam przyjemność poznać kobietę, która poświęciła większą część swojego życia na wychowanie niepełnosprawnego syna Klaudiusza. Nauczyła go czytać, pisać, korzystać ze sprzętów domowego użytku. Nauczyła go żyć. Po wielu latach otrzymała nagrodę za włożony w wychowanie Klaudiusza trud. Syn zaczął odnosić sukcesy na polu artystycznym. 42-letni Klaudiusz Grabisna maluje od 5 lat. Tworzy w Warsztacie Terapii Zajęciowej w Sochaczewie, w pracowni plastycznej pod opieką Barbary Derdy. Jego ulubioną tematyką są zwierzęta. Na płótno przenosi swój twórczy fantastyczny, bajkowy świat. Obrazy zaczynają się w jego głowie, zawsze maluje tylko to, co uważa za słuszne, nikogo nie chce naśladować. Nazywa siebie „Kropkiewicz" od charakterystycznych kropek, jakie stawia na obrazach. Ostatnio zainteresowało go tworzenie w drewnie, pisze również wiersze. Rzeźba „Mój anioł" zajęła III miejsce w konkursie Talent, Pasja i Intuicja w Warszawie. Brał udział w Ogólnopolskim Konkursie Plastycznym im. Teofila Ociepki w Bydgoszczy, gdzie w 2002 i 2004 roku otrzymał wyróżnienia. Kolejne osiągnięcie to III miejsce w Konkursie Plastycznym "Sochaczewski Laur". Razem z Magdaleną Osińską, kierownikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej w Sochaczewie, spotkałyśmy się z Klaudiuszem i jego mamą Marianną. Pani Marianna opowiadała nam o trudach wychowawczych, ciągłej walce, szczęściu i sposobie na odreagowanie tego wszystkiego. Marianna Grabisna – Ja starałam się wszystko mu pokazać. Wiedziałam o tym, że osoby z zespołem Downa (słowo, którego u nas w domu się nie używa) przyjmuje wszystko „wzrokowo”, dużo starałam się czytać na ten temat. Gdy syn się urodził, nie było dla dzieci niepełnosprawnych np. przedszkoli. To wszystko musiałam sama wywalczyć. Szczerze mówiąc, to ja cały czas walczyłam. Bo nie chcieli go przyjąć do przedszkola, a ja się uparłam, że musi tam chodzić. Pani Marianna jest typem „włóczykija”. Wychowała się w Sochaczewie, gdy miała 20 lat wyjechała na Śląsk, po 50. latach przeprowadziła się do Płocka, by po kilku latach wrócić do Sochaczewa. Magdalena Osińska – W związku z wieloma przeprowadzkami, miała na pewno pani kontakt z różnymi środowiskami, ze stereotypami. M.G. – Ja się nigdy nie zastanawiałam nad tym, że mnie ludzie nie przyjmą, nigdy o tym nie myślałam, nigdy mojego syna nie chowałam przed światem, nie kryłam. Gdy jeździłam tramwajem, widziałam ciekawskie spojrzenia, nikt nie wiedział, co jest z moim synem. Myśleli, że jesteśmy patologiczną rodziną. M.O. – Statystycznie dzieci z upośledzeniem rodzi się teraz tyle samo, co kilkanaście lat temu. Tylko dawniej był mechanizm „chowania” w domu. Sąsiedzi nie wiedzieli, że takie dziecko mieszka obok nich. Dzisiaj już, dzięki większej świadomości, przestaliśmy się wszystkich wstydzić, a przede wszystkim siebie. To, że te osoby wychodzą, nie budzi już takiej ciekawości, jak kiedyś, gdy jedna osoba chodziła po mieście. Teraz jest to czymś normalnym, że są inni wśród nas. M.G. – Warunki w tej chwili są naprawdę dobre, teraz matki mają dopłaty, różne świadczenia. Jak ja byłam matką początkującą, to nie miałam żadnych ulg, nie miałam dodatkowego urlopu, żadnej dopłaty. Klaudiusz był chowany tak samo jak każde inne dziecko, tylko uczenie go trwało dłużej. Dziecko przeważnie staje się po kilkunastu latach partnerem rodziców, ale to też zależy od wychowania. M.G. – Klaudiusz też jest moim partnerem, zawsze z nim uzgadniam, co mam zrobić. Czy to chodzi o zakupy, czy remont mieszkania. M.O. – Osoby z zespołem Downa są empatyczne, ale są też i uparte. Walczą o swoje zdanie. M.G. – Tak było np. z komputerem, Klaudiusz od samego początku nie chciał komputera. Nawet na Warsztatach nie interesował się pracownią komputerową. Ale ja się uparłam, żeby z tego korzystał. M.O. – Pani należy do mam, które chcą pokazać dziecku całe życie. Do dnia dzisiejszego ludzie mają nieprawdziwy wizerunek osoby niepełnosprawnej, jako osoby zaniedbanej, nieubranej, osoby innej, a tu mama dba nie tylko o sferę duchową, ale także o zewnętrzną, kontakty rodzinne, społeczne, środowiskowe, przygotowanie do życia. Są niestety też tacy uczestnicy warsztatów, którzy nie potrafią kupić gazety. M.G. – Klaudiusz miał pięć lat, gdy wysyłałam go do sklepu po zakupy. Oczywiście szłam za nim, ale tak, żeby mnie nie widział. M.O. – Pani Marianna ma ciągle nowe cele, nie ma końca pomysłów na życie. Proszę, nie chciał komputera, mama go zachęciła, a teraz Klaudiusz bez niego żyć nie może. M.G. – Uczyłam go „w drodze”. Z matematyką było trudno, ale podstawowego dodawania udało się nauczyć. Gdy jest na zakupach i jest trudniejsze dodawanie, to bierze ze sobą kalkulator i liczy. A uczyłam go czytać na spacerze, czytaliśmy szyldy sklepowe, Klaudiusz bardzo szybko nauczył się czytać. Dostałam wskazówki od pani ze szkoły specjalnej. Dodatkowo przychodziła też do nas do domu. Nie zawsze było kolorowo. Zawistne spojrzenia ludzi. Złośliwe komentarze. M.G. - Czasami, jak mi już ręce opadały, jak byłam zmęczona tym życiem, wszystkim, to wieczorem wchodziłam do wanny, potem robiłam fryzurę, makijaż, paznokcie, maseczki i rano wstawałam zupełnie inna, pierś do przodu. Nauczyłam się z tym żyć, ludzie mówili – „a pani się pogodziła”. Nie, ja się nie pogodziłam do dzisiejszego dnia, ja tylko się nauczyłam z tym żyć. Największą zapłatą za trud wychowawczy są sukcesy Klaudiusza. M.O. – Mnie się wydaje, że ma pani w sobie mnóstwo cech, takich pozytywnych, ale zarazem wszystkie wyważone i rozważone, miłość między wami cały czas rośnie, jego sukcesy są waszymi wspólnymi sukcesami, M.G. – Próbowałam wszystkiego, wiedziałam, że takie osoby mają jakąś zdolność, to ja tego talentu szukałam. Rzeźba, gitara, rysunek, wszystko. Dopiero w Warsztatach rozwinęła się jego zdolność M.O. – Klaudiusz od początku zdradzał talent do malarstwa, największym sukcesem jest to, że nikt nie ingeruje w jego prace. W Warsztacie prowadzi go pani Barbara. Jego sukcesy, tak jak wszystko w życiu, dzieje się przypadkowo. Zaczęło się od tego, że z warsztatów pojechały jego prace na konkurs, w Bydgoszcz. Tam jego pracą zainteresował się właściciel galerii ze Szczecina, zorganizował wystawę indywidualną, teraz zainteresowała się nami Awangarda Warszawska, cały czas się coś dzieje. M.G. – Cieszyłam się już wtedy, gdy dostałam folder z wystawy z nazwiskiem Klaudiusza i z jego pracami. Zawsze powtarzam, niech matki niepełnosprawnych dzieci nie rozpaczają nad swoim losem, często życie im to wynagradza i dostają większą zapłatę niż za zdrowe dziecko. Według Magdy Osińskiej dzień wystawy był ukoronowaniem pracy terapeutycznej nad osobowością Klaudiusza. Szczególne gratulacje należą się Barbarze Derda za opiekę merytoryczną. Ale nie można zapomnieć, że największe zasługi przypadają mamie Klaudiusza. To ona, dzięki swojemu uporowi i walce wychowała zdolnego, wrażliwego mężczyznę. Na pytanie, co dalej, pani Marianna odpowiada – Jeszcze w wakacje nauczę go obsługiwać pralkę. mo
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze