Dziesięć lat temu rozpoczęła działalność jedna z najbardziej potrzebnych instytucji w mieście, schronisko dla bezpańskich psów Azorek. Powstało pod lasem w Kożuszkach, bo nie było przyzwolenia mieszkańców, aby umieścić je na terenie miasta. Zewsząd rozlegały się protesty. Początki schroniska były bardzo trudne, a Krzysztof Kurzeja, pracownik tej placówki, sam zbijał budy dla psów i budował boksy z materiałów, które wypraszał od różnych firm. Pani Agnieszka Wieczorek odpowiadała za zaopatrzenie i karmę dla zwierząt, którą też za darmo uzyskiwała od różnych instytucji. W pierwszych miesiącach w schronisku było 8 psów. Następnego roku już 18. Dziś siedzi w boksach i czeka na nowych właścicieli ponad 130 psiaków różnej maści i wielkości. Największą obecnie pasjonatką tych zwierząt jest pani Zyta Rybowicz, którą chyba wszyscy w mieście znają. Pomaga jej pan Rafał Domański, który sprząta klatki i boksy, zasypuje wykopane przez psy doły. Sam by miał bardzo ciężko, ale często do pomocy ma wolontariuszki, jak Karolina Orlewska czy Jagoda Karolak oraz grupę dziewcząt pani Małgorzaty Adamczyk z Gimnazjum nr 1 w Sochaczewie i jeszcze wiele innych młodych osób, które przychodzą bezinteresownie i pomagają przy wszystkich pracach w schronisku. A bezpańskich zwierząt (psów i kotów) wciąż przybywa. Zwłaszcza w okresie letnim, bo ci, którzy wyjeżdżają na wakacje, często pozbywają się swoich przyjaciół, przywożąc zwierzaki do schroniska. Niektóre z nich po paru miesiącach znajdują nowych właścicieli, ale są też psiaki, które od 7 lat czekają i nie mogą opuścić boksu w schronisku. Zdarzają się też przypadki, że piesek zabrany stąd nie podoba się nowej rodzinie i po tygodniu bądź dwóch wraca do Azorka ponownie. Pod schronisko przywożone są też samochodami psy w workach i wyrzucane jak śmieci. Parę dni temu pan Rafał znalazł pod bramą zawiązany worek, w którym była suczka z dwoma szczeniętami. Zdarzył się też przypadek, gdy do Azorka przyjechała drogim wozem osoba zamożna i chciała zostawić osiem szczeniaków. Pan Rafał je obejrzał i poprosił, aby wpłaciła odpowiednią kwotę na schronisko. Pani bez słowa wyszła, zabrała psiaki, odjechała kilkadziesiąt metrów i wyrzuciła je razem z pudełkiem do lasu. Przez te dziesięć lat działalności schroniska, jak podliczyła pani Zyta, było tu ponad 1300 psów, które zostały odkarmione, odrobaczone, a suczki wysterylizowane i dzięki wolontariuszkom i pracownikom tej placówki znalazły nowe domy. Nie błąkają się więc głodne po ulicach. J.W.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze