Pewnie nie powinnam się wypowiadać, bo nie bardzo biorę w ogóle udział w imprezie pod tytułem Dni Sochaczewa, przez lata całe wyjeżdżałam na ten weekend z miasta, ale miałam też ku temu kilka powodów. A w zasadzie jeden. Otóż Dni Sochaczewa porażają brakiem jakości i estetyki, poziomem zabawy prezentowanej przez wykonawców oraz poziomem zabawy części mieszkańców. Powiewało nudą, odpustowym jazgotem, tanim jarmarcznym wszystkim i niczym. Może ktoś lubi. Ja nie.
Oczywiście, że wolałam imprezę w centrum miasta, ale amfiteatr zaczął tak straszyć swoją kulawą brzydotą, że dłużej się nie dało z niego korzystać. Czy na terenie MOSiRu jest lepiej? Nie jest. Na pewno jest bezpieczniej, ale marzę, tak bardzo marzę o porządnej, fajnej imprezie w miejscu, które powinno zostać zwrócone nam, mieszkańcom, czyli pod zamkiem. I skoro tak sobie marzę, to powiem krótko, co miałyby zawierać Dni Sochaczewa, żebym czuła się na nich dobrze. Od razu zastrzegam, że wypowiadam się tylko i wyłącznie w swoim imieniu, rzucone tu idee nie będą podobać się wszystkim, nie o to chodzi. Chociaż gdzieś tam w środku wierze, że dałoby się zrobić imprezę „środka”, która zadowoliłaby większość z nas. Coś co nie byłoby ani zbyt intelektualne - żadna opera czy seria koncertów Bacha na każdym skwerku, ani zbyt miałkie tak jak wygląda to teraz, gdy wabi się gawiedź karuzelą, watą cukrową i występem sezonowej gwiazdki. Sorry. Ja tego nie kupuję.
Najbardziej w tej imprezie brakuje mi samego …miasta. Przeniesienie Dni Sochaczewa na trawnik jest totalnie bez sensu z tego powodu, że nie przybliża miasta jako takiego. A Socho ma naprawdę kilka świetnych miejsc, gdzie, nawet synchronicznie, mogłoby się dziać wiele rzeczy. I to takich, w które Sochaczewianie mogliby być wciągnięci. Zatem marzą mi się gry uliczne. Szukanie skarbu, albo kogoś, kto się gdzieś skrył, po drodze jakieś przystanki, zadania do wykonania, bieganie z mapą w ręku. Najlepiej na czas. Mnóstwo frajdy, która robi się sama, bez zadymy jakiejś wielkiej. Albo partia szachów, ale nie takich stolikowych, ale jakichś gigantycznych, ustawionych na placu Kościuszki. Burmistrz kontra ktoś tam (wicestarosta, hehe, żartuję). Albo farbowanie tegoż placu na kolor - rozdać kredę chodnikową najmłodszym, niech smarują kostki. Plac wybuchłby feerią barw. Niby nic, ale zabawa przednia.
Marzy mi się nowoczesny amfiteatr w miejscu obecnego. Taki ze składaną sceną. I niech na tej scenie wystąpi ktoś, kto potrafi rozbujać każdego. Nie może być to ani heavy metal, ani disco polo. Niech to będzie jeden koncert, ale taki, żeby wszyscy dobrze się bawili. Co oznacza, że odpadają sezonowe gwiazdki, które fartem wjechały na listy przebojów jedną piosenka i potem świat o nich zapomni.
Marzy mi się jeszcze pożegnanie z tandetą. Jak byłam mała, to przybijające do miasta od czasu do czasu wesołe miasteczka były przeze mnie bardzo oczekiwane. I bum! Mamy trzydzieści lat później i nadal wędrowny lunapark jest główna atrakcją! Litości. A wystarczyłoby pojechać na Festiwal Teatralny Malta do Poznania (ten festiwal właśnie się rozpoczyna, więc niech włodarze wyślą kogoś na przeszpiegi!) i popatrzeć, kogo można by zaprosić do nas występ. I nie, nie zwariowałam. Nie myślę o wystawianiu Słowackiego. Myślę o kapitalnych teatrach ulicznych, prezentujących niestandardowe spektakle, które zadziwiają pomysłowością wykonania. W 2005r. widziałam na przykład na Malcie kapitalny występ zespołu teatralnego Strange Fruit ze Szwecji (na zdjęciach do dzisiejszego wpisu). Zajrzyjcie Państwo na ICH stronę. W ogóle jestem fanką sztuki ulicznej. Dlatego to, co działo się kiedyś w ramach Festiwalu Uliczników w naszym mieście, powinno dziać się w Dni Sochaczewa. Łącznie z korowodem idącym przez miasto, ludźmi na szczudłach, przebierańcami, muzyką bębnów, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Fajnie byłoby przywrócić nam rzekę. Wyścigi kajaków byłyby super. Tak samo jak super byłaby plaża nad Bzurą. A już w ogóle najfajniejszy byłby jakiś mały turniej rycerski. Aż się prosi Podzamcze o to.
Było oczywiście parę rzeczy, które w programie Dni Sochaczewa mi się podobały. Lubię Zlot Zabytkowej Motoryzacji na przykład. Mikroloty już mniej, bo mnie denerwuje, że latają nad ludźmi. A poza tym stałam godzinę i latał tylko jeden.
Ale najważniejsze jest, żeby w
czasie Dni Sochaczewa tkanka miasta się zrastała, a nie pękała. To również zależy
od nas samych częściowo, bo co, jak co, ale lokalsi to jednak lubią popić w
czasie tej imprezy i to akurat nie jest fajne. Dlatego marzy mi się więcej kultury w mieście. I tej przez wielkie K, i tej zwykłej, osobistej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ech, Pani Kasiu... pomarzyć dobra rzecz... ale aż się uśmiechnęłam na taki pomysł - plaża nad Bzurą...
Sama Dni Sochaczewa omijam szerokim łukiem od wielu lat, a od czasu jak się wyniosły na Orkan i Pola Czerwonkowskie, przestały mnie interesować zupełnie - ale paradę L`ombellico del Mondo i wyścigi kajaków poszłabym oglądać jak po sznurku :-)
Droga Imienniczko..wyjęłaś mi cały opis wymarzonych dni Sochaczewa z ust..Cieszę się, że nie jestem odosobniona w swoich marzeniach o Kulturalnych Dniach Sochaczewa..mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi..
Tak, Kasiu, takie Dni Sochaczewa pokrywają się też z moimi marzeniami. I to w całej rozciągłości. Uwypukliłabym jeszcze ów wątek dotyczący zawartości miasta w święcie miasta. Więcej Sochaczewa na Dniach Sochaczewa powinno być kanwą, fundamentem, rdzeniem, kręgosłupem programu święta miasta. Zacznę od nieswojego pomysłu, obwieszenia na ten dzień całego Sochaczewa jego flagami plus stosowne transparenty. To w tle. Na inaugurację (to też nie mój pomysł) należałoby poprowadzić wielką paradę złożoną ze stowarzyszeń, klubów, środowisk, twórców, ot, mieszkańców, z których jesteśmy dumni. Wyobraźmy sobie: na czele bębniarze z L’ombelico del mondo nadający ton i rytm całemu orszakowi, potem oczywiście władze miasta, potem na przykład historyczne grupy rekonstrukcyjne, rycerze ze Stowarzyszenia „Nasz zamek”, tancerze z Abstraktu, kolorowi miłośnicy zumby, artyści, orkiestry, muzycy, sportowcy, motocykliści, strażacy, policjanci, księża, grupy teatralne, chóry, słowem wszyscy, którzy tworzą ducha tego miasta. Proszę powiedzieć, czy nie wyszliby mieszkańcy na ulicę podziwiać ten orszak? Czy ktoś miałby wątpliwość, że mamy do czynienia ze świętem Sochaczewa? Gusta pogodzić może scena – tu faktycznie należałoby zapraszać gwiazdy środka. Ale wszystko, co wokół, powinno być skierowane do konkretnych odbiorców – tak jak piszesz, Kasiu, cała masa synchronicznych imprez w rodzaju dla każdego coś miłego (wyścigi kajaków bardzo mi się podobają – bo żyłaby Bzura, ale mogą to też być zawody wędkarskie czy inne na wodzie, nawet na puszczanie kaczek dla dzieci) . Wesołe miasteczko też, a jakże, ale więcej propozycji atrakcyjnego spędzenia czasu BEZ OPŁAT. Plac Kościuszki jedną wielką wystawą prac lokalnych artystów. Do tego artystyczne animacje i warsztaty np. z garncarstwa, jak miało to miejsce w tym roku pod muzeum ziemi sochaczewskiej. Mazurek dla wszystkich też, a jakże, choć obawiam się, że przy takiej koncepcji Dni Sochaczewa, musiałby być trzy razy większy, bo na pewno byłoby więcej osób (nie tylko ci, którzy właśnie wyszli ze mszy św.). Powrót Dni Sochaczewa na Podzamcze uważam wręcz za bezdyskusyjny. O bezpieczeństwo mieszkańców można zadbać w inny sposób. Pomysł sprowadzania imprezy do festynu na obrzeżach miasta, ograniczonego powierzchnią dewastowanego boiska i szwadronem ochroniarzy zaglądających do torebek matkom z dziećmi uważam za chybiony.
Tytuł może nie najlepszy - ale jakie wypracowanie... :)
Bardzo cenny głos na temat dorocznego święta miasta. Dni Sochaczewa nigdy nie były i zapewne nie będą imprezą spełniającą oczekiwania wszystkich mieszkańców miasta, ale organizowane na Podzamczu miały swój klimat, a zdarzało się, że nawet magię. Pamiętam rozwój imprezy przez kolejne lata, wynikający z z uczestnictwa w różnych podobnych wydarzeniach, w tym zagranicznych, i inspiracji z nich czerpanych. Święto nabierało rozmachu i rozmiarów, wiele z wymienionych przez Panią Kasię propozycji miało już swój udział w Dniach Sochaczewa, co z racji wspomnianej absencji mogło umknąć uwadze autorki artykułu. Jedno jest pewne, ambicją poprzedniej ekipy było coroczne podwyższanie poprzeczki i otwartość na nowe wyzwania. Potwierdzali to odwiedzający Sochaczew goście z bliźniaczych miast.W pełni się zgadzam, że Dni Sochaczewa na boisku sportowym są zaprzeczeniem idei tego święta. Amfiteatr nie spełnia standardów, to oczywiste. Podglądaliśmy takie obiekty budowane ze środków unijnych (np. w Łowiczu). Ale w sytuacji gdy Mazowiecki RPO, czy inne źródła nie dawały szans na pozyskanie środków na budowę nowego obiektu, remontowaliśmy doraźnie obiekt, aby nie upodobnił się do ruin na wzgórzu. Teraz one wyglądają atrakcyjniej!Wierzę, że Pani marzenia będą się spełniać, czego serdecznie życzę Pani i mieszkańcom Sochaczewa. :)
Przecież to Novoosieccy wyprowadzili dni na Orkan. Na boisku czują się najlepiej. Z kolei przestrzeń miejska wywołuje lęki.
Ech, Pani Kasiu... pomarzyć dobra rzecz... ale aż się uśmiechnęłam na taki pomysł - plaża nad Bzurą...
Sama Dni Sochaczewa omijam szerokim łukiem od wielu lat, a od czasu jak się wyniosły na Orkan i Pola Czerwonkowskie, przestały mnie interesować zupełnie - ale paradę L`ombellico del Mondo i wyścigi kajaków poszłabym oglądać jak po sznurku :-)
Droga Imienniczko..wyjęłaś mi cały opis wymarzonych dni Sochaczewa z ust..Cieszę się, że nie jestem odosobniona w swoich marzeniach o Kulturalnych Dniach Sochaczewa..mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi..