W niedziele, 11. listopada wszystkie pomieszczenia sochaczewskiej pływalni Orka wypełniały tłumy zawodników i osób im towarzyszących, a także wielbicieli Otylii Jędrzejczak, honorowego gościa V Ogólnopolskich Zawodów Pływackich o Puchar Burmistrza Sochaczewa.
Jakie ma Pani wrażenia po startach zawodników? - Bardzo się cieszę, że powstaje coraz więcej basenów i inicjatyw związanych z pływaniem. Chociażby dzisiejsze zawody to już 5 edycja, 363 młodych zawodników. Zawsze powtarzam, że młodzież jest przyszłością naszego narodu. Cieszę się, że dzisiaj między sobą rywalizują, a także pokonują swoje granice i na pewno jest tu niejeden talent, który się rozwinie.
Czy podczas obserwacji młodych zawodników powracają wspomnienia? - Jak byłam taka mała? (śmiech) Szczerze mówiąc to zawsze mam problem jak mnie mali zawodnicy pytają „A jakie czasy Pani robiła w tym wieku?” Niestety, nie jestem w stanie tego sobie w ogóle przypomnieć. Natomiast zawsze staram się powtarzać: nie liczą się czasy, liczy się satysfakcja i zamiłowanie do tego, co się robi. Czasami osiągnięty czas nie jest adekwatny do tego jak się czujemy. Ja swoje 24 lata kariery wspominam bardzo dobrze, nie żałuję ani jednego dnia w basenie.
Jak wyglądały początki Pani kariery? - Trafiłam na basen w wieku 6 lat, po konsultacji lekarskiej, który zalecił pływanie jako antidotum na lekkie skrzywienia kręgosłupa. Nie wiem czy skrzywienia się wyprostowały, chyba raczej nie, bo ja zawsze mówię, że sport jest zdrowy, ale nie wyczynowo. Sport jest jednak naprawdę wspaniałą dziedziną życia, bo kształtuje charakter i pozwala nam determinacją i konsekwencją w działaniu dążyć do sukcesu.
Gdybym poprosiła o wspomnienie jakichś najprzyjemniejszych momentów z kariery, to jakie wydarzenia zostałyby wyróżnione? - Oj, powiem, że wszystkie, bo każdy moment w basenie to nie tylko te starty, w których zdobywałam medale, ale także takie, w których przegrywałam. A wszystkie wspominam dobrze. Zawsze powtarzam, że sukces trzeba liczyć wcale nie od medalu do medalu, tylko od porażki do porażki. Sukcesem jest właśnie podnieść się po porażce i wrócić, a drugim wyczynem jest utrzymać się cały czas na pewnym poziomie. Więc wszystkie małe i duże rzeczy są dla mnie ogromną radością.
Powiedziała Pani, że sukcesem jest podnieść się po porażce, wie to Pani z autopsji… - Tak, ja zawsze mówię, że tak samo, jak nie ma ucznia bez jedynki, tak nie ma sportowca bez przegranej, czasami trzeba się trochę cofnąć, żeby zrobić krok w przód. Dużo więcej wyciągamy z tych startów, które nie są takie, jak planowaliśmy, niż z tych, które były wygrane. Tych drugich aż tak nie analizujemy.
Wielokrotnie nagradzana była Pani przez szerokie gremium. Mam tu na myśli chociażby Telekamery. - Tak, bardzo się z tego cieszę, byłam także odznaczona Orderem Uśmiechu przez dzieci, jestem wybrana do grona sportowców dziesięciolecia, dostałam nagrodę od Pana Prezydenta. Wydaje mi się, że to też są super rzeczy, które się wiążą z karierą i ze sportem. Natomiast to, co zawsze chcę podkreślać - to nie chodzi głównie o te nagrody, ale o przyjemność z tego, co robimy. My dzisiaj chcemy wszystkim pokazać cel ostateczny, ale to nie on jest tą najważniejszą rzeczą, ale droga, którą dochodzimy do niego dochodzimy.
Co by Pani mogła powiedzieć wszystkim młodym sportowcom, którzy są dopiero na początkach swojej kariery, jakich rad udzielić? - Powiem tak: pływanie jest dyscypliną monotonną i tego nie będę ukrywała, jest to pływanie od ściany do ściany i wymaga dużej determinacji, żeby wytrwać. Wszystkim sportowcom życzę siły woli i uśmiechu, bo to jest to najważniejsze, bo bywają treningi, które są bardzo ciężkie, a trzeba temu sprostać. Powtarzam jeszcze jedną podstawową rzecz: to, że nie tylko w pływaniu, ale też w każdej szkole, którą odwiedzam jest mnóstwo talentów. Nie muszą być to pływacy, mogą być na przykład lekkoatleci czy też talenty malarskie. Najważniejsze, to żeby ten talent spróbować w sobie odnaleźć i go pielęgnować, bo to jest niezbędne.
Jak podnosić się po tych małych porażkach? Wiemy, że często wtedy następuje taka chwila zawahania, załamania. - Zawsze szukałam jakiegoś kolejnego startu, bo zamknięcie się w domu i funkcjonowanie w czterech ścianach niczego nie poprawia. Jeżeli coś nam nie wychodzi i zatrzymaliśmy się w danym miejscu, a szybko nie ruszymy, to za cztery lata, za rok, za dzień będziemy dalej tkwili w jednym punkcie. Nic się w naszym życiu wtedy nie zmieni, dlatego warto czasem zrobić krok w przód.
Działa Pani również charytatywnie… -To są rzeczy, które ja gdzieś tam czuję w głębi serca. Tak, jak przyszła myśl przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atenach o zlicytowanie medalu, tak pojawiły się różne inne propozycje. Oddaję czasem jakieś rzeczy na licytację, spotykam się z młodzieżą, z osobami z problemami zdrowotnymi. Oni z kolei też mi dużo dają. Dzieci pokazały mi, że czasami z błahostek robimy duże problemy, a tak naprawdę ich kłopoty są olbrzymie w stosunku do naszych i wszystko można przetrwać. Wydaje mi się, że powinniśmy doceniać każdy dzień. Często nie zastanawiamy się, komu warto podziękować nawet za najdrobniejszą kawę zrobioną rano do śniadania.
Wracając do kwestii zlicytowanego medalu, nie było ciężko się z nim rozstać? - Nie, ja tę myśl miałam już trzy miesiące przed Igrzyskami. Podczas zawodów przedolimpijskich czytałam książkę „Oskar i Pani Róża” i wtedy powiedziałam sobie, że jeżeli wrócę na ten basen i zdobędę medal, to zlicytuję go na rzecz dzieci chorych na białaczkę. Moje medale są u mnie w szafie lub w Muzeum Sportu. Poza moim samopoczuciem i dobrem, które wniosły w polskie pływanie, to w taki sposób niczego nie wnoszą, a jeżeli mogą pomóc, to czemu tego nie zrobić.
Powiedziała Pani o promowaniu pływania. Teraz młodzież ma stworzone warunki do szkoleń, a czy tak było kiedyś? - Nie było tak łatwo, nie ukrywam, że bardzo cieszę się z powstawania coraz to nowych pływalni. Cieszy mnie także, że w szkołach jednym z programów lekcji wychowania fizycznego jest nauka pływania i to są naprawdę bardzo ważne rzeczy, nawet dla samej zdrowotności i bezpieczeństwa nad jeziorem czy morzem. To zaplecze jest zdecydowanie lepsze niż kiedyś i mam nadzieję, że z tego skorzystamy, chociaż jest ciężko zachęcić młodzież do sportu. Mam jednak nadzieję, że będzie dobrze.
Wzięła Pani udział również w popularnym programie telewizyjnym „Taniec z Gwiazdami”. Jak wspomnienia z tej przygody? - Nie żałuję jej, dużo mnie to nauczyło. Był to taki okres, kiedy nawet najlepszy sportowiec może mieć niższą samoocenę, a to mnie podniosło na duchu. Nauczyłam się tańczyć. No może to trochę za dużo powiedziane, bo umiem konkretne choreografie, do których się przygotowywałam, ale była to niesamowita zabawa, poznałam wiele osób. Cieszy mnie to tym bardziej, że wychodzę z założenia, że każdy człowiek mnie czegoś uczy.
Na parkiecie niewątpliwie teraz jest łatwiej? - Na szczęście nie wstydziłam się tańczyć. Wie Pani - ale wszystko zależy i tak zawsze od partnera…
Żaneta Kowalska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze