Reklama

Komendarek - człowiek z kosmosu (wywiad)

Kulturka
17/09/2013 10:31

KOMENDAREK- CZŁOWIEK Z KOSMOSU


Kilka tygodni temu miało miejsce wydarzenie bez precedensu, nie tylko na skali naszego miasta, ale także w Polsce. Władysław „Gudonis” Komendarek, człowiek od zawsze poszukujący w muzyce nowych środków wyrazu zagrał specjalny koncert w kościele Matki Boskiej Niestającej Pomocy w Sochaczewie. Koncert ten został uwieczniony przez ekipę filmowców, którzy w tej chwili montują film o życiu i twórczości naszego artysty. Film nosi roboczy tytuł „Władysław Komendarek- W kosmosie zawsze jest dobrze” i stał się głównym pretekstem do naszego kolejnego spotkania z ex- muzykiem Exodusu.

Reklama

Z jednym z najwybitniejszych polskich i światowych muzyków sceny elektronicznej rozmawialiśmy m.in. o roli producenta muzycznego, Sochaczewie i jego własnych wspomnieniach z najciekawszymi miejscami z nim związanych, globalizmie, nowomowie, którą na potrzeby swoich utworów stworzył, pracy w zakładach boryszewskich i wielu innych tematach. Czyż to nie przewrotne i zaskakujące (jak cała twórczość Komendarka), że człowiek, który ponad czterdzieści lat temu zaczynał od pracy w zakładzie Boryszew obecnie jako uznana persona gra w pobliskim kościele? Szkoda tylko, że nie został jeszcze należycie doceniony przez władze miasta. Mamy jednak nadzieję, że nasi włodarze wezmą się w garść.

Zapraszamy do obszernego wywiadu „Kulturki” z Gudonisem.

Reklama


Przemoc w moim świecie nie istnieje...”


Robert Niemira: Zawsze deklarowałeś się jako przeciwnik polityki globalizmu światowego.
Jak myślisz ile jeszcze ta władza światowa się utrzyma?

Władysław „Gudonis” Komendarek: Zacznę może globalistycznie. Nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek ideologii. Każda ideologia kończy się utopią. Naszą ekipę rządzącą można dodać do ekipy rządzącej na całym świecie i tak samo ją podsumować. Prezydent Stanów Zjednoczonych i tamta ekipa rządząca zbytnio od naszej się pewnie nie różni. Kto wymordował Indian? Ja nienawidzę przemocy. Przemoc w moim świecie nie istnieje. Ja się nie podpisuję pod tą cywilizacją i nie akceptuję tego. Koniec!!!

Reklama

R.N: Przejdźmy do bardziej optymistycznych tematów. W październiku jesteś zaproszony na piątą edycję Festiwalu Producentów Muzycznych „Soundedit” w Łodzi. Zagrasz koncert. Na tym festiwalu pojawią się takie sławy jak: Bill Laswell, znany muzyk i producent, John Lydon z Public Image Ltd, czy też Mark Almond. Jak przyjmujesz takie zaproszenie i powiedz nam: Co to jest za festiwal?

G: Dostałem zaproszenie w 2012 roku i przeprowadziłem wtedy taki wykład: „Od dźwięku do produkcji”. Nie będę o sobie dużo mówił. Ludzie przyjęli to bardzo fajnie. Chodziło o przedstawienie nowinek technicznych, które stosuję. Ja zawsze robię odwrotnie. Zaczynam od wokalu, później melodie etc. Na świecie ludzie zawsze zaczynają od podkładów, perkusji, a ja robię na odwrót. Wiele moich patentów zaskoczyło ludzi, np. Robert Brylewski po zakończeniu podszedł do mnie i powiedział: -Ja też stosuję takie same rozwiązanie, np. 8bitów, 4bity. Szczególnie ta stopka 8bitowa ma fajne brzmienie. Także z Tobą się zgadzam”. Mój wykład różnił się od tego co mówili inni producenci. Oni przedstawiają owoc tego co zrobili, a ja opowiadałem jak sam do tego dochodzę.

Reklama

Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk: Taki czyściec producenta...

G: Tak, ja się nie boję o tym mówić. Ja dzisiaj tak robię, a kiedy indziej inaczej.

R.N: W dzisiejszych czasach praktycznie można nagrać płytę samemu w domu. Jaka jest dzisiejsza rola producenta muzycznego?

G: Jeśli artysta nie wie czego chce w swojej muzyce to musi iść do producenta, a jeśli wie co chce osiągnąć to producent nie jest mu potrzebny. Ogólnie jest natomiast przyjęte, że producent musi być. Producent czasami narzuca artyście jak ma dany utwór brzmieć, czy coś zmienić, skrócić, etc.

Reklama

Producent, a w zasadzie jego nazwisko może czasem pomóc by artysta znalazł się na świeczniku, wyszedł z podziemia. Jednak jest wielu artystów, którzy bardzo dobrze sobie dają radę w podziemiu, robią co chcą i jak chcą.Jak ktoś ma wizję tego co chce zrobić, ma silną wolę to nie potrzebuje dodatkowych doradców, którzy mogą chcieć zrobić to na własny sposób.

Ł.Sz: Pretekstem naszej rozmowy jest film, którego jesteś bohaterem „W kosmosie fajnie jest.” Mógłbyś rozwinąć tą myśl?

G: Na filmie pokazane jest jakim człowiekiem jestem, jak się odżywiam, jak żyję, jak serwisuję swoje instrumenty, jak sobie daję w życiu radę. W tym filmie jestem pokazany taki jaki naprawdę jestem.

Reklama


Nudzi mnie obecna cywilizacja”


Ł.Sz. Niektórzy postrzegają Ciebie jako takiego „Ziggy Stardust from Mars” jakiego kiedyś wykreował David Bowie. Tylko, że Ciebie mają za prawdziwego kosmitę, kogoś z innej planety, czasoprzestrzeni.

G: Nudzi mnie obecna cywilizacja. Ja żyjąc te kilkadziesiąt lat czuję się jakbym żył kilkadziesiąt tysięcy lat. Wszystko jest powtarzalne, zawsze są jakieś wojny, rewolucje. Ideologie tak mieszają rozumami ludzkimi, a ludzie są na to bardzo podatni. Jestem załamany podatnością ludzi na to. To są miękkie charaktery. 80% ludzi wierzy w to, a ja nie wierzę w nic. To dla mnie wielkie oszustwo.

Reklama


Ł.Sz.: Mówisz, że nie wierzysz w nic...

G: Chodzi mi o tych globalizatorów, np. sałata w Holandii rośnie pięć dni i oni uważają, że jest to zdrowe, a dziecko po sześciu latach wie co to jest seks. Rewolucja Gender to pokazuje. Tak jakbym miał wnuczki to oni już będą w innej ideologii wychowywane i będą podatne na to, a ja nie.

Ja tam żyję i jest mi lepiej. I stamtąd obserwuję tych różnych wariatów (śmiech)

Ł.Sz: No to jak: W kosmosie fajnie jest?

G: Fajnie, a na ziemi bez sensu jest. Miło mi jest jednak spotkać czasem ludzi, którzy myślą inaczej bo wyjątki są również wśród ziemian. A ja również jestem ziemianinem (śmiech)

Reklama

R.N.: Ostatni twój koncert w Sochaczewie, mający miejsce w kościele na Boryszewie to nie jest twoje pierwsze doświadczenie tego typu. Jak Ci się grało?

Ł.Sz.: Grałeś bodajże po raz trzeci w kościele. To miejsce sakralne. Czym się różni koncert w takiej przestrzeni od grania w tradycyjnym klubie?

G: Czym się różni? Wiesz, ja również tam improwizuję. Nie siedzę w domu tygodniami i zastanawiam się: „A może to zagram? A może coś innego?” Nie, do końca nie wiem co będę grał. Po prostu siadam i gram. Wpływa na to np. tło, kolor ścian, atmosfera w kościele. Podczas tego koncertu byłem pozytywnie zaszokowany, np. gdy kończyłem grać utwór i była dłuższa przerwa to reakcja mnie pozytywnie zdziwiła. Były brawa. Jak na Sochaczew to wielki pozytyw. Muszę Wam powiedzieć, że przesłuchałem wczoraj cały koncert i brzmi całkiem ciekawie.

Reklama

Ł.Sz: No właśnie, może ten koncert, jak i pozostałe koncerty w kościołach doczekają się jakiegoś uwiecznienia na płycie?

G: Nagrania są jakie są, jest to nagrywane przez mikrofony. Można to jeszcze trochę podrasować.

Może jednak od tego zacznę, że z każdego koncertu w półtorej godziny po jego zakończeniu powinna wychodzić płyta, z okładką i niech siedzi nad tym ekipa. Marzę o tym.

Ł.Sz. Ostatnio czytałem o tym, że jakiś zespół chwilę po koncercie wydał z niego DVD, tak jak mówisz z pełną okładką, ale to była akcja zaplanowana, nie mniej pokazująca, że można coś takiego zrobić. Nie pamiętam tylko nazwy zespołu.

Reklama

Wracając do Twego ostatniego koncertu ostatnio jak rozmawialiśmy i gratulowałem Ci udanego koncertu to powiedziałeś, że cały czas się uczysz, jesteś pokorny. Na czym to polega?


Ja wierzę w siebie, gdy usłyszę to co wcześniej zagrałem. Jak gram to nie wierzę w siebie.”

G: Ja rękę prawą mam opanowaną. Traz się uczę by lewa ręka jej dorównywała. Ja jestem matematykiem muzycznym, i np. w kościele miałem wiele takich momentów, gdzie lewa ręka grała główne partie, np. na organach piszczałkowych. Nawet jeden moment był taki, że od tyłu instrumentu grałem. Cały czas się uczę. Mam krytykę wobec siebie. Są jednak podczas tego koncertu momenty, w których zaskoczyłem samego siebie, nie do powtórzenia. Ja wierzę w siebie, gdy usłyszę to co wcześniej zagrałem. Jak gram to nie wierzę w siebie. Ja gram emocjami. Zazwyczaj sceptycznie do tego podchodzę, a jak to już usłyszałem to mówię: „To jest nawet niezłe, takie pociągające. To trzeba umieścić na płycie.” Trzeba się uczyć tej muzyki, by umieć ją wykonywać, powtarzać w kółko. Ja np. pół minuty przed koncertem w kościele sobie ułożyłem co mam zagrać za trzy minuty. Niektórzy, by się przygotowywali na taki występ pół roku. Nawet w czasie gry sobie układam co będzie za kilka minut. A to nie jest łatwe bo myślę nie tylko o bieżących dźwiękach, ale i o tym co zagram za kilka minut. Program koncertu tworzę na bieżąco.

Ł.Sz.: Opowiedz mi o odbiorcach twojej muzyki. Czy myślisz również o nich grając na żywo? Czy przed koncertem w kościele myślałeś o nich? Czy nie będzie to zbyt szokujące dla nich?

G: Przed koncertem wyjrzałem na dół co się dzieje i widziałem, że jest prawie komplet, ale ja wolę grać przed pełną publiką to mnie dodatkowo nakręca. Tego wieczoru publika zachowywała się jakby znała te numery na pamięć...

Ł.Sz. : A przecież nie odgrywasz swoich płyt, jesteś chyba jednym z nielicznych muzyków, którzy nie grają stałego repertuaru, nie odtwarzają swoich płyt. Bardziej tworzysz na żywo.

G: No tak, ja nie grałem żadnych standardów kościelnych. Ktoś może się spodziewał, że zagram „Fugę” Bacha, czy coś w tym stylu. Powiem Ci, że właśnie dlatego uważam, że te koncerty powinny być rejestrowane i od razu wydawane bo to się nigdy nie powtórzy. Pierwszy raz byłem nagłaśniany w kościele swoją aparaturą, nie kościelną. Swoje dobrze znam, gram na własnych głośnikach wirujących, głośniki od Hammonda były podłączone do mojej elektroniki. Proporcje się zachowały.

Ł.Sz.: Wiele osób zapewne wsłuchiwało się w teksty twoich utworów, a wiem, że Ty wynalazłeś swój własny, uniwersalny język. Opowiedz co nieco o nim.

G: Ja po prostu nie panuję nad treścią bo tworzę własny język, nie jestem z tego układu. A niech się uczą tego języka, niech zbadają na jego podstawie o czym ja myślę. Skoro są naukowcami (śmiech)

Polacy potrafili odkryć szyfr Enigmy, a Anglicy sobie początkowo to przypisywali. Zresztą bez nas Londyn by został zaatakowany i szybko padł. My również broniliśmy Londynu.

Ł.Sz: To są zakłamania historii...

G: Dokładnie, więc zapraszam angielskich historyków do nas, do Polski, do Sochaczewa to im powiemy jak było naprawdę. A co do tego mojego języka to myślę, że Polacy go najprędzej odkryją co on oznacza, złamią ten szyfr (śmiech) Bo dużo Polaków pracuje wszędzie: w Boeingu pracuje Polak, Berczyński, główny konstruktor. Wszędzie Polacy są i tu tkwi siła. A naród jst niestety niszczony od wewnątrz.

Ł.Sz: Tylko, że wielu Polaków wyjeżdża zagranicę i przywdziewa tamtejszą tożsamość, nie przyznając się do tego, że są Polakami. Nabierają cech z zachodu.

G: Widzisz, ja dlatego się dobrze czułem jak grałem z Schroederem, muzykiem z Tangerine Dream. Spytał mnie się: -”Jaką chcę zagrać muzykę?” - Odparłem, że ostrą.

Ł.Sz: To było w Rumunii?

G: Tak, w Rumunii i Chorwacjii. Dlatego z Froezzem nie gram bo on lubi „tangeredreamowe” granie, a ja wolę ostrzej. I graliśmy ostro.

Ł.Sz. Twój język gdzieś tam z kosmosu, antycywilizacyjny, przeciw zgniliźnie tego wszystkiego co jest obecnie na naszej planecie. Jest jakimś szyfrem, który może to wszystko zmienić?

G: Tak, jest szyfrem, ale ja powiem Ci, że nieraz po polsku śpiewam. Śpiewam np. o globalizmie Windowsa. Może kiedyś mnie za to do pudła wsadzą. Co mnie obchodzi Windows, niech inni się wykażą. Tylko trzeba ich wpuścić na scenę. Jak się nie wpuszcza to znaczy, że jest monopol, a jak jest monopol to jest chore.

Ł.Sz: Nie ma wyboru po prostu...

R.N: Nie ma wyboru bo jest jedna opcja...

G: Ja nie uznaję jednej opcji...

Ł.Sz: Przez co tak naprawdę rozwój jest ograniczony.

G: Pewnie, że jest ograniczony. Ja Ci podam taki przykład: jak gram na scenie to się nie boję, że przede mną jest pięć supportów. A wiesz, którzy się boją? Tacy, którzy nic nie mają do powiedzenie i są tacy ludzie, którzy nigdy nie wystąpią przede mną bo się boją.

Ł.Sz: Zdradź nam w jakich sceneriach będzie cię można zobaczyć w tym filmie?

G: Przede wszystkim w Sochaczewie, bo tutaj mieszkam i tu się wychowałem. Nie porzuciłem tego miejsca tak jak inni. Denerwuje mnie przemieszczanie, przeprowadzki.

R.N: A nie chciałbyś np. w Anglii zamieszkać?

G: Może i mógłbym, ale musiałbym robić to co lubię, a nie to co inni by mi narzucili. Nie mógłbym np. kolegom Anglikom samochodów malować.

Ł.Sz: A propo"s pracy to wiem, że miałeś taki epizod w swoim życiu, w którym miałeś stałą pracę. Pracowałeś w Sochaczewie, w boryszewskiej frabryce. Obecnie tworzysz fabrykę dźwięków, a wtedy musiałeś pracować w normalnej fabryce. Jak Ci się wtedy pracowało?

G: Muszę Ci powiedzieć, że byłem obserwowany przez 7 lat, bo tyle tam pracowałem. Były podejścia, z różnych stron, czy to jakiś agent, czy ktoś inny. Pracowałem tam w latach 1968-1975. Wiesz, w zakładzie miał miejsce wybuch i kto był jako pierwszy podejrzany? Komendarek.

R.N: Co by było gdybyś nie odszedł z fabryki?

G: To bym został do dzisiaj, bo Ci powiem, że ludzie mnie wyciągnęli. Za trzecim razem dałem się namówić. Obawiałem się co będzie bo wiązało się to z dużą niepewnością bo tutaj stabilność, pieniądze, wypłata co miesiąc. A tutaj nie wiedziałem co będzie: świat artystyczny. To było takie przełamanie, które trwało z pół roku. Później podobna sytuacja była po odejściu z Exodusu. Co z tego, że mam pomysły, motywy muzyczne siedzą w głowie, ale odszedłem i koniec.

Ł.Sz: No i nastąpił Nowy etap w twoim życiu pod własnym nazwiskiem. Jesteś nonkonformistą?

G: Byłem wtedy przyzwyczajony do takiego życia, stabilizacji. Powiem Ci dlaczego zacząłem pracować. Ja wtedy chciałem organy Hammonda kupić, a żeby je kupić to trzeba było ciężko pracować i odkładać pieniądze przez pięć lat. Na koniec i tak kupiłem organy Yamahy, a nie Hammonda. 150 tysięcy złotych na owe czasy odłożyłem. Wtedy wszyscy myśleli, że są to organy Hammonda.

Ł.Sz: Masz je do dzisiaj?

G: Mam, ale ja je z powrotem nabyłem za miks, ja je odzyskałem po latach. Pół roku mam tą Yamahę. Wszystko w niej nie grało, musiałem ją wysmarować, odnowić, ale gra.

Ł.Sz: Jeśli już jesteśmy przy tych sprzętach to wiem, że wreszcie dopiąłeś swego i jesteś szczęśliwym posiadaczem prawdziwego Hammonda. To są organy pochodzące od słynnego prog- rockowego holenderskiego zespołu FOCUS, tak?

G: Klawiszowiec na tym egzemplarzu grał. Można, by rzec, że na nich są odciski jego dłoni. Nawet w Tychach jest jakiś fanatyk zespołu Focus i sprawdzał on te organy pod tym właśnie kątem i okazało się, że to prawda. Potwierdzał u samego muzyka. Organy zostały najpierw sprzedane supportowi grupy, a potem trafiły do mnie.

Cały wywiad w nowym numerze "Kulturki" już niedługo!!!

Wywiad przeprowadzili: Robert Niemira i Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk.

Spisał i edytował: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości