Dzisiaj gościnnie, zamiast felietonu balbiny, rozważania lekarza z długoletnim stażem zawodowym.
Studia na wydziale lekarskim to sześć lat „leciutkiej i taniej” nauki, pozwalającej na uzyskanie dyplomu lekarza medycyny. Tyle tylko, że na razie bez prawa wykonywania zawodu. Kolejny rok, to staż podyplomowy, który dopuszcza do lekarskiego egzaminu państwowego, w skrócie zwanego LEP-em. Ten z kolei, o ile uda się go zdać, upoważnia do uzyskania prawa wykonywania zawodu lekarza medycyny.
Przez ten rok przyszły adept sztuki lekarskiej musi obijać się w wyznaczonym szpitalu, posiadającym akredytację do nauki stażystów. Zarobki młodego doktora to w najlepszym układzie 1200-1300 złotych netto. W tym okresie nie wolno mu prawie nic robić samodzielnie, a już na pewno dyżurować.
Następnie wspomniany LEP. A przez ten egzaminu nie jest w stanie przebrnąć niejeden lekarz z kilkuletnią praktyką, bo jak wszyscy wiemy, teoria jest mocno ulotna. No, ale egzamin zdany i co dalej?
Dalej, jak już młody medyk schodzi ostatnią parę butów i dostanie zgodę na specjalizację, to czeka go kolejne sześć lat nauki, kończącej się egzaminem specjalizacyjnym. Przy tym nigdzie nie jest napisane, że uda mu się to za pierwszym razem. W tym czasie jego zarobki podskoczyły do 1300-1600 złotych, często za 240 godzin pracy w miesiącu.
Po roku następuje znacząca poprawa sytuacji materialnej i tym samym komfortu psychicznego medyka. Państwo bowiem w swej nieskończonej dobroci i łaskawości pozwala na otwarcie działalności gospodarczej.
Żeby lekarz podczas robienia specjalizacji nie padł z głodu, jak przysłowiowa kawka pod płotem, bierze dyżury w pogotowiu i jeździ do utraty tchu, zdradzając po pewnym czasie pierwsze objawy tzw. zespołu chorego misia. Objawia się to brakiem apetytu, niechęcią do krycia i zagrzebywaniem się w ściółce. Książki i piśmiennictwo fachowe też „taniocha” – walą po kieszeni równo.
Przyjmując wariant optymistyczny, który zakłada zakończenie sześcioletniej specjalizacji pomyślnie zdanym egzaminem, nasz doktor zaczyna szukać pracy.
Jeśli do tej pory nie oszaleje lub nie opuści Ojczyzny i uda mu się znaleźć stosowną robotę, to zaczyna zarabiać jakieś 50 złotych więcej z racji posiadanego tytułu specjalisty. Pracę oczywiście może znaleźć „państwową”, bo do prywaty z racji młodego jeszcze wieku i durnoty zawodowej go nie wezmą. (na ogół)
Reasumując, jeśli chcesz zostać lekarzem, czeka Cię w najlepszym układzie 13 „cudownych i beztroskich lat bez wyrzeczeń i nadmiernego poświęcenia”. A potem dowiesz się od właściwego ministra, że twoja sytuacja finansowa jest doskonała, ponieważ (jako łapówkarz) masz z kolegami po fachu do wzięcia 7,5 mld złotych, unikając przy tym kontaktów z fiskusem, CBA i prokuraturą.
Wychodzi na to, że jedynym minusem tej zaszczytnej profesji jest społeczna i medialna licencja na obrzucanie Cię oszczerstwami i błotem.
PePe
Post Scriptum balbiny: Maturzysto, jednak nie rezygnuj, jeśli mimo wszystko czujesz, że zawód
lekarza jest Twoim powołaniem!!! Bo nie chodzi tu bynajmniej li tylko
o kasę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze