Reklama

Kazimierz Mroczek - Strzał w dziesiątkę

Tygodnik Echo Powiatu
03/07/2002 00:00
Kazimierz Mroczek
Od 11 lat prowadzi w Kątach sklep meblowy M&M. Do Sochaczewa przyjechał z gór, po drodze zahaczył o Kozieniece, gdzie pracował jako energetyk, chociaż z wykształcenia jest mechanikiem, ale w swoim życiu miał również taki epizod. Biznes zaczynał w latach 90., czyli wtedy kiedy wielu takich jak on, wykorzystując zmiany gospodarcze decydowało się rozpoczynać działalność na własny
rachunek. Dla stawiających pierwsze kroki, dla tych,
którzy nie bali się ryzyka był to sprzyjający moment.
Żeby zacząć jakąkolwiek działalność gospodarczą poza chęciami, czy dużą dozą determinacji trzeba mieć również pieniądze. Bez nich można sobie tylko marzyć o biznesie.
Tak jak wielu w tamtych latach, wyjeżdżałem za granicę, pracowałem w Niemczech. Trochę pieniędzy zarobiłem i mogłem otworzyć sklep. Ty był zupełny przypadek, że zająłem się sprzedażą mebli. Po prostu kupiłem meblowóz i tak dokonałem wyboru, nie musiałem szukać, zastanawiać się. Ten czerwony meblowóz jeździ do dziś, a znak M&M jest chyba rozpoznawalny. Zaczynałem jak wielu od niedużego sklepu przy ulicy Płockiej, ale wtedy ruch był bardzo duży, ludzie kupowali meble i w małym sklepie z powodzeniem można było prowadzić handel. Na początek nie potrzebowałem olbrzymich pieniędzy, wystarczyły nieduże, nie to co dziś, wtedy było zdecydowanie łatwiej, jednak taki mały sklep nie miał przyszłości. Trzeba było zainwestować i wybudować coś większego i tak powstał obecny sklep w Kątach.

l Ale ten sklep działa pod szyldem Müller i Mroczek. Kim jest tajemniczy Müller? Przecież firma jest utożsamiana z Panem?
Müller to mój przyjaciel, kiedy stawiałem pierwsze kroki w biznesie o pomoc zwróciłem się właśnie do niego. Zawsze powtarzał mi: cokolwiek będziesz robił, pomogę ci i zdecydowałem, że właśnie ten moment nadszedł. Dostałem od niego pożyczkę, „na słowo”, po przyjacielsku i rozpocząłem budowę sklepu. Zainwestowałem spore pieniądze i trochę bałem się, jak dalej się to wszystko potoczy. Pomyślałem, że może lepiej utworzyć spółkę, bezpieczniej, poza tym uznałem, że jeśli ktoś wykłada pieniądze, lepiej, żeby uczestniczył w biznesie. Pewnego dnia dostałem telefon od notariusza, że przepisy związane z rejestracją spółek zmieniły się, łatwiej taką spółkę założyć, skoro tak, to nie ma nad czym się zastanawiać, decyzja była szybka.

l I tak powstała polsko-niemiecka spółka. Kto ma w niej więcej udziałów?
Ja, formalnie jest to spółka polsko-niemiecka, ale faktycznie polska, ponieważ mój wspólnik pozostawił mi wolną rękę, nie wtrąca się w to co robię, po pierwsze dlatego, że nie zna się na tym, a po drugie ma do mnie zaufanie, nie ingeruje w to, co robię. Nie nalega, żebym wypłacał mu dywidendę kosztem na przykład inwestycji.

l Nie ma konfliktu interesów? Trudno uwierzyć.
Pieniądze mają dla niego znaczenie drugorzędne.

l Tak jest zamożny?
Ma po prostu inne podejście do życia. Jest jednym z kierowników Raifeissen Banku, ale to nie jest typ człowieka, który pieniądze stawia ponad wszystko. Żyje nie na pokaz, skromnie, przekonali się o tym nasi pracownicy, którzy w czasie jednej z wycieczek odwiedzili go. Co drugi rok w długi weekend majowy wyjeżdżamy do Niemiec i wtedy również odwiedziliśmy mojego wspólnika. Chciałbym, żeby wszyscy mieli takich przyjaciół i wspólników.

l Spółka Niemca i Polaka. Nie obawialiście się, jak ten mariaż zostanie odebrany? Wielu Polaków nadal jest nieufnych wobec Niemców, o przeszłości nie zapomnieli, ta zadra ciągle w nich tkwi, poza tym to ten bogatszy sąsiad z zachodu.
Mój wspólnik rzeczywiście był na początku bardzo ostrożny, nawet przestrzegał, żeby spółki za bardzo nie eksponować, ponieważ niektórzy Polacy mają jeszcze uraz wobec Niemców. On również jest człowiekiem, który może nie bezpośrednio, ale odczuł ciężar wojny. Jego ojciec został powołany do wojska, a należał do ludzi dość zamożnych, w czasie wojny miał restaurację i właśnie w tej restauracji pracowało u niego dwoje Polaków. Już wiele lat po wojnie mój wspólnik zaczął szukać tych ludzi i odnalazł ich, ale myślę, że o tym nie będziemy rozmawiać, ponieważ to nie moja historia.
l Czy fakt, że Pana spółka ma międzynarodowy skład ma jakiekolwiek znaczenie w biznesie?
Żadnego, najważniejszy jest kapitał, który można zainwestować. W pojedynkę też mogłem zaczynać, przecież są kredyty.

l Dziś taki układ byłby możliwy?
Między nami tak, a między innymi... To sprawa doboru ludzi, trzeba wiązać się z tymi, do których można mieć zaufanie.

l Ile osób Pan zatrudnia?
Teraz 18, gdy zaczynałem miałem 4 pracowników. W okresie lepszej koniunktury - kryzys dotknął również tę branżę - zatrudniałem ponad 20 osób.

l Działa Pan wyłącznie w Kątach, czy próbuje również zaistnieć na innych rynkach?
Żona ma studio mebli kuchennych w Pruszkowie, przede wszystkim tych z górnej półki. W ubiegłym roku kiedy zauważyliśmy, że spadają obroty zajęliśmy się też architekturą ogrodową, prowadzimy sprzedaż mebli ogrodowych. Myślę, że ta dziedzina ma przyszłość i wiążemy z nią spore nadzieje, ludzie coraz większą wagę przywiązują do swego otoczenia, również je starają się urządzić.

l Czy preferuje Pan meble niemieckie?
Handlujemy wszystkimi meblami, które są produkowane w Polsce, chociaż 80 procent firm meblowych w kraju to zakłady głównie z kapitałem niemieckim. Niemcy zainwestowali w nowoczesne technologie i dzięki temu opanowali rynek. Produkują zarówno na nasz rynek jak i za granicę. Generalnie nie ma podziału na meble dla polskiego odbiorcy i zagranicznego - gorsze na wewnętrzny rynek i lepsze za granicę. Taki podział, który kojarzy się z czasami PRL-u już nie istnieje, wszystkie meble odpowiadają określonym standardom.

l Jak radzą sobie te firmy polskie, które przetrwały?
Starają się dorównać zachodnim standardom. Inaczej być nie może, jeśli chcą sprostać konkurencji.

l Jakie są gusty Polaków, co wybierają, co kupują, co im się podoba?
Rożne, ale jest kilka modeli, które sprzedają się bardzo dobrze. Polakom podobają się meble, które przypominają wzory włoskie, dlatego Niemcy korzystają z tych wzorów. Żeby sprostać oczekiwaniom klientów muszą produkować to, co się im podoba. A podobają się Polakom meble lekkie, o ciekawych rozwiązaniach, estetycznie wykonane. Upodobania klientów zmieniają się. Pamiętamy okres, gdy wszyscy kupowali meble czarne lub białe, to już przeszłość, takich mebli w sklepach nie znajdziemy, nie można już ich kupić chyba że na zamówienie, ponieważ zmieniły się gusty Polaków.
Teraz zakłady meblarskie korzystają z niezbyt drogiego drewna, takiego, które szybko rośnie na przykład czereśni, olchy, szczególnie olcha jest bardzo popularna. 50 procent mebli wykonanych jest z drewna olchowego. Nie sosna, nie świerk, tylko właśnie olcha, poza tym buk, natomiast dąb jest sprzedawany w małych ilościach, nie dlatego nawet, że droższy, po prostu zmieniła się moda. Meble dębowe są zbyt ciężkie, po wojnie ludzie kupowali je, ponieważ dawały im poczucie stabilności, były symbolem bezpieczeństwa, ludzie chcieli mieć coś trwałego. Teraz klienci, nie oczekują, by meble były solidne, na lata, chcą sprzętów estetycznie wykonanych, ładnych, ich trwałość ma drugorzędne znaczenie.

l Jak ocenia Pan rynek sochaczewski? Jest chłonny, stać nas na nowe meble?
Sprzedajemy głównie poza Sochaczew, na rynku lokalnym znajdujemy odbiorców dla około 30 procent naszych towarów, klientów mamy z okolic Warszawy, Łowicza, Żyrardowa. Pewne nasze wcześniejsze przedsięwzięcia teraz procentują, dlatego mamy wielu klientów z Warszawy. Przez pięć lat byliśmy w grupie kupieckiej Real Meble, dość mocno się reklamowaliśmy, organizowaliśmy wspólne kampanie reklamowe i to procentuje. Na reklamę wydawaliśmy duże pieniądze, ale wtedy była również inna sprzedaż. Grupa, którą tworzyliśmy już nie istnieje, słabsze sklepy finansowo nie mogły sprostać reklamie, natomiast większe chciały coraz więcej inwestować w reklamę.

l Pana najbliższe plany?
Chcemy rozbudować pawilon, zmienić elewację frontową na bardziej efektowną, może jeszcze nie w tym roku, ale wkrótce, przygotowania już rozpoczęliśmy.

l Kiedy w branży meblarskiej jest najlepszy sezon?
Sezon na meble zaczyna się w sierpniu i trwa do Bożego Narodzenia, poza tym dobra koniunktura jest też przed świętami wielkanocnymi, komuniami.

l Co się najlepiej sprzedaje?
Nieźle meble biurowe i krzesła, może nie w tym roku, ale generalnie zawsze dobrze się sprzedawały, poza tym kuchnie. Nawet teraz w kryzysie i to nie tylko te z dolnej półki, ale również droższe, a wynika to również z przekonania, że wizytówką mieszkania jest właśnie kuchnia.

l Jako pierwszy prywatny przedsiębiorca - na terenie powiatu sochaczewskiego - wybudował Pan boisko do piłki nożnej? Kto będzie mógł na nim grać?
Nie wiem, czy jako pierwszy, ale rzeczywiście mamy boisko, pełnowymiarowe - 92 m x 62 m - może na nim grać nawet I liga. Mogłoby być dłuższe, ale z jednej strony przebiega linia energetyczna, stoją stare słupy drewniane i one ograniczyły jego wielkość. Musimy wystąpić do Zakładu Energetycznego o ich przeniesienie i wtedy będzie można pomyśleć o rozbudowie. Może nie jest to olbrzymie boisko, ale kiedyś Legia też miała podobne i odnosiła sukcesy. Budowę rozpoczęliśmy w zeszłym roku, wymagała naprawdę wielkiej pracy. Nawieźliśmy około 1500 m3 ziemi, najpierw trzeba było zmienić podłoże na bardziej miękkie, żeby dobrze mogło służyć piłkarzom. Budowana jest obwodnica, mieliśmy skąd wziąć ziemię. W przygotowaniu boiska pomogli mi koledzy, z którymi raz w tygodniu gram w piłkę nożną. Wspólnie, systemem gospodarczym udało się nam je urządzić.

l Ile kosztuje takie boisko?
Na pewno nie tyle, ile boisko przy Gimnazjum Nr 2. Wiem, ile miasto na nie wydało, moje nie kosztowało tyle, ponieważ robiliśmy wszystko sami, jedynie ciężki sprzęt musieliśmy wynająć. Z tego boiska będą korzystać pracownicy, ich dzieci i przede wszystkim Uczniowski Klub Sportowy “Unia 97” Sochaczew.
Chciałem pomóc tym dzieciom, które z takim zapałem grają w piłkę nożną, cenię pracę pana Romana Janiszka - prowadzi Klub i ma naprawdę bardzo dobre wyniki. Niedawno zmieniliśmy nazwę Klubu, chcieliśmy, żeby zawierała wyraz Sochaczew zamiast Boryszew. Zmianę przyspieszył taki niecodzienny wypadek, dzieciaki z Warszawy nie dojechały do Sochaczewa na mecz, ponieważ pojechały do miejscowości Boryszewo gdzieś pod Siedlce.
Klub ma swoją siedzibę w Gimnazjum Nr 2, na naszym boisku młodzi piłkarze będą mogli trenować i rozgrywać mecze. Czekamy teraz na jego weryfikację przez Polski Związek Piłki Nożnej.

l Trybuny Pan planuje?
Powoli.

l Dlaczego akurat tym Klubem zainteresował się Pan?
Gra w nim mój syn, poza tym wiem, ile kosztuje utrzymanie takiego Klubu, same wyjazdy około 10 tysięcy złotych, a gdzie stroje piłkarskie, sprzęt sportowy?
Pomagam ja, pomagają inne firmy, są pieniądze z Polskiego Związku Piłki Nożnej, ale przede wszystkim musimy szukać środków tu, na tym terenie. Najważniejsze, że te pieniądze nie są wyrzucone, dzieci mają opiekę, zajęcie, nie muszą już wałęsać się między blokami. Na pewno więcej kosztowałoby wyciągnięcie ich z różnych nałogów: alkohol, narkotyki, bo przecież takie niebezpieczeństwo istnieje. Ten Klub to strzał w dziesiątkę. Pan Janiszek robi świetną robotę i jako trener i jako opiekun tych dzieci. l
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama