Jacek Leśniewski- pasjonat muzyki lat 60-70, kolekcjoner płyt winylowych, właściciel Megadiscu - najważniejszego w Polsce sklepu ze starą rockową muzyką, dawniej felietonista „Tylko Rocka”, autor książki „Brytyjski Rock w latach 1961- 1979”. O jego pasji, współpracy z „Tylko Rockiem”, niektórych kulisach show biznesu i wielu innych sprawach rozmawialiśmy w jego sklepie na Nowym Świecie w Warszawie. Mimo, iż sklep mieści się na tak nazwanej ulicy, to jednak wchodząc do jego środka można poczuć się jakby czas zatrzymał się w latach 70. Na ścianach wiszą mieniące się feerią barw okładki winyli z oryginalnymi podpisami m.in. Dylana, Zappy, The Rolling Stones (z Brianem Jonesem), a z gramofonu płynie rockowa muza, że aż miło. W takich okolicznościach wraz z naszym redakcyjnym „Nierobem” przeprowadziliśmy długą rozmowę z Jackiem. Oto obszerne fragmenty z tego ponad godzinnego wywiadu…:
Robert Niemira: Pierwsze spotkanie muzyczne w młodym wieku? Łukasz Szewczyk: Coś co sprawiło, że zaczął Pan na poważnie słuchać muzyki? Jacek Leśniewski: Na początku to byli Beatlesi i Emerson Lake & Palmer. Pamiętam jak słuchałem ich nagrań z magnetofonu szpulowego ZK140. To się zdarzyło jak miałem 5 lat i z miejsca złapałem bakcyla na muzykę. Niemal z miejsca nauczyłem się obsługiwać sprzęt i sam, bez niczyjej pomocy zacząłem nagrywać różne kawałki z radia. Przypominam że to był początek lat 70-tych, więc było to bardzo przyjemne doświadczenie. Ł.Sz: Dzieciństwo było jednym słowem kolorowe J.L: To było fajne dzieciństwo – oczywiście tamte czasy nie były już tak fajne, ale to już inny temat... Oczywiście w domu muzyka była zawsze, ale skłamałbym, mówiąc że zawsze się słuchało psychodelii i progresywnego rocka… Tata trochę się interesował; poza tym miałem starszą o 8 lat siostrę, która miała znajomych siedzących w rocku, a oni oczywiście mieli jakieś tam płyty. Do dziś pamiętam z radia moment ukazania się ‘Ciemnej Strony Księżyca’ Floydów. Miałem wtedy 6 i pół roku. Pierwszego poważnego winyla dostałem mając 7 lat - była to druga Omega – ta z ‘Dziewczyną o perłowych włosach’. Natomiast moimi pierwszymi, zachodnimi longplejami były ‘Machine Head’ – Deep Purple i ‘Let It Be’ – Beatlesów – ten ostatni w indyjskiej wersji. Ł.Sz: Czy ta kultywowana przez Pana do dzisiaj fascynacja psychodelią, rockiem progresywnym, kolorowymi latami 60-70 jest takim wehikułem czasu, którym próbujesz się wrócić do tamtego okresu, który pewnie najlepiej wspominasz? J.L: Cóż, od strony muzycznej te czasy wspominam bardzo dobrze. Lata i początek 70-tych to był najlepszy, wręcz pionierski okres w muzyce. To co trzeba było wymyśleć, zostało wymyślone. Wszystko sprowadza się do tego, że istnieje 8 dźwięków, które trzeba odpowiednio ułożyć i bez wątpienia najlepiej robiono to na początku i bank z najlepszymi kawałkami został rozbity bardzo szybko. Ł.Sz: Większość tych muzyków z tego złotego okresu w latach 80, gdy były już ‘nowe zabawki’ zaczęła grać chłam. W ich muzyce nie słychać już tej świeżości, klimatu, przestrzeni… J.L: Muzyka dość szybko zrobiła się plastikowa. Niestety, obecnie media lansują lata 80 jako coś wyjątkowego, najważniejszego. Trudno się temu dziwić, gdyż mediami w pewnym sensie zawiadują ludzie w … moim wieku, którzy siłą rzeczy pamiętają najlepiej lata 80 i dla nich Papa Dance czy Lady Pank to są kultowe zespóły, a dla mnie zawsze było to coś strasznego. Poza tym nigdy nie lubiłem polskiej muzyki i nigdy się nie załapałem na Perfect, Maanam czy znienawidzoną niegdyś Republikę. R.N: Panie Jacku. Jest Pan bardziej fanem, dziennikarzem, pisarzem, czy może biznesmenem? J.L: Oczywiście najpierw jestem fanem! Ja przede wszystkim zbieram, czyli winylowe płyty. Średnio spędzam dziennie godzinę-dwie w Internecie, czyli w Ebayu – to jest jak nałóg i jakiś rodzaj przekleństwa bo większość pieniędzy, które zarobię – potem wydaję na 40-letnie czarne płyty. Czy jestem biznesmenem? Być może słabo zabrzmi, ale na swój sposób oczywiście że tak! Trudno żebym prowadził sklep od prawie 19 lat i odżegnywał się od biznesu, który jest wszechobecny. Ja mam o tyle fajnie że łączę przyjemne z pożytecznym, czyli łatwiej mi jest kupować pewne płyty, mogę trochę poeksperymentować z nieznanymi tytułami, szukać innych, może lepszych wydań. Po prostu mogę działać! Ł.Sz: A jak twoje interakcje z klientami? Czy bardziej wtedy jesteś doradcą, czy biznesmenem? Doradzasz, czy tylko sprzedajesz? J.L: Nie chciałbym żeby zabrzmiało to nieładnie, ale w jakimś wąskim kręgu jestem dość nieźle znany, choć różnie postrzegany. Na szczęście wiele osób uważa mnie za kogoś kto rozszerzył ich horyzonty muzyczne, i na swój sposób doceniają fakt, że nie muszą do końca życia słuchać solowych dokonań ludzi z Pink Floyd i Deep Purple, tylko mogą poznać wykonawców którzy częstokroć grali lepiej od uznanych gwiazd. Z drugiej strony niektórzy uważają mnie za faceta, który robi to tylko dla pieniędzy, co jest chyba sprzeczne z ideą posiadania kilku tysiącami płyt zalegających w domu płyt. Są tacy którzy deklarują, że nie będą kupować mojej książki, by nie sponsorować mojej kolekcji. Nie słyszałem nic bardziej idiotycznego! Z drugiej strony jestem szczery do bólu. Do pracy ale i do hobby podchodzę poważnie. Jeśli piszę, czy w książce, czy na stronie, że coś jest dobre bądź wyśmienite to tak naprawdę uważam! Jeżeli w sklepie mam jakiegoś tytułu sporo to znaczy, że to jest dobre, a nie, że jest złe i że mi zalega. Ł.Sz: Powiedz w takim bądź razie o prapoczątkach MegaDiscu. Od momentu, w którym fascynacja zamieniła się też w sposób zarabiania pieniędzy. J.L: Lata 80-te to czasy giełdy płytowej w Hybrydach oraz jarmarków na Wolumenie a potem na Skrze - z paroma, bezcennymi tytułami trzymanymi pod pachą. Za ‘komuny’ jak się miało 10 płyt to było sporo; natomiast jak ktoś miał ich 50 czy 100 – to był niemal Bogiem! Na giełdach poznawało się innych ludzi, z którymi się te płyty z reguły wymieniało; albo sprzedawałem dwie, lub trzy pozycje żeby kupić jedną, wymarzoną nowość itd. Na początku lat 80-tych mocno siedziałem w metalu i nigdy nie zapomnę ceny jaką mój kumpel zapłacił za amerykański, pierwszy egzemplarz The Number Of The Beast – Iron Maiden. 12 tysięcy złotych! Wtedy ludzie przez cały miesiąc zarabiali może 5-6 tysięcy! Ja dałem 5 tysięcy za Iron Fist – Motorhead. To wszystko było mocno odjechane! Styczność z kompaktem miałem od 86roku – za zrobienie matury dostałem odtwarzacz i CD grupy Wham (Chłam?) który następnego dnia wymieniłem na Camel – The Snow Goose. Wtedy też zacząłem je zbierać. Ze sprzedażą zacząłem tuż po ślubie i wraz z upadkiem komuny - w 1989r. – właściwie od zera. Kupiłem dwa kompakty; sprzedałem je, kupiłem trzy, sprzedałem - a za rok miałem już tych płyt ze 200. Itd. Itd. To były czasy ciężkiej pracy na warszawskiej Skrze; niesamowicie ciężkie wyjazdy po płyty CD do Berlina – czasem 3 razy w tygodniu! Wreszcie wraz z 3 ludźmi w kwietniu 1991r. założyłem sklep. Mało kto o tym wie, ale jednym z moich wspólników był rezydujący wówczas w Stanach - Piotr Kaczkowski. Spotkaliśmy się jedynie kilka razy, ale pierwsze z nich zapamiętam na zawsze! Pamiętam, że w przeddzień poznania PK nie mogłem usnąć! Kurczę, miałem poznać radiową legendę! Chcąc zaimponować Kaczkowskiemu na spotkanie w sklepie (mieszczącym się jeszcze w Al. Niepodległości) przyniosłem mega-rzadkie, japońskie wydanie CD grupy Refugee- w 1991 sprawa absolutnie rzadka i niespotykana – a przed laty wypromowana w Polsce właśnie przez Pana Kaczkowskiego! Po krótkim zapoznaniu i paru minutach oczekiwania na dogodny moment wrzuciłem CD do odtwarzacza z jakimś cienkim tekstem typu: Piotr, to dla ciebie! Niestety mój nowy wspólnik spojrzał na mnie ze zdziwieniem i powiedział: Co ty puściłeś? Wyłącz to! Ja ci włączę muzykę! Po czym otworzył torbę, wyjął z niej jakąś płytkę i zapuścił… To był czarny rap a mój idol zaczął przy tym tańczyć! Przysięgam na życie że to prawda! Niedługo potem tak się złożyło, że przez przypadek dowiedziałem się o czymś, o czym powiedzmy że nie miałem się dowiedzieć i w rezultacie zerwaliśmy zarówno współpracę, jak i znajomość. Do dziś udajemy, że się nie zauważamy i nie znamy. … Powiem tylko, że „wizerunek” publiczny a prywatny do dwie, całkiem inne sprawy. Tak na marginesie działalności sklepu dodam tylko, że w ciągu tych niemal 20 lat chyba ze 3 razy niemal doprowadzano mnie do bankructwa – albo wspólnicy albo pomocnicy, zwłaszcza jeden. Na szczęście zawsze wypływałem na powierzchnię – choć z reguły kosztem wyzbycia się uzbieranych płyt kompaktowych a potem bądź winylowych. Ł.Sz: Porozmawiajmy o innym Pana koledze- Wiesławie Weissie i o współpracy z gazetę „Tylko Rock”. Może Pan zdradzić kulisy rozstania z tym pismem? Pytam gdyż Pańskie stałe działy w „Tylko Rocku” takie jak „Magical Mystery Tour” oraz „Stary Rock” a także różne felietony dla wielu Czytelników były bardzo ważne i otworzyły im drzwi do świata muzyki. J.L: To jest dość krępująca sprawa – trochę taki magiel. Z Weissem poznałem się w 1992 roku - on prowadził fajną, rockową gazetę a ja rockowy sklep z rzadkimi, nigdzie niespotykanymi płytami. Nie chcę się chwalić, ale wiele tekstów było możliwych dzięki mojej „uprzejmości”. Przez 3-4 lata „TR” wykorzystywał moje płyty do trudniejszych wkładek czy do specjalistycznych opracowań. Wreszcie kolega Wiesław zaproponował mi żebym zaczął pisać i to trwało przez 4 lata - od 1996 do 2000 roku. Nie chwaląc się mogę powiedzieć, że we dwóch niemal ustaliliśmy nową linię pisma (ja tak trochę z tylnego siedzenia…), które dość mocno poszło w stronę ambitnego rocka – i wiele osób do dziś to docenia. Mało kto wie, że w 2000 roku miała powstać polska edycja legendarnego pisma „Rolling Stone”. Jeden, bardzo zamożny znajomy mojego kumpla kupił licencję na wydawanie tego magazynu zaczął rozglądać się za ekipą a przede wszystkim za osobą redaktora naczelnego. Myślano o różnych osobach, m.in. o Hirku Wronie.... Mój kolega przyszedł kiedyś i zapytał, czy mogę kogoś zaproponować, a ja na to: weźcie Wiesława Weissa, mojego kumpla. Prawda była taka, że oryginalny„Tylko Rock” chyli się pomału ku upadkowi, gdyż były problemy z wydawcą. Pomyślałem , że polski „Rolling Stone” to nie bdzie zły pomysł... Prawie nikt tego nie wie, ale w tajemnicy przed wszystkimi współpracownikami Wiesław Weiss pojechał do Ameryki i w rezultacie został namaszczony na naczelnego. W zasięgu ręki miał wielki prestiż, ogromną pensję, służbowy samochód, itd. Dla mnie był przemiły – prawdziwy friend. Nagle, polski wydawca doszedł do wniosku, że z jednym pismem na polskim rynku długo nie pociągnie i pomimo ogromnych kosztów licencji; ponoć było to 100 tysięcy dolarów – z dnia na dzień zrezygnował. I tak jakoś się dziwnie złożyło, że już w dwa tygodnie później Wiesław Weiss przestał być już moim przyjacielem. Pod cienkim pretekstem zadzwonił do sklepu i mojemu pracownikowi przekazał dla mnie… kilka mocnych wiązanek i zapewnienie że nigdy już nie przyjdzie itd. Powodem było jakoby puszczenie przeze mnie pary, że Tylko Rock przestał istnieć a w rezultacie on i jego kolega z redakcji nie dostaną… gratisowych kompaktów z klasyką polskiego rocka! To był powód! Kilka CD Niebiesko-Czarnych i Skaldów wartych może razem 200 zł - za moją pasję, pomoc i przyjaźń. Oczywiście nie wiedział, że o zamknięciu pisma rozpaplał jeden z fotoreporterów pisma oraz… mój ówczesny pracownik! Niestety pracownik nie przekazał mi tej wiązanki a ja, Bogu ducha winien zadzwoniłem jeszcze do mojego przyjaciela Wiesława żeby mu złożyć gratulacje z okazji urodzin syna! Niestety facet zamiast powiedzieć ‘dziękuję’ zaczął syczeć do telefonu: „co ty mi tu ściemniasz”!!! Nie wiedząc o co chodzi przeprosiłem, odłożyłem słuchawkę i już więcej nigdy z Weissem nie miałem przyjemności się zetknąć. Oczywiście pomogła mi w tym również chamska wiącha przekazana w końcu przez pracownika. To było duże rozczarowanie, gdyż za lojalność i autentyczny dowód przyjaźni jakim były moje dobre intencje i to nieszczęsne zamieszanie z Rolling Stonem - zostałem potraktowany jak śmieć. Oczywiście Weiss pewnie do dziś myśli że miał powód… Mam to gdzieś. Ta cała pseudo-przyjaźń to dość przykra sprawa… I pomyśleć, że jeszcze w 2000r. przez ponad miesiąc wieczorami poprawiałem towarzyszowi Wiesławowi maszynopis jego pierwszego tomu Encyklopedii Rocka ; razem ustalaliśmy ilość tych jego ‘gwiazdek’ i ‘kropek’; poza tym to ja wypisałem mu listę mało znanych wykonawców których powinien umieścić… Natomiast po paru latach, kiedy dla odmiany mój wydawca zwrócił się z prośbą do wydawcy tzw. Teraz Rocka o płatną, powtarzam: płatną reklamę mojego Brytyjskiego Rocka– ten skierował go właśnie do Weissa a mój były przyjaciel Wiesio wycedził, że nie ma mowy i że nie będzie mnie promował i nie zgadza się nawet na płatne ogłoszenia – warte swoją drogą 3 czy 4 tysiące złotych. Taki koleś! Ł.Sz: A co sądzisz o „Teraz Rocku”, czyli obecnej formule dawnego „Teraz Rocka”? J.L: Szczerze mówiąc nie czytuję tej gazetki, choć raz na rok przeglądam kilka numerów u kumpla. Oczywiście nie mogę być do końca obiektywny, ale uważam że „Teraz Rock” powoduje że ludzie odwracają się od rocka! Ile można pisać o wykonawcach których albo nikt nie zna; których płyt nikt nie kupuje, ale trzeba pisać bo wytwórnia każe i musi się wykazać w centrali na Zachodzie odpowiednią ilością recenzji! Tak to działa! Albo z drugiej strony niekończące się teksty o Pink Floyd, Breakout czy Red Hot Chilli Peppers… To jest po prostu dość ciepła posadka dla dwóch, nieco już podstarzałych i wyleniałych dziennikarzy oraz gromady młodziaków którzy widzą muzykę z perspektywy lat 90-tych; znają 5 kawałków Hendrixa oraz debiut Doorsów i piszą bzdury o psychodelicznym rocku, że solówki za wolne... Poza tym mnóstwo ludzi uważa, że unika się tam klimatów starego, klasycznego rocka. Myślę, że kilka tysięcy potencjalnych czytelników nie kupuje tej gazety, bo nie mogą w niej nic dla siebie znaleźć. Spoza tym w redakcji rządziły układy – wiem to z pierwszej ręki, poza tym moja żona przez 2 lata była szefem działu reklamy w Tylko Rocku… Np. przykładowo kiedyś nie można było dać 2 czy 3 gwiazdek nowej płycie Urszuli czy innemu dziełu bo ta czy inna duża wytwórnia będzie obrażona i nie wyśle naczelnego czy kogoś innego na wywiad z Mickiem Oldfieldem czy Angusem Youngiem w Londynie czy w Paryżu. Mniejsza znowu nie przyśle zaproszeń na koncerty i płyt do recenzji. Tak to funkcjonowało kiedyś więc myślę że niezmiennie tak to funkcjonuje i dziś. Ł.Sz: Czyli recenzje w gazecie nie są miarodajne do końca? J.L: Rzadko kiedy były. Ważne były tylko pozory rzetelności i gratisy. Nie ma to nic wspólnego z obiektywizmem i z rzetelnością dziennikarską. Duże nazwiska i znani wykonawcy muszą mieć 4 czy 5 gwiazdek, bo dzięki temu są profity jak darmowe CD i DVD pozwalające przeżyć i ciągnąć tą mękę od numeru do numeru. Bo jak przecież w dzisiejszych czasach można się szczerze fascynować nowym, komercyjnym rockiem? R.N: Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Może o twojej książce, idei, pisaniu. Jak Pan wspomina pisanie jej, jak ona powstawała? J.L: Mówmy sobie po imieniu, OK.?( wyraźnie zdeprymowany określeniem swojej osoby mianem Pan) Początkowo chciałem napisać obszerny przewodnik płytowy który traktowałby o mało znanym rocku z całego świata i zawierał hasła wykonawców z Australii, Japonii, Ameryki Południowej - skądś się tylko da – krótko i zwięźle. I to był mój wielki błąd, że tego nie zrobiłem, gdyż przyszedł mi do głowy pomysł, żeby napisać bardzo książkę o rocku brytyjskim, ale w jednym tomie. I to był mój drugi błąd, chyba jeszcze poważniejszy. Jak już zacząłem pisać na poważnie, to rozrosło się to do takich rozmiarów, że trzeba było to podzielić na tomy. Prawda jest taka, że pierwszy tom Brytyjskiego Rocka napisałem w niecały rok, tylko w międzyczasie miałem 2 lata przerwy, bo tak prawdę mówiąc nie jestem taki solidny i poukładany, żebym usiadł i pisał. Za dużo fajnych rzeczy się wokół dzieje żebym miał usiąść jak mnich i bez przerwy pisać. Podobnie ma się sprawa z drugim tomem. Ł.Sz: No właśnie… Premiera drugiego tomu, słyszałem, że na początku przyszłego roku?! J.L: Myślę, że do stycznia lub lutego już skończę i mam nadzieję, że w kwietniu książka wreszcie się ukaże. Ł.Sz: Na prima a prillis (śmiech) J.L: Na 1maja (śmiech). Ciężko to idzie, mając na głowie codzienną pracę na Nowym Świecie, sklep internetowy, niezliczone maile i rozmowy z klientami. Mój dzień pracy trwa ok. 12-13 godzin dziennie i rzadko mam 2-3 godziny, by pracować nad książką. Wiem, ze to może wydawać się mało poważne, tym bardziej, że mogę zdradzić, iż będą nie 3 tylko 4 tomy. Ostatni będzie poświęcony również artystom singlowym a także dodam haseł poświęconych punk-rockowi z końca lat 70-tych – to w końcu też brytyjski rock i to całkiem klasyczny... R.N: Rock brytyjski już powstaje, a Ameryka i inne kraje, kontynenty? J.L: Nie wiem, czy starczy mi czasu i życia. A przede wszystkim zapału. Nie ma znikąd pomocy. Niezależnych pism muzycznych praktycznie nie ma, inne media mają to w nosie – wszędzie wyścig szczyrów i rankingi słuchalności i oglądalności. Nie ma nikogo kto, by tego typu dłubaninę promował. R.N: Nie było jednak jakiś negatywnych recenzji twojej książki. Ja słyszałem na jej temat same entuzjastyczne, włącznie z Wojciechem Mannem. J.L: Zdarzały się też negatywne – np. ze strony redaktorów codziennych gazet którzy trochę chwalili, ale w sumie zarzucali mi albo brak nowej fali albo fakt że wydałem książkę w której pokazałem tylko swoje płyty. W sumie to się nawet nie dziwię – jeden z nich nazwał Depeche Mode ‘gladiatorami popu’ a drugi odkrył, że kultowy i legendarny album The Who – Tommy (1969) napisał i skomponował z zespołem… Elton John. Tragedia. Ł.Sz: W naszym kraju tak jest, że albo się kogoś chwali na krótką metę, albo się gnoi i niszczy. J.L: Wiesz, słyszałem taką opinię, że książka jest świetna, ale ja nie jestem z branży, nikogo nie znam i nigdy się nie przebiję. Tak jak wspomniałem wcześniej popełniłem błąd, że nie zrobiłem tej książki w jednym tomie. Powinienem ograniczyć się do tych najważniejszych wykonawców, pominąć, bądź bardzo ograniczyć tych mniej znanych… Nie chwaląc się wiem, że taką wydaną w jednym tomie książkę wydałby brytyjskie, i bardzo znane wydawnictwo ‘Omnibus Press’ – dostali przetłumaczonych 5 haseł i byli bardzo zainteresowani, wręcz entuzjastycznie nastawieni - ale po 2 miesiącach odpuścili. Podobnie sprawa się miała z bardzo poważnym, szwedzkim Premium Publishing – „spotkanie z gąską” było już blisko, ale ci również zrezygnowali za pięć dwunasta. No bo kto zainwestuje z pierwszy z trzech tomów zupełnie nieznanego autora z Polski czyli znikąd? Szkoda. Ł.Sz: Czy nie obawiasz się, że ludzie podchodzą do twojej książki ostrożnie, że boją się, że nie dokończysz dalszej części i zostaną z dziełem niedokończonym w ręku?! J.L: Od momentu wydania pierwszego tomu, w styczniu 2006 już miałem pytania przy kasie, czy „nie będzie tak jak z drugim tomem książki Weissa”. Ja już chciałem wywiesić kartkę, że z tą książką nie będzie takiej samej sytuacji… Chociaż z drugiej strony zaraz minie 3 lata od wydania A-F i na pewno zdążyłem już wielu ludzi niemiło zaskoczyć. Prawda jest też taka, że gdy zaczynałem pracę nad pierwszym tomem, to miałem znacznie więcej wolnego czasu - siedziałem sobie w domku; jednocześnie naiwnie uważałem że w sklepie miałem zaufanego pomocnika który wszystkim się zajmie… Cóż, człowiek uczy się na błędach… Teraz po prostu nie mogę siedzieć w domu i tylko pisać, gdyż mam też inne rzeczy na głowie – a przede wszystkim rodzinę na utrzymaniu. Moja córka ma już 19 lat. Kurczę jak ten czas leci… Koniec części pierwszej C.D.N. Łukasz Ch-Fu Szewczyk i Robert Niemira
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze