W ostatniej kadencji zasłynął jako bezkompromisowy i broniący poglądów racji radny. Bezlitośnie rozliczał posunięcia poprzedniej władzy. Teraz zasiadł w fotelu wiceburmistrza. O tym, jak to jest znaleźć się „po drugiej stronie barykady” ze Stanisławem Wachowskim rozmawia Agnieszka Poryszewska.
W poporzedniej kadencji był pan radnym. W tej - objął pan funkcję wiceprzewodniczącego rady miejskiej, a po kilku miesiącach stanowisko wiceburmistrza. Spodziewał się pan tak błyskawicznej kariery? Nie nazwałbym tego karierą. Zresztą ona nigdy nie była dla mnie ważna. Trudno w to uwierzyć… Opowiem pani pewną historię. Dwa lata po szkole pożarniczej objąłem funkcję komendanta rejonowego straży pożarnej. Byłem chyba jednym z najmłodszych komendantów w Polsce. Przede mną stała wspaniała perspektywa rozwoju zawodowego. Otwierały się wrota wspaniałej kariery. Niedługo potem moja córka poważnie zachorowała. Okazało się, że niekorzystnie wpływa na nią klimat panujący w miejscu naszego zamieszkania. Konieczna była przeprowadzka. Zadecydowaliśmy z żoną, że dziecko jest najważniejsze i to jedyne możliwe wyjście. Bez wahania zrezygnowałem wtedy z pracy. Chyba mnie pan przekonał. W kwestii „kariery” dodam jeszcze jedno. Uważam, że w moim wieku nie myśli się już w tych kategoriach. Ważne są dla mnie inne rzeczy. Takie, jak bycie samorządowcem i praca na rzecz mieszkańców Sochaczewa. Dlatego wszedł pan do lokalnej polityki? Bezpośrednią przyczyną mojego pierwszego startu w wyborach była sprawa lotniska. Mieszkam niedaleko jego planowanej lokalizacji i miałem wiele zastrzeżeń do sposobu przygotowania tej inwestycji. Nadal jest pan takim zdecydowanym przeciwnikiem wybudowania w Sochaczewie portu lotniczego? Nie jest tak, że sprzeciwiam się lotnisku dla zasady. Uważam, że jeżeli port lotniczy ma powstać, to wyłącznie wtedy, kiedy spełni wszystkie określone prawem normy. Taka inwestycja nie może być uciążliwa dla mieszkańców. Nie jestem przekonany, czy w przypadku sochaczewskiego lotniska tak właśnie by było. Cieszy mnie, że w ostatnim czasie w życie weszły przepisy zaostrzające normy dotyczące na przykład hałasu powodowanego przez samoloty. Czyli uważa pan, że lotnisko wcale nie byłoby błogosławieństwem dla naszego miasta? Moim zdaniem miasto powinno działać wielotorowo. Nie możemy stawiać tylko na jedną inwestycję. Obecnie burmistrz prowadzi intensywne działania dotyczące przyciągnięcia inwestorów na pola czerwonkowskie. Jeżeli coś tam się zacznie dziać, wpływy z podatków zasilą miejski budżet. W przypadku lotniska podatki wpłyną do gminy Sochaczew. Nie chodzi zresztą jedynie o to. Po prostu inwestycja typu pól czerwonkowskich jest o wiele łatwiejsza do przeprowadzenia. Jak pan ocenia pracę w samorządzie z perspektywy wiceburmistrza i radnego? Wbrew pozorom nie widzę dużej różnicy. I tu, i tu jestem hamowany realiami finansowymi przez panią skarbnik. Funkcję wiceburmistrza uważam za pewien sprawdzian. Chciałbym zobaczyć, które z moich pomysłów dotyczących Sochaczewa da się zrealizować. Uchodzę za osobę szczerą i tak też rozmawiam z mieszkańcami. Nie chcę nikogo oszukiwać. Słowa rzucane na wiatr, tylko po to, żeby ktoś lepiej się poczuł, nie są w moim stylu. Jeżeli czegoś nie da się zrobić, to tak właśnie mówię. Ma pan na myśli ostatnie podwyżki cen ciepła? Chociażby. W sprawie Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej jest wiele przekłamań. Część mieszkańców uważa na przykład, że dostało ono spółdzielcze kotłownie za darmo. Tak naprawdę budynki należały do PEC, a miejskie grunty był oddane w wieczyste użytkowanie SM L-W. Najważniejsze jest jednak to, żeby nie dopuścić do sytuacji, że przedsiębiorstwo trafi w ręce prywatne. Dopiero wtedy stawki za ogrzewanie mogą poszybować w górę. Każdy prywatny przedsiębiorca oczekuje zysków. W spółki miejskiej PEC chodzi o to, żeby wychodziła na zero. Oby czarny scenariusz ze sprzedażą PEC się nie sprawdził. Burmistrz Piotr Osiecki robi wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Nie możemy dać przedsiębiorstwu więcej pieniędzy. Budżet miasta nie jest przecież z gumy. Jeszcze raz wyjaśniam: jeśli nie podniesiono by cen c.o., pogłębiałby się deficyt firmy. To w konsekwencji oznaczałoby konieczność sprzedania udziałów prywatnemu inwestorowi. Skala podwyżek, która wtedy uderzyłaby w sochaczewian byłaby ogromna. Dziękuję za rozmowę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Bardzo trafne pytania :)