Jubileuszowy, XL Maraton pieszy im. Andrzeja Zboińskiego po Puszczy Kampinoskiej zakończył się dla mnie zbyt wcześnie - już na 50 km. Plany były zupełnie inne - pełny, stukilometrowy odcinek zakończony w czasie około 14 godzin. I wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Start w Dziekanowie Leśnym o godz. 20:00 z grupą 330 innych śmiałków dość mocnym tempem - 7min/km, jak na marsz nieźle. Szybko wyłoniła się grupa osób, która nadawała rytm, a wśród nich dwóch panów spod Katowic, którzy całą trasę zamierzali pokonać metodą "10 min idziemy spokojnie, 3 min spokojnie biegniemy". Ja załapałem się do grupy mocno maszerującej, utrzymującej kontakt wzrokowy z "biegaczami". Jednak już na 7 km musieliśmy zwolnić, okazało się, że pomyliliśmy trasę i trzeba było "przebijać" się poza szlakami by wrócić na odpowiedni "tor". Gdy już udało opanować się sytuację postanowiłem z trzema innymi zawodnikami podkręcić trochę tempo. Gdy jednak na 17 km dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego w Roztoce, po podbiciu karty przez wolontariuszy samotnie ruszyłem w dalszą część trasy. Zrobiłem to dlatego, że od Roztoki znam PK świetnie, nie bałem się, że gdzieś zabłądzę, natomiast miałem pewne obawy co do tego co mnie może spotkać idąc w nocy samotnie przez puszczę. Narzuciłem bardzo mocne tempo (maszerując, nie biegnąc) i jeszcze na 22km dogoniłem prowadzącą dwójkę podbiegających zawodników. Szybko ich wyprzedziłem i do mety pierwszej części pędziłem po pierwsze miejsce... Wydawało się, że nic mi w tym nie przeszkodzi. Znałem teren, świetnie się czułem, nogi w ogóle nie bolały, uzupełniałem cały czas płyny, byłem naprawdę świeży i już planowałem jak rozkładać siły na drugą część dystansu. Moje międzyczasy pozwalały mi dotrzeć do Lasocina przed godziną 3:00 (godzina otwarcia punktu kontrolnego), miałbym więc czas by spokojnie zjeść przed podbiciem karty, a później od razu ruszyć dalej. Było bardzo dobrze, gdy na 44 kilometrze nagle poczułem straszny ból w lewej stopie, jakby ktoś mi wbił nóż w piętę. Ból był tak silny, że nie potrafiłem postawić prawidłowo stopy, mocno zwolniłem i "człapiąc" zwolniłem do tempa 13min/km. Droga zaczęła się dłużyć. Oglądałem się za siebie, ale nikogo nie widziałem, wiedziałem, że gdy dotrę do mety pierwszej części, do szkoły w Lasocinie będę musiał zrezygnować z kontynuowania moich zmagań. Ból był coraz silniejszy, ale dotarłem do mety 50 km w sumie z niezłym czasem, uznając wyższość trzech zawodników, którzy wyprzedzili mnie na 48 km (dwójka spod Katowic) oraz tuż przed metą w szkole. 4 miejsce i duży niesmak. Godzina dotarcia do mety: 3:12, czas na 50km - 7godz. 12min... Nie zrobiłem wymarzonej "setki". nawet nie próbowałem dalej atakować. Za rok próbuję ponownie...
W międzyczasie na dystansie 50 kilometrów miałem kilka ciekawych przygód o których będę pisał w najbliższym czasie
Przebieg trasy 50 km: Dziekanów Leśny, Uroczysko Szczukówek - szlak zielony - Pociecha - szlak zielony - Karczmisko - szlak czerwony - Cmentarz Wiersze - szlak czerwony - Roztoka - szlak zielony - Sosna Powstańców 1863r. - szlak czerwony - Górki - Zamościńska Droga - Zamość - droga bez znaków - kanał Łasica pod Rzepową Górą - szlak żółty - Demboskie Góry - szlak czerwony - Dąb Kobendzy - szlak czerwony - Góra Kapturowa (Famułki Królewskie) - szlak żółty rowerowy, droga asfaltowa - Lasocin (szkoła - meta 50 km).
Dziękuję mojemu szwagrowi - Łukaszowi za podwózkę do Dziekanowa Leśnego, nie miałbym jak tam dotrzeć; Adasiowi Ząbczyńskiemu za pożyczenie latarki "czołówki" i pewnemu nieznajomemu za zawiezienie mnie z Lasocina do domu. Dziękuje Przepraszam moją ukochaną Marlenkę, że nie zabrałem jej ze sobą... Bez przygotowań ta trasa jest naprawdę trudna...
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze