30 najciekawszych płyt 2016 roku wg „Kulturki”
2016 rok abdykował już i mamy 2017. Czas płynie nieubłaganie, więc trzeba zrobić ostateczny rozrachunek z tym co było, by móc wkroczyć pewnym krokiem w to co już jest. „Kulturka” postanowiła zrobić małe podsumowanie najciekawszych płyt wydanych w 2016 roku. Wybraliśmy dla Was ich aż 30 . Opisaliśmy natomiast pierwszą dziesiątkę. Trzeba przyznać, że wybór nie był łatwy i co chwila typy się zmieniały, ale ostatecznie po wielu bojach nasze zestawienie przedstawia się następująco...
1. Iggy Pop- „Post Pop Depression”
Iggy Pop po cichu, bez rozgłosu nagrał album, który można z powodzeniem postawić na jednej półce przy „Idiot”, czy „Lust for Life”. A jest to jego najlepsza płyta od wydania „Brick by Brick” (1990). Z pewnością duża w tym zasługa Josha Homme i jego muzycznej świty. Muzyk znany z Queens Of The Stone Age, Desert Sessions i Kyuss zagrał na tej płycie na gitarze, gdzieniegdzie dośpiewał chórki, ale przede wszystkim pełnił bardzo odpowiedzialną rolę producenta muzycznego, i to w dużej mierze jemu zawdzięczamy to jak brzmi „Post Pop Depression”. Na pewno słuchanie tego dzieła nie może wprawić nikogo w depresję, choć nie jest to płyta wesoła i łatwa w swym odbiorze. Najlepszy na płycie„Sunday” to małe arcydzieło, w którym wręcz funkowo- taneczny puls ustępuje miejsca orkiestrowej, spokojnej i refleksyjnej muzyce na końcu. Tak samo jest z zamykającym całość „Paraguay” zaczynającym się fajną, melodyjną partią śpiewaną przez Josha a capella do którego wchodzi akustyczna gitara, prosty transowy rytm sekcji rytmicznej i fortepian. Iggy śpiewa sobie spokojnie, numer buja w najlepsze. Mamy nawet charakterystyczne dla Igg"yego z okresu glam rockowego zaśpiew: „Lalalalala” jakby żywcem wyjęty z „Passanger”. Pod koniec jednak Iggy wytacza najcięższe działa: utwór się załamuje, gitary rzężą ciężki rytm, a główny bohater melorecytuje, by za chwilę drzeć japę w ostrej słownej tyradzie, w której nie przebiera w słowach powszechnie uznanych za obraźliwe. Zresztą na całym albumie jest wiele kontrastów, które wydawać by się mogło pozornie do siebie nie pasują. Duet Pop- Homme jednak te puzzle poskładał w doskonałą całość.
Czy jest to fonograficzne pożegnanie tego Mistrza Rock"n"rollowej autodestrukcji? Jeśli tak to pożegnanie w najlepszym możliwym stylu.
2.David Bowie- „Black Star”
Gdy pierwszy raz ujrzałem klip do „Black Star” i wsłuchując się w tą doskonałą, poruszającą muzykę, od razu wiedziałem, że będzie to wielki album. Niestety nie nacieszyłem się nim zbyt długo (podobnie jak i wszyscy wyznawcy Artysty), gdyż chwilę później Davida Bowiego nie było już z nami. Po jego śmierci zupełnie inaczej się ten album odbiera. Jako swoiste muzyczne epitafium, pożegnanie, ale bez patosu, napuszenia i lamentu. Pożegnanie będące czystą afirmacją życia. Jak to u Bowiego zawsze było. A muzycznie to najbardziej jazzująca i organiczna płyta Mistrza. Muzycy, których Bowie sobie zawsze doskonale dobiera tym razem właśnie ze świata jazzu się wywodzą.
Z pewnością najmocniejszym fragmentem jest „Lazarus”, którego początek brzmi niczym Joy Division. Gdy wchodzi ta cieple brzmiąca trąbka i wokal Davida mam ciarki. To jeden z piękniejszych utworów poprzedniego roku. Niezwykle poruszający i jednak... smutny.
Mamy na tej płycie jeszcze takie perełki jak: oparty na jednostajnym rytmie „Gilr Loves Me”ze świetnym elektronicznym tłem, czy spokojny, ubarwiony ciekawym solem saksofonu „Dollar Days”.
Bowie do końca pozostał sobą, czyli Artystą poszukującym, penetrującym wciąć to nowe obszary, Człowiekiem- Kameleonem. On nigdy nie zdradził swoich słuchaczy, a co najważniejsze samego Siebie.
Być może David Bowie wrócił na Marsa, z którego to przyleciał w 1972 roku jako Ziggy Stardust i stamtąd śmieje się z nas. Na pewno jednak nic nie pozostanie już takie jak było wcześniej.
3.PJ Harvey- „The Hope Six Demolition Project”
PJ od zawsze szła swoją drogą. Tym razem Brytyjka po swojej podróży po krajach byłej Jugosławii, postanowiła, że jej płyta będzie czymś na kształt socjologicznego pamiętnika, czy też nawet manifestu, w którym mówi głośno o podziałach społecznych, wszelakiej niesprawiedliwości na świecie. To rodzaj poetyckiego reportażu. A muzycznie? Po części kontynuacja „Let England Shake”, ale nie tylko. Dużo tu harmonii wokalnych, męskich głosów, bogatych orkiestracji, folku, czy też korzennego bluesa. Jest tez debiut Polly w roli saksofonistki, który wypada bardzo okazale.
„The Hope Six Demolition Project” to płyta, którą można porównać do tajemniczej kobiety, która długo Cię uwodzi i zwodzi, w międzyczasie porzuca i przytula ponownie, ale zachowuje cały czas dystans, by dopiero po jakimś czasie unieść spódnicę wyżej, zaprosić do siebie i oddać w pełni. Trzeba do niej cierpliwości, a z pewnością Drogi Słuchaczu, zostanie to Tobie wynagrodzone.
4.Narcosatanicos - „Body Cults”
Gdzieś w Danii istnieje sobie wytwórnia „Bad Afro”, która należy do Uffe Lorenzena zwanego powszechnie Lorenzo Woodrose. Tamże obok płyt kapeli Baby Woodrose (swoją drogą polecamy), z której to wywodzi się ów jegomość, możecie natknąć się na dzieła, które są dostępne tylko dla wybrańców. W radiu i tzw oficjalnych mediach żadnej nawet najmniejszej wzmianki o kapelach typu: The Janitors, czy The Dandelion nie uświadczycie. A tym bardziej o Narcosatanicos, którzy już samą nazwą raczej nie przyciągną radiowych stacji. Ale Duńczykom na pewno na tym zupełnie nie zależy. Muzyka proponowana na ich drugim albumie to połączenie awangardowego free jazzu z noisem, muzyką orientalną, okultystycznym doom metalem, psychodelią i... dopiszcie sobie według własnego uznania, czym jeszcze. Na „Body Cults” najważniejszy jest klimat.
Oryginalności kapeli dodają dęciaki. Dzięki którym ich muzyka raz brzmi jak King Crimson („Mania”) z czasów „In the Court of Crimson King”, innym niczym Eletric Wizard („Matamoros”) na wycieczce do Indii, w poszukiwaniu nieznanego narkotyku. W zasadzie jednak jakiekolwiek porównania Narcosatanicos do kogokolwiek nie mają sensu. Z pewnością to jedna z najbardziej niezwykłych płyt, które usłyszeć można było w 2016 roku. Zarzućcie jakieś dobre opiaty i zapraszamy do zabawy.
5.Goat- „Requiem”
Goat
to kolejna niezwykła kapela, która jednak już dążyła
sobie zaskarbić rzesze wiernych wyznawców w naszym kraju. O
personaliach muzyków bardzo trudno cokolwiek powiedzieć, bo
kapela podobnie jak ich rodacy ze Szwecji, czyli Ghost stawiają na
anonimowość. Tak samo jak oni na swych koncertach występują w
maskach, co czyni sprawę bardziej tajemniczą. Do statusu The
Residents im jednak jeszcze wiele brakuje. Na płycie „World Music”
zdefiniowali na nowo pojęcie Afrobeatu dodając do tego masywne
stoner rockowe brzmienie. Na „Commune” postawili jeszcze większy
akcent na puls, rytm i zwiększyli ilość perkusjonaliów.
Natomiast „Requiem”, który jest dla słuchacza największym
wyzwaniem (przede wszystkim nie jest tak przebojowy jak ich
wcześniejsze dokonania)to wręcz wędrówka duchowa, i to
bardziej śladem zmarłych przodków. Zupełnie jakbyśmy
wchodzili do świata umarłych. Sam tytuł sugeruje, że mamy tutaj
do czynienia z mniej wesołą sytuacją. Requiem z języka
łacińskiego oznacza odpoczynek, ale też kompozycję mszalną
wykonywaną w Dzień Zaduszny, lub podczas uroczystości żałobnych.
Być może w dyskografii Goat ta płyta ma być swego rodzaju
catharsis, oczyszczeniem, sięgnięciem w głąb samych siebie.
Oczywiście żeby nie było tak przesadnie mrocznie Szwedzi na swoim
podwójnym albumie nawiązują do bardziej przebojowych i
tanecznych wręcz dźwięków z „World Music” („Trouble
in the Streets”, czy „All- Seeing Eye”), a w przedostatnim
ambientowym wręcz „Ubuntu” jest dosłowny cytat z tejże płyty.
Muzyka doskonała do kontemplacji, wyciszenia, a potem jak już się
wyciszycie i chcecie zaszaleć polecam...”World Music”.
6.King Dude- Sex
TJ
Cowgill nie zwalnia tempa
nawet na chwilę. Swoich fanów przyzwyczaił do tego, że
płyty wydaje praktycznie rok w rok. Tym razem również nie
zmienia sprawdzonej formuły. Po znakomitym „Songs Of Flesh And
Blood- In The Key Of Light”(cóż za długi tytuł) i równie
świetnymi koncertami jakie zagrał m.in. w naszym kraju, atakuje
płytą „Sex”(tytuł krótki, prosty i klarowny). Co do
tekstów to możecie mieć pewne wyobrażenie, choć oczywiście
to tylko taka gra, w którą gramy pod dyktando urodzonego w
Seattle artysty. Jak zwykle jest przewrotnie. Muzycznie obok
eksplorowanych na poprzednich płytach mrocznego country, folku, czy
nawet black metalu, mamy dużo nawiązań do rocka gotyckiego, czy
nawet post punku. Jest mrocznie, dekadencko (bluesujący „I Wanna
Die At 69”), ale wszystko to z przymrużeniem oka („The Girls”).
Najlepiej jednak jak zwykle wychodzą mu ballady , a „Who Taught
You How To Love” jest jednym z najlepszych utworów w ogóle
jakie dotychczas napisał. Unosi się nad nim duch samego Petera
Steele, czy nawet Iana Curtisa. W „Sex Dungeon (USA)” mamy
punkowo- black metalowy galop i charczący wokal Mistrza Ceremonii,
Kinga Dude.
Król Koleś mimo tej całej mrocznej otoczki wydaje się być takim swoim gościem, którego można z powodzeniem zaprosić na urodziny babci i nawet sama solenizantka nie poczuje się zniesmaczona. Tu sypnie jakimś żarcikiem, tu walnie przemowę i wszystkim będzie miło. Polecam ten krążek zarówno Wam jak i Waszym babciom. Bo przecież „Sex” to fajna sprawa, jak to mawiają: samo zdrowie, co nie?
7.Spiritual Beggars - „Sunrise To Sundown”
Ze
Spirtual Beggars sprawa jest o tyle skomplikowana, że po odejściu z
kapeli Janne
„J.B.” Christofferssona i
zasilenia składu przez Greka Apollo
Papathanasio
przyznam się Wam szczerze nie mogłem się do tego stanu rzeczy za
bardzo przekonać. O ile zaakceptowałem dosyć szybko (nie bez
oporów) odejście Spice"a, który stanowił o sile
pierwszego składu zespołu, to tutaj zupełnie ten wokalista mi nie
leżał. Takie power metalowe zaśpiewy nigdy mnie nie powalały.
„Sunrise To Sundown” jest albumem dzięki któremu chyba na
dobre przeprosiłem się ze Spirtualami. Wokal Apollo jest bliższy
już hard rockowym kanonom, które swego czasu ustalił Ian
Gillan, czy Ronnie James Dio. A muzyka zawarta na tej płycie zdaje
się być takim właśnie hołdem dla starej heavy metalowej szkoły.
Jest to album, który wręcz można polecić jako taki
podręcznik dla młodego fana metalu. Warto jednak znać odnośniki i
tak w „Diamond Under Preassure” za sprawą doskonałych Hammondów
cofamy się w czasie, gdy w Deep Purple grał na nich pięknie John
Lord. „What Doesn"t Kill You” to po trosze hołd dla starych Iron
Maiden (ta galopada sekcji rytmicznej). „Hard Road” jest
afirmacją dla prostego hard rockowego, gitarowego riffu, który
po prostu napędza cały utwór i sprawia, że pędzimy po te
Autostradzie z dużą prędkością, zostawiając wszystko w tyle
zamieniając w proch i pył. Swoją drogą Michael Abbott wykonał na
całym albumie genialną robotę. I tych różnych nawiązań
można by wymieniać. Ale to nadal stary, dobry Spiritual Beggars, a
słuchanie tej płyty to po prostu dobra zabawa i tyle, albo aż
tyle.
ROCK"N"ROLL NEVER DIE!!!
8.Hypnopazūzu - „Create Christ, Sailor Boy”
Co
się stanie, gdy swoje siły połączą muzycy Current 93 i Killing
Joke? Odpowiedź znajdziecie na płycie Hypnopazūzu- „Create
Christ, Sailor Boy”.
Muzyka zawarta na tym albumie jest naprawdę trudna do opisania, bo to tak jakby się próbowało zamknąć w słowa doznanie oświecenia religijnego, czy też szczytowy moment dobrego narkotycznego tripu. To prawdziwe muzyczne objawienie, gdy większość tego co powstaje jest wtórna do bólu.
Z brakiem kreatywności Pan David Tibet nigdy nie miał problemu. Natomiast na tej płycie śpiewa jak natchniony, a dźwiękowe plamy w tle dodają należnej wzniosłości (nie mylić z patosem). ?Warto zwrócić uwagę na niesamowite orkiestralne, podniosłe aranżacje. Chyba tylko Pan Scott Walker byłby w stanie nagrać COŚ z taką mocą.
Niezwykle przewrotnym jak zresztą cała twórczość Tibeta i Youtha jest to, że za najlepszy debiut roku odpowiadają muzycy, którzy mają już 50-tkę na karku.
9.Oranssi Pazuzu- „Värähtelijä”
Pazuzu
oznacza babilońskiego demona i to określenie doskonale oddaje
demoniczny charakter muzyki tworzonej przez fińską black metalową
formację. Na albumie„Värähtelijä” kwintet
powstały w 2007 roku brzmi jeszcze bardziej złowieszczo, ale też i
psychodelicznie. Warto zwrócić uwagę na to, że black metal,
który swego czasu był jednym z najbardziej zamkniętych na
fuzje z innymi stylami, hermetycznych, mizantropijnych gatunków
muzycznych, w ostatnich latach przeżywa swój renesans,
właśnie dzięki temu, że otworzył się na inne muzyczne obszary.
Doskonałymi przykładami na potwierdzenie tej tezy są polskie:
Stara Rzeka, czy Furia, o której kilka słów za chwile,
ale także skandynawskie zespoły z Sólstafir i właśnie
Oranssi Pazuzu na czele. Wróćmy do omawianej
płyty...Wyobraźcie sobie, że budzicie się ze snu w wielkim,
złowrogim lesie, gdzieś w mroźnej Skandynawii, jest noc i zewsząd
czujecie jak otaczają Was demony. Obcowanie z muzyką zawartą na
czwartym albumie Finów dostarcza właśnie takich wrażeń. To
z jednej strony nawiązanie do pogańskich czasów, gdy lasy,
fiordy i wielkie połacie wód otaczały dziewicze lądy, w
których to nie człowiek był panem i władcą, a jego małość
wobec natury była jeszcze bardziej znaczna niż dzisiaj.
Singlowy, promujący pięknym teledyskiem utwór „Lahja”, który po fińsku oznacza „dar” to prawdziwy dar dla fanów muzyki. Mam nadzieję, że wkrótce Finowie obdarują nas równie dobrym krążkiem co „Värähtelijä”.
Furia- „Księżyc Milczy Luty”
Naszą pierwszą dziesiątkę zamyka najlepsza naszym zdaniem polska płyta 2016 roku. O ile epka wydana kilka miesięcy wcześniej była tylko fajnym orzeźwiającym podmuchem, zefirkiem, tak długogrający album Furii to potężny wicher, orkan, który niszczy wszystko na swej drodze, ale też ma wpływ na ukształtowanie i położenie terenu w środowisku, przez które się przetoczył.
Kapela, która nagrywa niezmiennie dla „Pagan Records”(najważniejszy polski label wydawniczy wydający głównie kapele Black Metalowe, przyp. Red.) zdaje się być w życiowej formie, co potwierdzają wszelkie możliwe recenzje tego wydawnictwa, a także odzew z kraju i ze świata.
Ciężko jest opisać muzykę zawartą na „Księżyc Milczy Luty”, bo mamy tutaj i post rockowe wędrówki, klasyczny, brudny, pierwotny, obleśny wręcz black metal, ale też nawet post- punk, czy flirt z tzw „zimną falą”. Okładka jest czarno- biała, ale muzyka wielobarwna.
To obok ubiegłorocznej płyty Mgły prawdziwy towar eksportowy polskiego Black Metalu i jedna z najlepszych płyt ostatnich lat dla całego stylu. O jej ważności na pewno przekonamy się dopiero za kilka lat.
POLSKA BLACK METALEM STOI!
Pozostała część zestawienia przedstawia się następująco:
11.Yawning Man- „Historical Graffity”
12.The Claypool Lennon Delirium - „Monolith of Phobos”
13.Neurosis- „Fires Within Fires”
14.Nick Cave & the Bad Seed - „Skeleton Tree”
15. King Gizzard & The Lizard Wizard - „Nonagon Infiniry”
16. Suicidal Tendencies- „World Gone Mad”
17. Deftones- „Gore”
18. Sgt Sunshine- „Plataformas”
19. Melvins - „Basses Loaded”
20. Brant Bjork- „Tao of the Devil”
21. So Slow- „Nomads”
22. Morgan Delt - „Phase Zero”
23. Fatso Jetson vs Hi Fi Club
24. Swans – „The Glowing Man”
25. Alcest- „Kodama”
26.King Crimson - „Radical Action To Unseat The Hold Of Monkey Mind”
27. The Cult- „Hidden City”
28. Fatso Jetson- „Idle Hands”
29. Pixies - „Head Carrier”
30. Ampacity- „The Sum of All Flaws”
„Kulturka” poleca również:
Lotto - „Elite Feline”
Schröttersburg- Ciało
Asteroid- „III”
Wardruna- „Runaljod – Ragnarök”
W kategorii najlepsza „epka” roku:
Massive
Attack - „Ritual Spirit EP”/ Nine Inch Nails- „Not the Actual
Events”
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze