Każdy z nas jest podobno kowalem własnego losu, a jedno z naszych przysłów mówi: „że jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” i dotyczy to całego naszego życia. Dziś pragniemy pokazać czytelnikom, w jaki sposób z normalnych, mających kiedyś rodziny, ludzie stają się bezdomnymi. Czy to tylko ich wina? Czy też może najbliżsi skazali ich na taki los? W naszym mieście jest parę osób, które uważają się za bezdomne. Jedną z nich jest znany sporemu gronu mieszkańców p. Z., mały, zarośnięty mężczyzna, który sam dokładnie nie wie, ile ma lat. Gdy stoi na przystanku ZKM, inni pasażerowie odsuwają się od niego z powodu nieprzyjemnego zapachu, jaki wydziela on i jego ubranie. Czasami niektórych prosi o złotówkę lub parę groszy. Nieraz je dostaje. Nie ma dokąd pójść ani gdzie spać. Nie ma meldunku ani dowodu osobistego. Nie wypełnia żadnych Pitów do Urzędu Skarbowego. Aby żyć, może tylko żebrać, grzebać w śmietniku albo kraść, innej możliwości nie ma. Jak opowiada, kiedyś miał rodzinę. Jego matka i ojciec mieli gospodarstwo rolne i kilkanaście mórg ziemi w jednej z okolicznych wsi. Pamięta też, że mieli rodzinę pod Tułowicami, do której jeździli wozem. Dziś nikt z najbliższych nie chce go znać. Gdy był młody, razem z rodzeństwem pracował na roli i z tego żyli. Niestety alkohol i koledzy zrobili swoje. Po alkoholu wdawał się w bójki i awantury z najbliższymi. Rodzice już wtedy nie żyli. Najpierw wyrzucono go z domu. Nocował w stodole, ale i w niej się upijał i palił papierosy. Bali się, że może ich spalić. Interweniowała milicja. Był zatrzymywany parę razy. „Zwiedził” areszty w Łowiczu, Białołęce, Mokotowie. Po kolejnym pobycie w więzieniu rodzina go wymeldowała. Nie miał gdzie się podziać. Nocował na dworcach w starych opuszczonych budynkach, w piwnicach bloków mieszkalnych, kotłowniach i stał się bezdomnym z własnej woli. Dziś sam nie wie, jak to się stało, że życie tak się potoczyło. Do żadnej pracy już nikt go nie zechce. Ostatnio, jak powiedział, pracował 20 dni u jednego z rolników, który go wygonił i za robotę nie zapłacił. Szans na powrót do normalnego życia nie ma żadnych. Nie potrafi się wysłowić, zapomniał, jak się czyta i pisze. Nie umie napisać żadnego wniosku o zapomogę i tak powoli jego życie dobiega kresu. Ale na przekór wszystkim potrafi żyć bez żadnych dochodów, żywiąc się odpadkami ze śmietników lub tym, co otrzyma od dobrych ludzi. Ubiera się w łachmany, jakie znajdzie. Za uzbierane grosze kupuje tanie wina, które nosi ze sobą i pije po łyku z butelki. Pewnie kiedy umrze, jego ciało znajdą w jakieś opuszczonej starej chałupie lub stodole i będzie pochowany na koszt gminy. Rodzina zgłosi się tylko po akt zgonu, aby uporządkować sprawy własnościowe. Nikt po nim płakał nie będzie, ani nikt nie przyjdzie na cmentarz. Zaś na jego miejsce przyjdzie nowy, który z podobnymi problemami życiowymi też się nie uporał. J.W.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze