Do Iłowa wróciłem z wolnym słowem - rozmowa z Mariuszem Ambroziakiem

/ 1 komentarzy
Zdjęcia i foto: Do Iłowa wróciłem z wolnym słowem - rozmowa z Mariuszem Ambroziakiem   Sochaczewianie - sylwetki sochaczew

Rozmowa z Mariuszem Ambroziakiem, przedsiębiorcą, wiceprezesem Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej


W Iłowie, tam, gdzie chodził Pan do szkoły, wystawił Pan wraz z przyjaciółmi z samorządu i stowarzyszeń regionalnych Kolumnę Niepodległości. Skąd zrodził się jej pomysł? 


- W gronie członków Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Ziemi Iłowskiej, Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej oraz Proboszcza Parafii Matki Bożej Królowej Polski w Iłowie ks. Krzysztofa Boruckieg rozważaliśmy najpierw, żeby odbudować pomnik z 1932 r, wysadzony podczas wojny przez Niemców. Udało mi się nawet – za sprawą rodziny kamieniarza, który tamten monument wznosił – wejść w posiadanie części oryginalnego pomnika, płaskorzeźby z inskrypcją „Marszałek Józef Piłsudski”. Ostatecznie po wielu rozmowach zdecydowaliśmy się połączyć upamiętnienie Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej, w ten sposób powstała kolumna, o którą Pan pyta a jej część stanowi kopia płaskorzeźby Marszałka.


Przed 35 laty Jan Paweł II mówił, że każdy ma swoje Westerplatte. Z Niepodległością chyba jest podobnie, liczy się jej osobiste doświadczanie, nie prawna definicja. Kiedy odczuł Pan po raz pierwszy, że czegoś wokół brakuje i problem właśnie wolności dotyczy? 

    

- Z perspektywy dziesięciolatka przeżyłem pierwszą pielgrzymkę Papieża. Wujkowie i ich znajomi organizowali się, żeby wziąć udział w straży porządkowej. Szkoła była wtedy pełna naleciałości PRL, ale akurat w czerwcowych dniach 1979 roku dzieciaki i nauczyciele niezależnie od poglądów skupiali się w świetlicy przed telewizorem, jeszcze chyba czarno-białym, jeśli dobrze sobie przypominam. Rok 1980 okazał się na tyle mocnym doświadczeniem, że różne przejawy emocji docierały także do dzieci. W szkole nawet bawiliśmy się w strajki, jako rekwizyt ktoś przygotował wąsy Wałęsy. Szkoła działała w Iłowie od lat 20, wtedy jeszcze nie miała patrona, dziś jest nim Józef Piłsudski, czego wtedy oczywiście nie można było przewidzieć. Mieszkałem 3 i pół kilometra od Iłowa, w Stegnie. Mój brat Sławek od 1978 r. pracował w Ursusie, przyjeżdżając do domu przywoził biuletyny i gazetki – sam już przed Sierpniem miał kontakt z „Robotnikiem”, którego w zakładach mechanicznych kolportowali młodzi: Janas z Bujakiem. W 1981 r. zaczęli u nas organizować się rolnicy. Zakładali w Iłowie „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Pamiętam, jak w kościele w Iłowie sztandar NSZZ „S” RI święcili jej działacze Andrzej Ciołkowski i Bogdan Rybicki. Poczytuję sobie za zaszczyt, że z obydwoma dziś współpracuję w inicjatywach regionalnych i samorządowych. W remizie wyświetlano „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy. Dla jedenastolatka było oczywiste, że nie jest to taki sobie, zwykły film.


Stan wojenny na wsi przeżywało się inaczej niż w wielkim mieście?


- Co nie znaczy, że emocje były mniejsze. Gdy przez Iłów od strony Płocka przejechała kolumna czołgów, nie mieliśmy wątpliwości, że idą na Warszawę, tłumić protesty. Zwłaszcza ludzie starsi, którzy pamiętali wojnę, przeżywali wtedy głęboki szok. Dzisiaj wiemy, że chodziło bardziej o demonstrację siły, psychologiczny efekt. Jednak właśnie w stanie wojennym – zupełnie wbrew zamiarom władzy – upowszechnił się na wsi zwyczaj gromadnego, w gronie rodziny i sąsiadów słuchania Wolnej Europy czy Głosu Ameryki. Niby szukało się po sąsiadach najlepszego radia – o dziwo dzielnie nie dawały się zagłuszarkom stare odbiorniki lampowe – ale tak naprawdę ludziom zależało wtedy na tym, żeby być razem. 


W 1984 sam Pan znalazł się w Ursusie, śladem brata. Co Pan tam zastał?


- Jeszcze zanim zacząłem w Ursusie naukę w szkole przyzakładowej, latem byłem na pielgrzymce do Częstochowy, w trakcie której poznałem ludzi takich jak Seweryn Jaworski, Leszek Moczulski czy jezuita o. Hubert Czuma. Z czasem wyjazdy z kumplami starszego brata Sławka na msze za ojczyznę stały się coraz częstsze. W 1985 r. włączyłem się w działania nielegalnej „Solidarności” w Ursusie. Poznałem ludzi kilka lat ode mnie starszych, dzielnych i zdeterminowanych jak Marek Jarosiński i Henryk Tachasiuk. Co prawda moja szkoła przyzakładowa nosiła imię NRD-owskiego komunisty Wilhelma Piecka, ale jej internat – z 200-300 korzystającymi z niego chłopakami, okazał się wymarzoną przestrzenią do działania. Zaś w Iłowie pojawił się wtedy młody ksiądz Michał Swędrowski, który potrafił skupić wokół siebie osoby niezależnie myślące. Poznał mnie z ks. Marianem Lipskim z Głogowca pod Kutnem, jednym z kapelanów Solidarności. 


Czy udało się jakoś połączyć we wspólnych przedsięwzięciach Iłów i Ursus, ludzi z obu środowisk?


- Tak i to w cenny dla mnie sposób, który traktuję jako spłacenie długu wdzięczności  wobec rodzinnych stron. W oparciu o kontakty z bardziej doświadczonymi działaczami ursuskiej Solidarności podziemnej na przełomie 1986 i 1987 r. przygotowaliśmy specjalną audycję Radia Solidarność dla rolników z gminy Iłów. Tutaj właśnie Ciołkowski i Rybicki próbowali odrodzić działalność Solidarności Rolników Indywidualnych.


Skąd audycję nadaliście?


- Ode mnie z domu i z plebanii, od ks. Swędrowskiego. Z dwóch miejsc. Przygotowaliśmy kasetę z nagraniem. Narratorem był Stefan Bratkowski, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozwiązanego w stanie wojennym przez komunistyczne władze. Cały sprzęt niezbędny do nadania audycji zawieźliśmy do Iłowa we dwóch ze Stanisławem Karpezo. To wielka postać „Solidarności” w Ursusie twardy działacz o niezmiennie ascetycznym trybie życia; zawsze postępował w taki sposób, jakby ważni byli wszyscy wokół, tylko nie on sam, żył skromnie. Zapakowaliśmy sprzęt do pociągu, potem pekaesu, wreszcie nieśliśmy go pieszo. W ten sposób wróciłem do Iłowa nie z pustymi rękami, tylko z wolnym słowem, jeśli można tak z pewnym minimum patosu podsumować. Za naszą sprawą mieszkańcy usłyszeli: „Tu Radio Solidarność. Nadajemy specjalną audycję dla tych, co żywią i bronią. Dla rolników z gminy Iłów. Szczęść Boże…” Audycję nadaliśmy dwa razy, najpierw w piątek ode mnie z domu, potem w sobotę z plebanii od ks. Swędrowskiego. Zjedliśmy śniadanie i wraz ze sprzętem wróciliśmy do Warszawy. Udało się, wywołaliśmy tą naszą akcją wielkie zaskoczenie i zdziwienie, bo Radio Solidarność nadawało wtedy w centrach miast i blokowiskach, a nawet zza muru dla więźniów politycznych z Rakowieckiej – ale na wsi to było coś nowego i nieznanego. 


Na tym Pan nie poprzestał?


- Wymalowaliśmy też Iłów w paru widocznych punktach, sprejem już a nie pędzlem, hasła były proste i trafiające do serca, wśród nich znalazło się na pewno „Precz z komuną”, pojawiła się kotwica – znak Polski Walczącej. Z czasem okazało się, że ludziom to już nie wystarcza. Zaprosiliśmy więc do Iłowa prof. Andrzeja Stelmachowskiego. Dla nas był wtedy autorytetem  ważną postacią: doradca ks. prymasa. I znawca prawa rolnego, człowiek którego cechowało szczere zrozumienie dla problemów wsi. Spotkanie z nim w 1987 r. okazało się pierwszym odbywanym półjawnie. Dla późniejszego odrodzenia Solidarności RI miało ogromne znaczenie. Chociaż oczywiście uczestnicy nie mogli wtedy przewidzieć, jak wielką rolę odegra nasz gość w przyszłych wydarzeniach 1988 roku, kiedy jego postawa wsparta autorytetem ks. prymasa Józefa Glempa przyczyniła się do porzucenia przez władze planów rozwiązania siłowego.


Czy miejscowe władze próbowały zniechęcić Pana do działania?


-  Nie mieli ze mną łatwo. Zostałem wezwany na komisję wojskową. Ale przygotowałem się. Wcześniej, w mieszkaniu obecnego ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza na jego maszynie do pisania sformułowałem pismo do władz wojskowych o odmowie służby z przyczyn politycznych. Wtedy przecież, gdy szło się do armii – trzeba było składać przysięgę na wierność Związkowi Radzieckiemu jako sojusznikowi PRL. Kolejny powód stanowiło wykorzystanie wojska do obrony władzy PZPR, a przeciw Narodowi w 1970 i 1981 r.


Wyłuszczył Pan to wszystko w swoim piśmie, jak je przyjęli?  


- Siedziałem przed komisją w samych spodenkach – bo przecież częścią procedury były badania lekarskie – a w ręku trzymałem ten papier. I w końcu im go podałem. Przeczytali, zamurowało ich. Potem wiele razy mnie odraczali. Wreszcie – co stanowiło zasługę Ruchu Wolność i Pokój, którym kierowali obecny szef polskiej dyplomacji Czaputowicz i Jan Rokita – wymuszono na władzy wprowadzenie służby zastępczej. Dlatego służbę wojskową odbyłem w kościelnej instytucji dobroczynnej, w fundacji ks. Józefa Jońca. To niezwykła postać, organizator parafiad, niestety zginął w katastrofie smoleńskiej. Zaś o mnie można powiedzieć, że miałem szczęście, że na takich właśnie ludzi trafiałem. 


Już w nowej Polsce wrócił Pan do Iłowa raz jeszcze: kandydował Pan z AWS do listy Sejmu z rodzinnej ziemi, wtedy Pana okręg nosił jeszcze nazwę województwa płockiego.


- Od połowy lat 80 główną domeną mojego działania stał się Ursus, gdzie wraz z innymi młodymi pracownikami organizowałem strajk w 1988 r, a potem zajmowałem się kampanią wyborczą przed 4 czerwca ’89. Pracowałem w Warszawie w Regionie Mazowsze, później też w stolicy  zostałem przedsiębiorcą – ale o Małej Ojczyźnie pamiętałem. Nigdy nie zerwałem tam kontaktów, regularnie przyjeżdżałem i odwiedzałem rodzinę i sąsiadów, więc gdy zaproponowano mi ubieganie się o sejmowy mandat, nie zastanawiałem się długo, skąd. Dawne województwo płockie tworzy rozległy okręg wyborczy, rozciągający się od Żyrardowa po Sierpc. Ale pośrodku oczywiście Sochaczew i mój Iłów. Na wejście do Sejmu przyszło mi trochę poczekać, mandat objąłem pod koniec kadencji po koledze z AWS Pawle Jarosie, który został wybrany rzecznikiem praw dziecka, czego nie mógł łączyć z obowiązkami poselskimi. Mam satysfakcję, że byłem posłem tej kadencji i tej formacji, które wprowadziły reformę samorządową. Jej sens premier Jerzy Buzek streścił pamiętnymi słowami: szliśmy po władzę po to, żeby oddać ją ludziom. Teraz jako wiceprezes Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej wiele razy przypominam tym, którzy zapomnieli – że według Konstytucji samorząd tworzą wszyscy mieszkańcy. Nie tylko lokalne władze, wójt, burmistrz, radni… Z czasów sprawowania mandatu poselskiego zapamiętałem walkę o budowę drugiego mostu w Płocku. Powstał w kilka lat później. Reprezentując w Sejmie wyborców z mojej Małej Ojczyzny, przyjmowałem zasadę, że nikomu nie odmawiam pomocy. Każdą sprawę starałem się zbadać, podejmowałem interwencje w zakładach pracy, pamiętano przecież, że wywodzę się z Solidarności. Bezrobocie pozostawało systemowym problemem, przychodzili do mnie zrozpaczeni ludzie z CV w ręku, starałem się im zawsze coś doradzić.


A dziś? MWS, którego jest Pan wiceprezesem, jak rozumiem nie przypadkiem ma w nazwie słowo „wspólnota”. 


- Cieszą mnie wszystkie formy organizowania się i współdziałania ludzi w moich rodzinnych stronach. Wspierałem odradzającą się Solidarność RI, byłem dumny, gdy powstało Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Ziemi Iłowskiej. Przez kilkanaście lat wniosło do życia lokalnej społeczności mnóstwo projektów i udanych działań, łączących przywiązanie do pracy organicznej z realizacją romantycznych planów i marzeń, związanych z kultywowaniem tradycji i historycznymi upamiętnieniami. Szukanie śladów historii, uświadamianie tradycji, w której wiele kultur tu zgodnie współistniało pokazuje, ze najlepszymi depozytariuszami pamięci są sami obywatele. Zaś aktywność ludzi na rzecz ich Małej Ojczyzny nigdy nie szkodzi patriotyzmowi, zawsze go wzmacnia. Najlepszym dowodem na to jest, że przed laty środowisko Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Ziemi Iłowskiej oraz Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej wznowiło wspólne świętowanie uroczystości Odzyskania Niepodległości w Iłowie. Na początku grupa uczestników nie była duża, jednak z każdym rokiem rosła. Wierzymy, że uroczystości niepodległościowe w naszej gminie już na stałe wpisały się w kalendarz. 


W imieniu organizatorów serdeczne zapraszam w najbliższą sobotę (10 listopada 2018r.) na uroczystości, które rozpoczną się o godzinie 18.00 przy Kolumnie Niepodległości na skwerze przed Kościołem pw. Podwyższenie Krzyża św. w Iłowie. 


Rozmawiał Łukasz Perzyna

 



5
Oceń
(2 głosów)

 

Opinie i komentarze użytkowników (1)

jerzyk2205jerzyk2205
0
Mariusza Ambroziaka, Andrzeja Ciołkowskiego i Bogdana Rybickiego poznałem pracując w Starostwie Powiatowym w Sochaczewie w latach 1999-2002. W 2001 założyliśmy wspólnie Mazowiecką Wspólnotę Samorządową. Będąc wówczas wicestarostą zabiegałem u posła Mariusza o finansowe wsparcie dla budowanej sali sportowej w szkole rolniczej w Teresine. Mało kto wie, bo wówczas się nie chwalono, że dzięki jego pomocy udało się pozyskać dotację z PFRON, dokończyć budowę i przystosować obiekt sportowy dla osób niepełnosprawnych. Gmina Iłów od dawna słynie z patriotycznych inicjatyw i społecznej aktywności. W wiele imprez organizowanych na przestrzeni kilkunastu lat dla lokalnej społeczności zaangażowani byli i są nadal wymienieni Panowie i liczne grono przyjaciół. Mariusz Ambroziak wspiera te wydarzenia organizacyjnie i finansowo zapraszając do Iłowa znamienitych gości (polityków, artystów). Kolumna Niepodległości wieńczy dotychczasową patriotyczną konsekwencję środowiska iłowskiego. (2018-11-05 20:05)

skomentuj ten artykuł

e-Sochaczew.pl poleca filmy