Reklama

GMO - przyszłość czy zagrożenie?

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
13/03/2013 12:48

Polski Greenpeace odtrąbił wielki sukces po przyjęciu przez rząd rozporządzeń do nowej ustawy o nasiennictwie , zakazującej w naszym kraju uprawy roślin genetycznie modyfikowanych. Protestują producenci tych roślin, a niektórzy zamierzają oddać sprawę do sadu o odszkodowania za poniesione straty. Jaka jest skala tego problemu na ziemi sochaczewskiej?

Producenci zabronionych od 28 stycznia odmian kukurydzy z genem M810bt  i ziemniaka Amflora oceniają, że stracą na jednym hektarze ok. 800 - 1000 zł, nie licząc kosztownych oprysków chemicznych, które teraz będą musieli znów wykonywać.

Reklama

 - I to tego właśnie trzeba się najbardziej bać - twierdzi Tadeusz Szymańczak, zwolennik upraw modyfikowanych, organizator dorocznego Święta Kukurydzy w Skrzelewie. Poważne badania na świecie i w Europie wykazują, że GMO jest zdrowsze, bo jeśli kukurydzę zaatakuje jej główny wróg, omacnica prosowianka, to w miejscach uszkodzonych pojawiają się na niej grzyby produkujące rakotwórcze toksyny. Kukurydza modyfikowana, bez chemicznych oprysków, sama zwalcza tego groźnego szkodnika przekonuje Szymańczak.

 

Reklama

Pszenżyto to też GMO?

Uzasadniając wprowadzenie tych rozporządzeń, ministerstwo rolnictwa wskazało na niemożność współistnienia upraw roślin genetycznie modyfikowanych oraz odmian naturalnych bez ryzyka skażenia tych drugich.

- W Europie największym producentem kukurydzy modyfikowanej jest Hiszpania - argumentuje Tadeusz Szymańczak. - Uprawia się ją na ponad 110 tys. hektarów i u nich również w tym kierunku rozwijają się gospodarstwa ekologiczne. To zaprzecza argumentom ministerstwa. A przecież znane od lat pszenżyto to również wytwór krzyżowania, modyfikacji. W przyrodzie naturalnie te rośliny się nie krzyżują, trzeba więc było manipulacji genowej, aby powstał taki gatunek. I dziś nikt nikogo nim nie straszy, podobnie jak genetycznie modyfikowaną soją, której sprowadzamy z zachodu ponad 2 mln ton - komponentu białkowego do produkcji pasz. O tym cicho sza, tylko kukurydza jest zła - dodaje.

Reklama

Jednak przeciwnicy GMO przekonują, że uprawa roślin odpornych na herbicydy i szkodniki koliduje z łańcuchem pokarmowym polnych ekosystemów, co sprawia, iż trudno jest obecnie ustalić, jakie to może przynieść w przyszłości skutki dla rolnictwa. Tadeusz Szymańczak twierdzi jednak, że przy GMO działa się tylko na jednego owada, który rocznie wyrządza rolnikom i gospodarce narodowej szkody na sumę ok. miliona złotych. - To jest strata prawie 900 tys. ton kukurydzy rocznie. Działając wyłącznie na omacnicę prosowiankę  sprawiamy, że pozostają na plantacji wszystkie pozostałe owady, jak choćby biedronka, która zwalcza mszyce i wiele innych, więc jakie to może być zagrożenie polnych ekosystemów pyta producent.

 

Reklama

100 lat za...

 - Przejechałem trochę świata i byłem w różnych laboratoriach - mówi Tadeusz Szymańczak. - Byłem też w Południowej Afryce i widziałem, co oni tam robią. Proszę sobie wyobrazić, że wyselekcjonowali gen z trawy pustynnej i wszczepiają  go roślinom uprawnym, które dzięki temu nabierają odporności na susze! Czy chcemy mieć takie rośliny? A więc kto jest sto lat za kim? Dodajmy, że, jak wynika ze statystyk, co czwarty hektar kukurydzy na świecie jest modyfikowany. Ponadto badania społeczne wskazują, że 66 proc. Polaków w ogóle nie wie, co to jest GMO, a tylko 2 proc. może o tym rozmawiać z pewną znajomością rzeczy. Dlatego właśnie politykom GMO przeszkadza, bo te 66 proc. nie rozumie i boi się, trzeba więc ich zadowolić żeby słupki i sondaże  rosły.

Reklama

Już od 1973 roku prowadzi się w świecie badania nad GMO, a w Polsce prawie 20 lat. Ich wyniki ogłaszało wiele szacownych i znanych ośrodków badawczych. Jak zapewnia Tadeusz Szymańczak, są one dla roślin modyfikowanych bardzo korzystne. Takie badania prowadzone były również w Polsce za ponad 4,5 mln zł. W Instytucie Zootechniki PIB w Krakowie i w Instytucie Weterynarii PIB w Puławach. I nie wykazały one żadnej szkodliwości GMO, mało tego, okazało się, że pasza robiona na bazie soi i kukurydzy modyfikowanej zawierała mniej związków toksycznych, które wywołują u zwierząt i ludzi choroby nowotworowe. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że kukurydza modyfikowana posiada właśnie ten jeden gen bt więcej, eliminujący omacnicę prosowiankę, który uszkadzając rośliny sprawia, że w tych właśnie miejscach rozwijają się grzyby produkujące mikrotoksyny - trucizny .

 

Reklama

Mała skala, wielki problem

Tadeusz Szymańczak, pytany o skalę upraw  polskiej kukurydzy modyfikowanej, mówi, że oficjalne szacunki wskazują na ok. 3 tys. hektarów. To bardzo mało, ale rolnicy, którzy zajmowali się tym do 28 stycznia, niechętnie się do tego przyznawali. Nikt nie chciał mieć Greenpeaceu na swoim polu. W powiecie sochaczewskim też trudno to określić z podobnych przyczyn. - Znam ludzi, którzy się tym interesowali, ale zapewne nie wszystkich. Ja sam nie uprawiałem GMO, bo z racji tego, że zajmuję się tym tematem, nie chciałem stać się przedmiotem jakichś manipulacji, czego i tak do końca nie udało się uniknąć.

Reklama

Zresztą, jak twierdzi Tadeusz Szymańczak, nie trzeba być fachowcem, żeby uprawy GMO rozpoznać. Wystarczy wejść na pole kukurydzy. Jeśli widzimy, że rośliny zaatakowane są przez omacnicę prosowiankę i część kolb leży na ziemi, bo łamią się pod własnym ciężarem, porażone grzybami to na pewno nie jest GMO. Gdy zaś w rządkach jest czysto, a rośliny zdrowe - to jest duże prawdopodobieństwo, że to kukurydza modyfikowana. Tak czy owak wygląda na to, że jest to w naszym powiecie skala niewielka. 

Pełen tekst w najnowszej "Ziemi".

Reklama

Sławomir Burzyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama