Z Natalią Partyką o jej występach na dwóch tegorocznych olimpiadach rozmawia Małgorzata Pałuba
Udział w igrzyskach olimpijskich i paraolimpiadzie tej samej osoby to chyba bardzo niecodzienna sytuacja i świadectwo najwyższego poziomu sportowego.
Było nas dwoje - ja i Pistorius, sprinter biegający na protezach u obu nóg. Rzeczywiście, dwójka na cały świat to skromne grono.
Ale igrzyska to nie tylko starty. To spotkania sportowców ze wszystkich kontynentów. Miałaś więc okazję, zresztą już po raz drugi, spotkać największe światowe gwiazdy, albo, oczywiście, one ciebie.
Niezupełnie tak to wygląda. Co prawda wioska olimpijska to niewielkie miasteczko 9-13 piętrowych wieżowców, ale każda reprezentacja zajmowała inny budynek. My, Polacy, mieszkaliśmy razem w jednym z nich. Na piętrach były kilkupokojowe apartamenty i zajmowałyśmy taki razem z tenisistkami ziemnymi. Ściany poobklejane w biało-czerwone flagi. Było sympatycznie.
To pewnie wiesz, w jakim nastroju była Agnieszka Radwańska po swoim fatalnie przegranym pierwszym meczu.
Niestety nie, bo akurat Agnieszka nie mieszkała z nami. Spędziła tam tylko jedną noc przed ceremonią otwarcia igrzysk, gdzie była chorążym reprezentacji. Później się przeniosła. Oni mają swój dom blisko kortów Wimbledonu. A wracając do spotkań z innymi zawodnikami, światowymi gwiazdami, to oczywiście mijało się je gdzieś tam w wiosce, najczęściej na stołówce, ale też nikt raczej nikogo nie zaczepiał i o autografy nie prosił. Każdy chciał wypaść w turnieju jak najlepiej, więc trzeba było koncentrować się na jednym. Zaraz po śniadaniu, jechaliśmy na halę na trening, potem odpoczynek i kolejny trening i tak w kółko. A potem zawody.
A jakieś wypady na miasto?
Niestety, podczas igrzysk nie było ani jednego. Nie było na to czasu. Zjawiliśmy się tam dwa dni przed startem, więc cały czas treningi i mecze. Osiem dni spędziłam na hali. Dopiero podczas paraolimpiady miałam jeden dzień wolny, podczas którego pochodziłam po Londynie.
Czy ludzie na ulicach poznawali cię?
Może nie tak jak w Pekinie, gdzie tenis stołowy jest sportem narodowym, ale też, zwłaszcza dzięki sponsorowi, firmie Visa, która rozmieściła w ważniejszych punktach miasta duże fotografie swoich podopiecznych. Nawet bankomaty oklejone były zdjęciami sportowców, również moimi, co też pewnie przyczyniło się do rozpoznawalności. Wiadomo przecież, że moja dyscyplina nie jest w Anglii tak popularna jak w Chinach. Ale reakcje Brytyjczyków bywały bardzo sympatyczne.
Jak słyszałam, również w londyńskim Hyde Parku, gdzie stał duży pawilon z najrozmaitszymi gadżetami olimpijskimi i gdzie przewijały się setki, tysiące ludzi, wisiała seria olbrzymich zdjęć największych gwiazd olimpiady, a obok Bolta i Isinbajewej, w tym panteonie największych sław, była też twoja podobizna.
Tak, to prawda. Wystąpiłam też w reklamie telewizyjnej, pokazywanej podczas olimpiady. Główną rolę grał tam właśnie mistrz pływacki Bolt, który biegał po Londynie i płacił kartą Visa i tam mnie też można było przez sekundę zobaczyć. Jak się mrugnęło, można było to stracić, więc, oglądając ją, nie wolno było mrugać.
Pełen tekst w najnowszym numerze "Ziemi".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze