Nie ma nic gorszego niż dowcipkujący nauczyciel. Gdybym miała wybrać najmniej śmieszną odzywkę, z którą zetknęłam się dotychczas na drodze mojej edukacji, wahałabym się pomiędzy „Co się tak kręcisz, jeża masz w majtkach?” a „Skoro tak lubisz rozmawiać z kolegą, to może jeszcze ślub weźmiecie?”. Beczka śmiechu. Dlatego nauczycieli, którzy rozminęli się z kabaretowym powołaniem zawsze traktowałam z rezerwą. Zresztą nie ja jedna. W czasie szkolnych apeli w mojej poprzedniej szkole najbardziej jajcarskie żarciki, najbłyskotliwsze przytyki, przezabawne anegdotki rozbijały się o mur niechętnego milczenia zblazowanych gimnazjalistów. Po cóż rzucać perły przed wieprze? – zapytywało więc ciało pedagogiczne, zazwyczaj w końcu rezygnując ze stand-upowych popisów i skupiając się na puszczaniu krnąbrnym dzieciakom muzyki Chopina, dyscyplinarnym wywoływaniu najgorszych uczniów w szkole (od nas zawsze mieli największe brawa…) i udowadnianiu, że niezmienianie butów prowadzi do zapalenia płuc, kiły, a także zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia zawału w wieku średnim przy siedzącym trybie życia i zbyt dużej zawartości złego cholesterolu we krwi.
W życiu nie roześmiałabym się z nauczycielskiego żarciku! Zwyczajny nietakt, towarzyska plama, dowód, że jesteś istotą tak pozbawioną poczucia humoru, że właściwie możesz zająć się pisaniem polskich komedii romantycznych albo zostać współprowadzącym „Familiady”. I ręczę, że przez trzy lata gimnazjum taka wpadka mi się nie zdarzyła. Dopiero w liceum…
Dopiero w liceum zrozumiałam nauczycieli. Może to zbyt odważne stwierdzenie? Dopiero w liceum nauczyciele dali mi w kość. Żarciki się skończyły. Nikt nie przypominał mi, że mam zmienić buty. Nikt nie straszył cholesterolem. Najstraszliwszą chorobą, groźbą ostateczną, okrutną puentą stała się matura. W gimnazjum maturalne aluzje kwitowałam pełnym pogardy parsknięciem – dziś parsknięcie byłoby obrazą majestatu egzaminu dojrzałości. Wszyscy musimy zdać maturę jak najlepiej, bo to zagwarantuje nam… co właściwie?
Prawdopodobnie mnóstwo świetlanej przyszłości, bo to właśnie matura jest obsesją i miłością moich nauczycieli. Świetlana przyszłość! Wiadra świetlanej przyszłości! Świetlana przyszłość wdziera się przez okna, zatyka mnie po dziurki w nosie! Czuję jej cudowne łaskotanie! Och, maturo! Tak bardzo pragnę Ciebie zdać, pragnę dobrych studiów i pracy z dużą ilością pieniążków!
Kończąc te okrzyki, szalone wywody i narzekania – nauczyciele z gimnazjum, tęsknię za Waszymi dowcipami. Za czasami, gdy matury nie było.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze