Sochaczewskie ratownictwo szpitalne od około trzech miesięcy funkcjonuje na nowych zasadach. Kreowana przez ministerstwo zdrowia koncepcja reformy pogotowia ratunkowego zakłada łączenie poszczególnych powiatowych oddziałów ratunkowych w większe całości. Sochaczew znalazł się w rejonie operacyjnym, w skład którego wchodzą cztery powiaty: żyrardowski, grodziski, pruszkowski i nasz. Odpowiedzialny jest za ten rejon prywatny kontrahent, który wygrał przetarg na tę usługę – firma Rimer. Dyspozytornia dla całego rejonu powstała w Grodzisku Mazowieckim. Zlikwidowano zaś dyspozytornię sochaczewską, funkcjonującą do tej pory w siedzibie Powiatowej Straży Pożarnej przy ul. Staszica. Niestety, z racji tych przekształceń od pewnego czasu zaczęły do naszej redakcji docierać niepokojące sygnały od mieszkańców mających trudności z wezwaniem karetki pogotowia.
Dlaczego to tyle trwa? Przede wszystkim ludzie skarżą się, że teraz pod numery alarmowe 999 i 112 nie sposób się dodzwonić. A jak już nawet się uda, dyspozytorka długo i bardzo szczegółowo wypytuje o miejsce zdarzenia lub zamieszkania chorego. Pytania bywają tak wnikliwe, że budzą zdziwienie i zniecierpliwienie przedłużającą się procedurą. Nie wszyscy wiedzą, że dzwonią nie do Sochaczewa, gdzie doskonale orientowano się w topografii miasta i okolic, a do Grodziska. Podczas jednej z październikowych niedziel pewna rodzina z Sochaczewa wyruszyła samochodem do Torunia. Dojeżdżając ul. Warszawską do mostu na Bzurze, na wysokości kościoła podróżujący dostrzegli leżącego na jezdni człowieka. Zatrzymali się więc na poboczu, by udzielić mu pomocy. Mężczyzna miał krwawiącą ranę głowy i trudno było nawiązać z nim kontakt. Mimo unoszącej się woni alkoholu ciężko było stwierdzić, czy jego stan spowodowany został wypiciem trunku, czy był skutkiem uderzenia głową o jezdnię. Postanowili wezwać karetkę. Ponawiane próby dzwonienia pod numery alarmowe okazały się bezskuteczne. Gdy wreszcie się to udało, dyspozytorka rozpoczęła precyzyjne przesłuchanie. Próbowała ustalić, gdzie znajduje się w Sochaczewie miejsce, w którym leży poszkodowany. - Trwało to wieczność – relacjonuje dzwoniąca. Potem czekaliśmy jeszcze z piętnaście, dwadzieścia minut na przyjazd karetki zza rzeki. Policja była o wiele prędzej. Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje – dziwi się. Inna sochaczewska rodzina zauważyła pod wieczór, że z jej trzyletnim synkiem dzieje się coś niedobrego. Źle się poczuł, aż w końcu dostał drgawek. Nie było na co czekać, trzeba dzwonić na pogotowie. I tu znowu kłopot, bo nikt nie odbiera. Długo trwało, zanim w końcu znajomy zawiózł ich z dzieckiem do szpitala. Do dyspozytorni się nie dodzwonili. Lekarka, która badała dziecko powiedziała, że to już drugi tego dnia taki przypadek. Tego typu skarg jest więcej. Ludzie narzekają, że dyspozytorka często nie orientuje się w terenie, zwłaszcza wiejskim. A przecież bywa, iż w tak rozległym rejonie czterech powiatów nazwy małych miejscowości się powtarzają. Może to grozić niebezpieczeństwem wysłania karetki w niewłaściwe miejsce. Być może właśnie dlatego nieznający naszego powiatu dyspozytorzy z Grodziska tak pieczołowicie dopytują o szczegóły. Przeciąga to procedurę przyjęcia zgłoszenia, a w konsekwencji czas dotarcia karetki do potrzebującego.
Nawigacja satelitarna w każdej karetce Innego zdania jest szef sochaczewskiego SOR, dr Paweł Piątkiewicz. Z jego słów wynika, że pogotowie wyposażone jest w najnowsze środki łączności i naprowadzania. W każdej karetce jest system nawigacji satelitarnej. Dzięki niej jest stała łączność z dyspozytornią, pogotowiem lotniczym, strażą pożarną, policją, a także innymi karetkami. To pomaga w kierowaniu najbardziej skomplikowanymi akcjami. Dyspozytorzy posiadają bardzo dokładny satelitarny przegląd terenu, najnowsze mapy, na których w większości wsi są zaznaczone nawet numery domów. Wiedzą też, gdzie w danej chwili znajdują się poszczególne karetki - czy któraś z nich jedzie właśnie na wezwanie, czy dojechała do pacjenta, czy jest wolna w trasie, czy wiezie chorego do szpitala. To wszystko wyświetla się na monitorze dyspozytora. Może on każdą wolną karetkę natychmiast skierować do wezwania. Nie ma więc zdaniem doktora Piątkiewicza znaczenia, czy dyspozytornia jest w Sochaczewie, czy Grodzisku. Mimo to, jak sam przyznaje, bywają przypadki, gdy nawet tak precyzyjny sprzęt nie jest w stanie znaleźć miejsca zdarzenia lub domu chorego, bo znajduje się na kompletnym odludziu. Wtedy niezbędni są doświadczeni ludzie. Dlatego też w grodziskiej dyspozytorni pracują również panie, które wcześniej wykonywały podobną funkcję w Sochaczewie, by pomagać koleżankom w trudnych przypadkach.
Karetka nie powinna wracać bez pacjenta Satelitarny system naprowadzania na pewno ustawia nasze pogotowie w czołówce takich jednostek w kraju. Nie zmniejsza jednak kłopotów z dodzwonieniem się do dyspozytora, na co narzekają mieszkańcy. Niektórzy, jak słyszymy, w desperacji próbują dzwonić na bezpośredni numer sochaczewskiego SOR lub do szpitalnej izby przyjęć, by tam szukać pomocy. Jednak nie jest to zbyt skuteczne. Zespół ratownictwa medycznego, czyli karetkę, może zadysponować tylko dyspozytor medyczny. - Nawet gdyby zaistniała potrzeba wezwania karetki do mojego domu, a ja byłbym wtedy w karetce na dyżurze, musiałbym dzwonić pod 999, by skierowano mnie pod mój adres – mówi dr Piątkiewicz. Jak udało nam się ustalić w dyspozytorni w Grodzisku, mieszkańcy często dzwonią pod stary stacjonarny numer wewnętrzny sochaczewskiego pogotowia 46 864 96 80 i dlatego nie mogą się dodzwonić. Problem, jak się wydaje, polega na tym, że pracujące jednocześnie trzy dyspozytorki w Grodzisku otrzymują z czterech powiatów bardzo wiele zgłoszeń. Może tak się zdarzyć, iż ktoś czeka w kolejce. Zdaniem szefa SOR część zgłoszeń nie jest uzasadniona. Jeżeli wezwana karetka wraca do szpitala bez pacjenta, to znaczy, że nie było bezpośredniego zagrożenia życia. Gdyby ludzie bardziej interesowali się swoim zdrowiem, byliby lepiej zorientowani, co im może dolegać. Ograniczyłoby to na pewno liczbę wezwań karetek pogotowia. - Na ogół jednak ludzie nie interesują się i nie znają podstawowych zasad funkcjonowania własnego organizmu. Nie chce im się czytać ulotek, rozkładanych masowo w każdej przychodni zdrowia. Nie znajdują czasu, by poszukać czegoś na ten temat w internecie. Trudno się dziwić, że później, gdy im coś dolega, wpadają w panikę i w pierwszym odruchu dzwonią po pogotowie” – dodaje dr Piątkiewicz.
Na naszych oczach zmienia się oblicze ratownictwa medycznego. Powiat sochaczewski jest jednym z pierwszych na Mazowszu, którego te zmiany dotknęły. Może trzeba dać personelowi trochę czasu na przystosowanie się do nowej sytuacji? Zwłaszcza, że - jak prorokuje dyrektor szpitala do spraw lecznictwa Piotr Szenk - to zapewne jeszcze nie koniec reformy ratownictwa. Być może już niedługo powstaną rejony o większym zasięgu, z centralną dyspozytornią w Warszawie. I tam trzeba będzie dzwonić, aby wezwać karetkę na przykład ze szpitala na Gawłowską.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze