Krwawiące struny wspólnego losu.
Nad obrazem pt.: „Wernyhora” Jana Matejki, stworzonym w 1884r. Namalowany na płótnie olejno. Wysokość obrazu: 292 cm, szerokość obrazu: 206 cm. Obraz jest własnością Muzeum Narodowego w Krakowie.
Wpatrując się w gęstą, niemal fizycznie pulsującą tkankę dzieła uwiecznionego na obrazie, nie sposób uciec przed wrażeniem, że Jan Matejko nie malował jedynie pędzlem.On rozcinał polskie serce, pozwalając, by na płótno spłynęła: krew, żółć i niespełniona nadzieja.Obraz pt.:„ Wernyhora” z 1884 roku to nie jest zwykła ilustracja ukraińskiej legendy. To monumentalny, mistyczny ołtarz narodowej schizofrenii, na którym wielka, romantyczna idea wspólnoty spotyka się z proroczym cieniem przyszłej, bezwzględnej rzezi.
Matejko, genialny wizjoner, wyszedł w tym dziele daleko poza materialne ramy obrazu. Geniusz malarstwa polskiego dotknął nocy, która miała nadejść dopiero za kilkadziesiąt lat.
Ekstaza i przekleństwo wieszcza.
W samym centrum kompozycji obrazu płonie postać Wernyhory. Kozacki starzec, z obliczem rozświetlonym pogańsko - mistyczną pełnią księżyca, unosi dłoń ku niebiosom w geście, który jest jednocześnie błogosławieństwem i krzykiem rozpaczy.
Jego czerwony płaszcz, niczym otwarta rana, rozlewa się po ziemi, dominując nad całą sceną. To nie jest szkarłat królewski. To purpura krwi, która zrosi te same ukraińskie i polskie ziemie.
U stóp proroka spoczywa milcząca lira korbowa. Jej struny milkną, bo oto sam Wernyhora staje się instrumentem w rękach przeznaczenia. Przepowiada pojednanie, mityczną trójjedyną Rzeczpospolitą, wolność i braterstwo. Obok niego, z pietyzmem godnym skryby spisującego święte księgi, Nikodem Suchodolski notuje każde słowo. Chce ocalić to natchnienie dla Polski, zamknąć je w karbach bezpiecznego papieru. Ale czy można spisać proroctwo, nie przyjmując na siebie jego przekleństwa?
Obolały ciężar Ukrainy i wołyński cień.
Gdy spojrzymy poza ramy wyznaczone przez krawędzie obrazu, romantyczny mit zaczyna boleśnie pękać, a z ciemności dziejów wyłania się upiór. Jan Matejko ukazał postacie zgromadzone wokół wieszcza w stanie głębokiego, emocjonalnego splątania. Piękna ukraińska dziewczyna tuli się do starca, szukając ocalenia. Młody chłopiec na pierwszym planie patrzy na nas z niemym przerażeniem, jakby w jego dziecięcych oczach odbijał się już blask płonących domów.
W tym uścisku Polaków i Ukraińców, w tym wspólnym słuchaniu proroka, kryje się obolały, tragiczny ciężar Ukrainy. Ziemi pięknej i przeklętej, rodzącej stepowych rycerzy, ale i nienawiść, która karmiła się wiekami upokorzeń. Jan Matejko, niczym biblijny prorok, przeczuwał, że słowa Wernyhory o braterstwie noszą w sobie zarodek straszliwej ironii losu.
Wykraczając literacko poza ramy tego płótna, nie sposób nie dostrzec, jak ta sama ziemia, która wydała wieszcza, zrodziła dekady później potworny obłęd.
To tam, na Wołyniu, w cichych wioskach, gdzie przez pokolenia sąsiedzi dzielili się chlebem, dawny żal i podsycana nienawiść wybuchły z siłą apokaliptyczną. Ci, którzy słuchali tych samych pieśni, przynieśli Polakom mieszkającym na Wołyniu śmierć, pożogę i niewyobrażalne cierpienie. Romantyczna lira Wernyhory została porąbana siekierami, a czerwony płaszcz z obrazu Jana Matejki zmaterializował się w rzekach krwi niewinnych kobiet, dzieci i mężczyzn.
To najboleśniejsza rana na ciele polskiej pamięci. Moment, w którym ukraiński step, zamiast stać się ostoją wolności, stał się cmentarzem wspólnych marzeń.
Poza ramy. Ku odkupieniu i pamięci.
„Wernyhora przepowiadał wolność, lecz historia dopisała do jego pieśni strofy pisane krwią”.
Jan Matejko, wyprowadzając wzrok Wernyhory i małego chłopca poza ramy obrazu, zmusza nas, współczesnych: do stanięcia twarzą w twarz z tym dziedzictwem. Polska na tym obrazie to ta niespełniona, tęskniąca za wielkością, gotowa uwierzyć w czyste braterstwo dusza, która później została tak straszliwie ugodzona w plecy.
Malarz nie zamknął tej opowieści w roku 1884. On otworzył ranę, która krwawi do dziś.
Patrząc na obraz , widzimy nie tylko historyczną anegdotę, ale kosmiczny dramat o miłości i nienawiści, o narodach skazanych na sąsiedztwo, które potrafiły wzbić się na wyżyny mistycyzmu, by zaraz potem stoczyć się w otchłań najdzikszego okrucieństwa. Moja opowieść, podobnie jak pędzel Jana Matejki, przekracza granice płótna, niosąc w sobie patriotyczny ból nad utraconą Arkadią Kresów i niemą modlitwą nad mogiłami tych, którym zamiast obiecanej wolności, zgotowano piekło na ziemi.
Obraz: Domena Publiczna. Własność : Muzeum Narodowe w Krakowie
Jarosław Miaśkiewicz Prezes Towarzystwa Miłośników Malarstwa Władysława Ślewińskiego
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze