W okresie PRL-u chluba i perła na mapie placówek kulturalnych Sochaczewa. Dzisiaj zabita deskami, z dziurami w ścianach, szpecąca centrum miasta ruina przy ul. Warszawskiej. Wielu mieszkańców naszego miasta pamięta jednak magię kina Robotnik.
Historia Robotnika sięga okresu 20-lecia międzywojennego. Wtedy kino nazywało się Mewa, prowadzili je panowie Graber i Kołodziejczak. Po wojnie, przejęty przez Wojewódzki Zarząd Kin w Warszawie, wznowił swoją działalność pod kierownictwem Bolesława Paluchowa. Od 1971 roku kinem zarządzał Stanisław Barszczewski, później do samego końca jego istnienia, czyli do 1991 roku, pieczę nad kinem sprawowała pani Barbara Warzecha. Przepracowała w Robotniku 20 lat, najpierw jako bileterka, później jego kierowniczka.
Złote lata
Kino Robotnik w okresie swojej świetności mogło pomieścić 339 widzów. Projekcje filmowe odbywały się we wszystkie weekendy i święta. Często niezwykle trudno było dostać na nie bilety. Ich ceny wahały się w zależności od popularności filmu, godzin seansu i miejscówki na sali.
Bogaty repertuar przyciągał na seanse widzów wszystkich pokoleń. Na kinowym ekranie wyświetlano zarówno obrazy polskich twórców filmowych, owoce radzieckiej kinematografii, klasyczne dzieła Akiro Kurosawy, czy oryginalne wersje japońskiej Gojiry. Dużym zainteresowaniem cieszyło się także wiele amerykańskich produkcji filmowych, uznawanych dzisiaj za klasyki.
- To były czasy prawdziwej świetności kina przypomina mieszkanka Sochaczewa. Czasami trzeba było używać znajomości, żeby kupić bilet na popularny film. Kino było wtedy jednym z miejsc, które przybliżały nas do wielkiego świata. W tej szarzyźnie ówczesnych czasów i nędzy programu telewizyjnego, chodziło się niemal na wszystkie filmy dodaje.
Z kolei Barbara Warzecha przypomina, że wielkim powodzeniem cieszyły się kinowe poranki dla najmłodszych, a później nocne maratony filmowe organizowane z piątku na sobotę. Oprócz sensów filmowych, w budynku przy ul. Warszawskiej miały miejsce również spotkania z aktorami, m.in. z Romanem Wilhelmim. Koncertowały tam także popularne wówczas zespoły, takie jak: Skaldowie, Trubadurzy, czy 2 plus 1.
Zmiana ustroju, zmiana funkcji
Problemy z utrzymaniem Robotnika zaczęły się w 1989 roku, kiedy to państwo nie chciało już dopłacać do działalności kin. Wyposażenie sali niszczało; wyeksploatowane i zdewastowane fotele kinowe nie miały poręczy, po jakimś czasie zaczął przeciekać dach. Mimo tak złych warunków lokalowych, w schyłkowym okresie działalności kina były horrendalne ceny biletów 6 tys. zł za bilet ulgowy, podczas gdy w chodakowskim Mazowszu - 1800 zł. Taniej było też w Warszawie. W kinie Wisła za wejściówkę trzeba było zapłacić 5 tys. zł.
Kolejnym niesprzyjającym czynnikiem był postęp technologiczny, a konkretnie coraz większe rozpowszechnienie kaset VHS i wyrastające, niczym grzyby po deszczu, na początku lat 90., ich wypożyczalnie.
W 1992 roku nowy właściciel - Roman Błażejewski - próbował w tej nowej rzeczywistości wskrzesić Robotnika. Wyremontowany budynek kina, od tamtego czasu pod nazwą Amor, miał w założeniu wyświetlać również filmy wideo. Ta idea jednak się nie sprawdziła, przyjęła się tylko nazwa, a lokal z biegiem czasu przekształcił się w miejską dyskotekę. Chociaż, przez około dekadę, zmieniali się jego właściciele i nazwy (m.in. Calypso, La Stadia), to i tak przez starszych mieszkańców nazywany był Robotnikiem. Tyle że dziesiąta muza odeszła stamtąd na zawsze
Nikt go nie chce
Pustostan o powierzchni użytkowej 600 mkw. w centrum miasta, z wywieszonym na froncie banerem informacyjnym Sprzedam lub wynajmę, dzisiaj stoi i niszczeje. Wewnątrz nie ma obecnie żadnych sprzętów ani mebli, tylko gołe ściany. Około 10 lat temu, obecni właściciele budynku, zakupili go z zamiarem wynajmu, pod lokal usługowy. Była to nietrafiona inwestycja. Czyżby nie było chętnych na zakup starego kina?
Więcej w najnowszej "Ziemi".
Maciej Frankowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze