Reklama

Jaka była ta kampania?

21/11/2010 22:08

W oczekiwaniu na wyniki wyborów samorządowych w Sochaczewie, już dokonujemy refleksji. Jaka była ta kampania wyborcza? Nerwowa czy spokojna? Merytoryczna czy mało rzeczowa? Jak siebie i innych oceniają w tym kontekście kandydaci na burmistrza naszego miasta?

Z pewnych względów tegoroczna samorządowa kampania wyborcza w Sochaczewie była wyjątkowa. Startowało aż siedmiu kandydatów na burmistrza. Choć w opinii wielu osób dojdzie do dogrywki i dwóch kandydatów ponownie powalczy o fotel w drugiej turze wyborów, pytamy już teraz: jaka była ta kampania? Jak poszczególni kandydaci oceniają jej przeprowadzenie przez siebie i rywali?


Urszula Pawlak:

Zakończona właśnie kampania w porównaniu z tą sprzed czterech lat była wyjątkowo spokojna i rzeczowa. Nie było wymyślonych oskarżeń, pomówień, procesów w trybie wyborczym, a to świadczy o rosnącej kulturze kandydatów oraz sztabów prowadzących ich promocję.
Każdy z kandydatów na burmistrza miał równe szanse na starcie, mógł ze swoim przekazem dotrzeć do wyborców. Pojedyncze incydenty - spotykane głównie w Internecie, gdzie anonimowość zachęca do ostrych wypowiedzi - nie wpłynęły na ogólną ocenę kampanii. Co istotne, dobry klimat tej kampanii ułatwi rozmowy o koalicjach w mieście i powiecie.
Wbrew temu, co się niekiedy słyszy, 20 lat działania samorządu przyniosło wymierne efekty. Wyborcy są znacznie bardziej świadomi, wiedzą czego oczekiwać od kandydatów, wyczuwają fałsz. Widać, że na skrajności w samorządzie nie ma już miejsca. Mieszkańcy oczekują spokoju, efektywnej pracy samorządu, a nie kłótni.
Moim kontrkandydatom chcę podziękować za ten pozytywny klimat kampanii.


Paweł Masłowski:

W mojej ocenie mijająca kampania wyborcza była trudna dla wszystkich komitetów.
W tych wyborach samorządowych w odróżnieniu z 2006 mieliśmy aż siedmiu kandydatów na urząd burmistrza. Taka mnogość pokazuje, że prawie wszystkie komitety starały się pokazać z jak najlepszej strony. Nie od dziś wiadomo, że o sile danego komitetu świadczy fakt wystawienia własnego kandydata na burmistrza. To również promocja całej listy wyborczej.
Niewątpliwie w tych wyborach elektorat prawicowy miał poważny dylemat. Na siedmiu kandydatów, sześciu to kandydaci o wyraźnie prawicowych poglądach.
Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej doszło do rozłamu wewnątrz środowiska wspierającego obecnego burmistrza Bogumiła Czubackiego. W 2006 roku Czubacki był kandydatem KWW Pełna Odpowiedzialność, a obecnie był wspierany przez KWW Nasze Miasto bez działaczy PO, którzy poszli z KW Platforma Obywatelska.
To nie jedyne pękniecie w lokalnych środowiskach. Również w KWW Przymierze doszło do wewnętrznego podziału, wynikiem czego był odpływ wielu wartościowych, żeby nie powiedzieć liderów Przymierza do KW Prawo i Sprawiedliwość.
Sojusz Lewicy Demokratycznej pozostał w niezmienionej formule. Fakt, że kilka osób odeszło wpierając prawicowe listy, ale takie wewnętrzne oczyszczenie było potrzebne i to bez względu na wynik wyborczy.
Moja kampania wyborcza była skierowana głównie do elektoratu znudzonego ciągłymi kłótniami lokalnych liderów prawicowych i ich środowisk. Jak prześledzimy dwie minione kadencje, to wyraźnie widać było, że ludzie, którzy wywodzili się z tego samego środowiska, dziś stoją w opozycji do siebie. W swojej kampanii postawiłem na kontakt z ludźmi. Stąd też docierałem do wielu mieszkańców i rozmawiałem o przyszłości naszego miasta, prezentując ofertę programową naszego komitetu wyborczego. W tych wyborach wyszedłem z założenia, że nie liczba banerów i plakatów wyborczych świadczy o sile kandydata, lecz jego osobowość, pomysł na siebie i miasto.
Z doświadczenia innych kandydatów wiem, że można dużo pieniędzy włożyć w gadżety wyborcze, a oczekiwany efekt jest czasem druzgocący dla kandydata.
W tej kampanii, a szczególnie na jej finiszu, obserwowałem u konkurencji przesyt formy nad treścią. U wyborców kolejny plakat czy baner zaczynał wzbudzać negatywne emocje. Mówiąc po ludzku: nasi mieszkańcy mieli już dość.


Bogumił Czubacki:

Jestem jakoś dziwnie spokojny, choć do końca nie wiem, dlaczego. Czy tak bardzo wierzę w sukces, czy może raczej nie obawiam się przegranej, gdyż nawet wówczas odszedłbym z urzędu z podniesioną głową. Mam przekonanie, że udało nam się wiele osiągnąć, wiem, jak ciężko pracowałem na każdy krok w rozwoju Sochaczewa. A może jestem spokojny dlatego, że to już trzecie moje wybory, więc mam doświadczenie, nie podchodzę do kampanii aż tak emocjonalnie jak przed laty.
Tegoroczną kampanię ogólnie oceniam jako merytoryczną, choć trochę nerwową. Niewątpliwie ze względu na liczbę kandydatów, jest wyjątkowa. Spośród moich rywali zwłaszcza jeden się w niej wyróżniał, chyba wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Był najbardziej zdeterminowany i chyba też, takie mam odczucie, przekonany o swoim sukcesie. Zobaczymy, czy słusznie. Na pewno, co muszę pochwalić, miał profesjonalną kampanię wyborczą. Pozostali, cóż, wydaję mi się, że większość z nich nie do końca wierzyła w możliwość wygranej, raczej traktowała te wybory jako ewentualną inwestycję na przyszłość, kolejne wybory burmistrza. Tak mi się wydaje.
Moja kampania wyborcza była bardzo skromna, skromniejsza od dotychczasowych. Można powiedzieć, że tylko zaznaczyłem swoją obecność. Mam przekonanie, że po ośmiu latach pracy jako gospodarz miasta sochaczewianie już mnie znają, wiedzą, czego się mogą po mnie spodziewać, co zrobiliśmy w tym czasie dobrego dla Sochaczewa. Czy fakt, że startuję po raz trzeci, pomaga mi? Zdecydowanie nie. Miasto to nie gmina, burmistrz to nie wójt. W mieście inaczej postrzega się rolę gospodarza, bardziej przejściowo, mieszkańcy w mniejszym stopniu przywiązują się do burmistrza, bo ten jest bardziej anonimowy niż wójt. I oczekują zmian.
Dlatego na pewno nie będzie mi łatwo wygrać w tym roku. Trudności też dostarcza fakt, że mam aż tylu kontrkandydatów. Głosy na pewno się rozłożą, myślę, że będzie druga tura. Ale jestem dobrej myśli.


Jarosław Pachowiak:

Myślę, że tegoroczne wybory burmistrza naszego miasta były atrakcyjne, siedmiu kandydatów to możliwość zaspokojenia różnych oczekiwań wyborców. Kampania była spokojna, ale miasto stało się weselsze, kolorowe. Bez względu na wynik, jaki mi podarowali wyborcy, zaszczytem dla mnie było reprezentowanie w tych wyborach Porozumienia Ziemi Sochaczewskiej. Kampania to okazja do głębszego poznania wielu problemów naszego miasta i jego mieszkańców.


Piotr Osiecki:

Kampania na pewno była trudniejsza niż cztery lata temu. Ale nie tylko dlatego, że w wyścigu po fotel burmistrza wystartowało aż siedmiu kandydatów. Była trudniejsza, bo większość komitetów bardzo dobrze przygotowało się do tych wyborów. Można powiedzieć, że wybory nam się mocno sprofesjonalizowały. Komitety i sztaby wyborcze czerpały ze wzorców ogólnopolskich i światowych. To dobrze, bo jeśli wybory możemy przeprowadzić profesjonalnie, to znak, że i miastem można rządzić profesjonalnie. Że i w tej materii może w Sochaczewie wreszcie zajść zmiana.
To były pierwsze wybory, w których tak wielką rolę odegrał Internet. Główną areną kampanii stał się portal e-sochaczew, który po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najważniejszych sochaczewskich mediów. Liczący się kandydaci mieli swoje strony internetowe. Dla nas nasza strona www.piotrosiecki.pl od początku miała być głównym orężem walki wyborczej i dziś mogę stwierdzić, że to się udało. Stronę do soboty 20 listopada odwiedziło prawie 6,5 tysiąca tak zwanych unikalnych użytkowników. Mieliśmy ponad 32 tysiące odsłon. Średni czas przeglądania wyniósł ponad pięć minut. Fachowcy od Internetu mówią, że to bardzo dobre wyniki. Przypomnę, że nawet Bogumił Czubacki tuż przed wyborami zaczął promować swoją stronę, co pokazuje, że tradycyjne media to dziś zdecydowanie za mało, by liczyć się w wyborach, choć wciąż nie można ich lekceważyć.
Właśnie dlatego myślę, że świetnym pomysłem było wydanie przez nasz komitet własnej gazety Forum, którą złamaliśmy monopol dotychczasowego burmistrza i jednego z kandydatów w sferze mediów papierowych. Nasza gazeta rozeszła się w nakładzie 10 tysięcy sztuk. Przypomnę, że „Ziemia Sochaczewska” ma nakład 3300 sztuk.
Trzecim filarem naszej kampanii były bezpośrednie spotkania z mieszkańcami. Było ich naprawdę wiele. Były spotkania duże – jak ubiegłotygodniowa konwencja w MOK-u przy Żeromskiego, w której wzięło udział ponad 200 osób. Jak i mniejsze, kameralne, jak to w Karwowie. Spotykałem się z młodzieżą w Pubie 77, byłem na seansie SKF. Spotykałem się z kupcami, nauczycielami, sportowcami, emerytami. Myślę, że bardzo ważne i udane były nasze akcje pod kościołami.
Na koniec chciałbym też podkreślić, że kampania, poza drobnymi incydentami, była prowadzona fair przez prawie wszystkich kandydatów. Poza jednym, którego media wyjątkowo nieczysto i brutalnie atakowały mnie i mój komitet, ale pominę milczeniem jego nazwisko. Mnie naprawdę zależy na współpracy ze wszystkimi. Bo, używając haseł wyborczych moich kontrkandydatów, ja naprawdę Kocham Sochaczew, uważam, że Sochaczew zasługuje na więcej i wierzę, że możemy wygrać razem. Po latach, gdy „Sochaczew był na nie”, wierzę, że nadchodzi czas, gdy „Sochaczew będzie wreszcie na tak!”.


Maciej Małecki:

Faktycznie, w tym roku kampania wyborcza była z kilku powodów wyjątkowa. Dla mnie najistotniejszy jest fakt, że zaszła duża zmiana jakościowa w prowadzeniu rywalizacji komitetów wyborczych o przychylność wyborców. W mojej ocenie było bardzo mało zachowań agresywnych i kandydaci prowadzili kampanię raczej pozytywną, konstruktywną. Mówię raczej, bo zdarzały się drobne incydenty, które wynikały prawdopodobnie z braku pomysłu na powiedzenie sochaczewianom, dlaczego warto na kogoś głosować. Jestem przekonany, że ludzie są zmęczeni czytaniem czy odbieraniem komunikatów, dlaczego na kogoś nie powinni zagłosować. Zazwyczaj są to rzeczy plugawe. My z tym problemu nie mieliśmy. Jasno mówiliśmy o naszych kandydatach, pomyśle na Sochaczew, nasze działania od samego początku były zaplanowane i przemyślane. Założenie było i jest proste: działamy merytorycznie, bez agresji. Mam nadzieję, że mieszkańcy zauważyli to i docenili. Dotknął również i nas atak na jednej ze stron kandydata na burmistrza, skierowany demagogicznie na PiS jako partię ogólnopolską. Okrywamy ten fakt „cudem niepamięci”.
Druga rzecz to duża liczba kandydatów na burmistrza. Cóż, przyczyn na pewno jest dużo. Długo by o nich mówić. Na pewno sochaczewianie mieli większe możliwości wybrania kandydata, który swoim programem czy pomysłem na Sochaczew ich przekonał. Siedmiu kandydatów to także wyraz naszej lokalnej aktywności społecznej. Przecież za każdym potencjalnym burmistrzem stoją dziesiątki ludzi mniej lub bardziej zaangażowanych w swoim środowisku, gotowych pracować społecznie. Wyrażam nadzieję, że bez względu na wynik wyborów, radni będą potrafili ze sobą współpracować. Natomiast czy w związku z taką liczbą kandydatów kampania była trudniejsza? Nie. Przecież pracę trzeba wykonać taką samą. Techniczne przygotowanie swojej akcji wymaga takiego samego wysiłku, jak przy czterech kandydatach. Oczywiście inną przygotowuje się strategię, ale to już pozostaje tajemnicą każdego ze sztabów wyborczych.
Na koniec krótko: Dziękuję wszystkim mieszkańcom, którzy zaufali mi i kandydatom PiS. Za uczciwą rywalizację dziękuję wszystkim komitetom wyborczym. Wiem, że teraz wszyscy czekają na pierwsze wyniki. Dlatego teraz uzbrajamy się w cierpliwość, a wszystkim życzę dobrej nocy.




figa



 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama