Osobista historia Grażyny Czubackiej i Moniki Figut Ani Grażyny Czubackiej, ani mnie - Moniki Figut, sąd nie skazał na więzienie, czego żądał wydawca „Expressu Sochaczewskiego” Janusz Szostak. Ani Grażynie Czubackiej, ani mnie - Monice Figut, nie można zarzucić winy, o której publicznie donosił Janusz Szostak. Zamiast więziennych krat, złowieszczego zakazu wykonywania zawodu dziennikarza, hucznych przeprosin i kilkudziesięciu tysięcy złotych odszkodowania, którymi Janusz Szostak chciał nas ukarać, otrzymał on od sądu postanowienie o umorzeniu postępowania.
Oskarżone prywatnie W maju br. w dużym artykule prasowym „Expressu Sochaczewskiego”, z wytłuszczoną zajawką na pierwszej stronie: „Oskarżone o kłamstwo”, Janusz Szostak informował o sądowym oskarżeniu wydawcy „Echa Powiatu” oraz jego naczelnej o pomówienie wydawcy „Expressu Sochaczewskiego”. Brzmiało to groźnie, gdyż, jak donosił w wyboldowanym wstępie do artykułu Janusz Szostak, groziło nam za popełnienie tego czynu do 2 lat pozbawienia wolności. Wydawca nie napisał oczywiście, że to on sam - autor artykułu - skarży nas prywatnie, bo i po co mącić czytelnikom w głowach.
Nawiasem mówiąc Zanim przejdę do meritum, czuję się w obowiązku wyjaśnić, dlaczego my - redaktorzy „Echa Powiatu” - o wytoczonym przeciwko nam procesie nic nie pisaliśmy. Otóż, aby ktokolwiek mógł relacjonować takie sprawy jak ta - z art. 212 k. k., sąd musi zgodzić się na jej jawność, a takiej decyzji sąd w naszej sprawie nie podjął (prawdopodobnie nie zdążył, bo zakończyła się dość szybko, mimo tego pisać nie mogliśmy).
Czyn Zdaniem Janusza Szostaka w napisanym przeze mnie i opublikowanym na łamach „Echa” artykule z 14 października 2003 roku pt. „Chodakowianie czują się ograbieni” rozpowszechniłam oszczerstwo, jakoby wydawca „Expressu Sochaczewskiego” wszedł nielegalnie w posiadanie tytułu „Głos Chodakowa”. Nie ma tu miejsca na wyjaśnianie naszego stanowiska w sprawie, zainteresowanych odsyłam do wspomnianego artykułu, gdzie znajdą odpowiedź, dość, że powiem, iż oczywiście do zarzucanych nam czynów się nie przyznajemy. Ale nasze stanowisko nie miało dla Janusza Szostaka (występującego tu w roli dziennikarza, a nie oskarżyciela, co świadomie przypominam) żadnego znaczenia. Czytelnicy jego artykułu mogli zapoznać się z wielkim, niepodważalnym i obiektywnym materiałem „udowadniającym” naszą winę. Przytaczane argumenty nazwał nawet Janusz Szostak „bezsprzecznymi faktami”. No i jak ma się do tego prawo prasowe, które wyraźnie zabrania wypowiadania w prasie opinii co do rozstrzygnięcia sprawy sądowej przed wydaniem orzeczenia w pierwszej instancji?
Argumenty W „Oskarżonych o kłamstwo” Janusz Szostak „udowadnia” naszą winę, twierdząc, że tytuł „Głos Chodakowa” zarejestrowany jest przez wydawnictwo Milenium Media AWPK w Sądzie Okręgowym w Płocku, ale nie pisze, że sądowe postanowienie uprawomocniło się w listopadzie 2003 roku, czyli już po opublikowaniu mojego artykułu i grubo po opublikowaniu pierwszego expressowego „Głosu Chodakowa” (ten ukazał się 16 września 2003 r.). Pisze też Janusz Szostak, że na wykorzystywanie w winiecie „Głosu Chodakowa” logo chodakowskich zakładów Chemitex pozwala mu fakt, iż znak ten został zgłoszony w Urzędzie Patentowym, ale nie pisze, że logo to zostało zgłoszone do Urzędu Patentowego 15 października 2003 r., czyli dzień po opublikowaniu mojego artykułu (sic!), nie pisze o tym wszystkim, bo może dba o to, by czytelnika swojego nadmiernym uszczegółowieniem nie przeciążać i by ten miał tym samym o sprawie pogląd wystarczająco jasny.
Grażyna Cz. Roztrząsany tu przeze mnie artykuł niezwykle interesujący jest w wątku dotyczącym drugiej z oskarżonych, wydawcy „Echa Powiatu” - Grażyny Czubackiej. I nie chodzi mi tu bynajmniej o stawiane jej przez Janusza Szostaka zarzuty, naszym zdaniem bezpodstawne, lecz o całe tło sprawy. Wątek nabiera rumieńców, gdy co bardziej spostrzegawczy czytelnik „Expressu” zauważy, że Janusz Szostak pisze o mojej przełożonej ostrożnie „Grażyna Cz.“, moje zaś nazwisko pojawia się w pierwszej linijce artykułu w całej swojej krasie, mimo tego, że art. 13 ust. 2 pr. pr. wyraźnie zabrania publikacji w prasie danych (w tym nazwisk) osób, przeciwko którym toczy się postępowanie sądowe. Dlaczego autor artykułu był na tyle nieuważny i opublikował moje nazwisko? Przypuszczam, że stało się tak, gdyż Januszowi Szostakowi o mnie chodziło najmniej, więc na mnie się nie skupiał. Jego intencje stają się jaśniejsze, gdy sięgniemy do kolejnego artykułu na ten sam temat opublikowanego przez „Express Sochaczewski“, a zatytułowanego, i tu uwaga: „Żona burmistrza na ławie oskarżonych“. Co tam ja, kiedy na niesławnej ławie siedzi TAKA WAŻNA OSOBA. I co tam to, że takie stygmatyzowanie oskarżonej znowu kłóci się z prawem prasowym, kiedy można w ten sposób niemalże posadzić na ławie oskarżonych samego burmistrza. To jest dopiero sensacja!
Marny finał Czytelników "Echa" ciekawi zapewne, jak skończyła się historia wytoczonego przeciwko nam procesu. Otóż nie odbyła się żadna sensu stricte rozprawa, sąd nikogo nie przesłuchał, gdyż, jak się okazało, Janusz Szostak w ogóle nie miał prawa nas oskarżać - nie posiada bowiem mandatu pokrzywdzonego w sprawie (w czasie, gdy opublikowany został mój artykuł, działalność gospodarczą pod nazwą Milenium Media AWPK prowadziła żona Janusza Szostaka i to ona była wydawcą „Expressu Sochaczewskiego“, a nie on). Z uwagi na powyższe sąd postanowił sprawę umorzyć. Postanowienie jest prawomocne. No cóż, ze względu na wszystko, co powyżej, nie dziwi chyba nikogo, że w tej historii teraz to my czujemy się pokrzywdzone i zmuszone sprawę skierować do sądu.
Monika Figut
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze