Najnowszy film słynnego hiszpańskiego twórcy to obraz wielopłaszczyznowy. To bezsprzeczna próba zmierzenia się z upływającym czasem. "To coś", z czym wcześniej czy później zmierzymy się i my widzowie, obserwatorzy. Ból i blask.Prawdopodobnie Almodóvar jak nikt inny potrafi wybrać wyżej wymieniony tytuł. Główny bohater, podupadły i nieco zapomniany reżyser, nie potrafi pogodzić się ze swoim zmierzchem. Co chwilę popada w melancholijny nastrój, świadomie wywołując młodzieńcze 'beztroskie lata, odganiając teraźniejszość".
Reżyser celowo obsadza w głównych rolach swoich "ulubieńców": Penelope Cruz i Antonio Banderasa. i za każdym razem gdy ta para powraca na łono Almodóvara rozbłyskuje na nowo.
Gdzieś w tle sączy się "Fellinowska" nuta.To reżyserski ukłon w stronę wytrawnego i uważnego widza.
Czy to jest nie dla każdego? Absolutnie nie...poza faktem, że konsumując go przed dużym ekranem mamy za sobą bagaż doświadczeń takich jak ból i blask, troski i radości.
I wreszcie najważniejsza obserwacja skłaniająca mnie do zakwalifikowania obrazu Almodóvara do kina autorskiego. To rodzaj pielgrzymki na którą zaprasza nas jeden z najlepszych twórców współczesnego kina autorskiego. Może najlepszy?
Antonio Banderas dostał za tą wybitną rolę nagrodę w Cannes. Nie byłoby międzynarodowej kariery, gdyby nie praca z Almodóvarem . Od debiutu w "Labiryncie Namiętności "(82) razem zrobili już dziewięć filmów. BÓL I BLASK jest najpiękniejszym dowodem ich przyjaźni. Antonio obnaża tym razem samego Pedro. Obnaża jego fobie, lęki ale też namiętności. Obnaża jego miłość do kina.
Film trwa 113 min. Wstęp wolny.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze