Od zawsze wiedziała, że chce być pediatrą. I od zawsze wiedziała, że chce żyć w Sochaczewie. Ze znaną i docenianą lekarką, ordynatorem oddziału pediatrycznego naszego szpitala, Elżbietą Matuszewską-Woźnicą, rozmawiamy o Wielkanocy, o teraźniejszości i przyszłości szpitala, o blaskach i cieniach Sochaczewa, a społecznym posłannictwie i samorządowej przeszłości. I jeszcze o kilku sprawach.
Gdyby ktoś poprosił mnie, bym określiła Elżbietę Matuszewską-Woźnicę jednym słowem, epitetem, powiedziałabym: jasna. Jasna kobieta, jasny człowiek. Na to wrażenie składają się ciepło, spokój i otwartość naszej bohaterki, którymi zjednuje sobie ludzi, przede wszystkim małych pacjentów, a zaraz za nimi ich rodziców. Ale ceniona jest pani doktor przede wszystkim za profesjonalizm i doświadczenie. Większość sochaczewskich, i nie tylko, mam uważa ją za znakomitego lekarza. I większość uważa, że sochaczewski szpital nie mógłby mieć lepszego ordynatora Oddziału Pediatrycznego.
Elżbieta Matuszewska-Woźnica pracuje w Szpitalu Powiatowym w Sochaczewie od pierwszych dni swojej zawodowej praktyki, od 27 lat. Tu uczyła się wszystkiego, zgłębiała tajniki trudnej i szczególnej pracy pediatry, dziś dzieli się swym doświadczeniem z młodymi lekarzami. Pełnoprawnym ordynatorem Oddziału Pediatrycznego jest od 6 lat, wcześniej przez 2 lata pełniła obowiązki ordynatora, a jeszcze wcześniej, przez wiele lat była zastępcą ordynatora. Jak sama mówi – Miałam czas, by w ten oddział, a i funkcję, wrosnąć.
Gdzie pani spędza święta w tym roku?
Jak zawsze, przy bliskich. Jestem tradycjonalistką, nie wyobrażam sobie żadnych świąt poza domem. Ostatnio wyróżnia je tylko jedno. Faktycznie, fizycznie jestem w domu. Przez wiele lat, jeszcze niedawno, nie było świąt bez dyżuru w szpitalu. Ale zawsze dbałam o to, by zapewnić rodzinie ciepło i spokój, by przygotować odpowiednio dom i świąteczne dania.
Dzieci będą, czy już mają swoje życie?
Będą, choć nie do końca i choć mają już swoje życie. Nie wiem, jak ja to przeżyję, ale mojej córki nie będzie w niedzielę, wprawdzie nie z powodu dyżuru w szpitalu, ale również z powodów zawodowych dojedzie do nas dopiero w poniedziałek.
A cóż to za wymagający zawód
Dziennikarki. Córka pracuje w telewizji. Może po mężu, który jeszcze przed studiowaniem prawa, pracował przez rok w Kronice Filmowej jako dziennikarz właśnie, odziedziczyła to powołanie. A na pewno jest to powołanie, córka robi to, o czym zawsze marzyła.
Syn też nie wybrał medycyny?
Nie, syn studiuje na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie.
Niech mi pani opowie o początkach swojej pracy jako pediatra w Sochaczewie
Zawsze chciałam pracować na pediatrii, w szpitalu właśnie, i nigdy, nigdy nie żałowałam wyboru swojego zawodu. Drugi raz wybrałabym dokładnie to samo. W sochaczewskim szpitalu pracuję od pierwszego dnia mojej pracy zawodowej. Początkowo było ciężko. Wówczas nie było pediatrów, trochę nie miałam się od kogo uczyć, byłam rzucona na głęboką wodę. Pamiętam te emocje, musiałam polegać wyłącznie na sobie, to nie było łatwe. Dziś jest inaczej, wiedza medyczna jest większa, łatwiej zdobyć doświadczenie. Zaczynałam w starym szpitalu, na Staszica, pamiętam, że po przeprowadzce do nowego, obecnego szpitala, dostaliśmy skrzydeł. Chyba te ogromne przestrzenie to sprawiły. Ale z czasem sytuacja szpitalu zaczęła się pogarszać. Gdy sprywatyzowano przychodnie, z powodu gorszej oferty finansowej coraz trudniej było pozyskać lekarzy do szpitala.
Aż doszło do katastrofy, cztery lata temu mówiono nawet o likwidacji Oddziału Pediatrycznego…
No właśnie. Wtedy faktycznie stanęłam pod ścianą, zdecydowałam się odejść ze szpitala. Powodem był niemal zupełny brak kadry. Wyznaję podstawową zasadę: albo coś robić dobrze, albo wcale. Zwłaszcza, gdy na szali jest ludzkie życie, zdrowie, a ja wybrałam zawód, który dźwiga taki ciężar. Jeden człowiek nie może robić zbyt wielu rzeczy, gdyż wówczas zbyt łatwo o błąd. Ja z powodu braku lekarzy byłam przepracowana, a jako pediatra i ordynator oddziału na pomyłkę nie mogłam sobie pozwolić. Dlatego oznajmiłam dyrektorowi, że odchodzę.
A jednak pani została, dlaczego?
Moje odejście oznaczało jedno: zamknięcie oddziału. Nie mogłam się z tym pogodzić. Powiem tak, pomogło społeczeństwo, które powiedziało zdecydowane nie takiej sytuacji. Bunt mieszkańców, którzy w różny sposób walczyli o zachowanie oddziału, bardzo mnie wzmocnił. Po tej trudnej, smutnej zimie przyszła wiosna, potem lato. Podjęliśmy starania o zmianę sytuacji i jakoś przetrwałam…
Skąd wzięli się nowi lekarze
Cała ta nieszczęsna sytuacja braku kadry między innymi na pediatrii w sochaczewskim szpitalu wzięła się stąd, że rząd odebrał takim placówkom jak nasza możliwość kształcenia młodych lekarzy, pozostawiając ten przywilej tylko największym klinikom. Wystąpiliśmy o akredytację na takie szkolenie i dostaliśmy zgodę. Wkrótce przyszła do nas na oddział jedna koleżanka, a następnie jeszcze troje młodych lekarzy. Udało się. Nie wiem, co pokaże przyszłość, ale dziś jest dobrze. Po prostu dobrze. Mamy wspaniałą kadrę, doświadczony zespół pielęgniarek. Chcę pokreślić jedno, jako oddział nie staramy się robić rzeczy nadzwyczajnych, od szczególnych przypadków są wyspecjalizowane kliniki. Ale chcemy zapewnić sochaczewianom poczucie bezpieczeństwa, chcemy robić dobrze podstawowe rzeczy, do których jesteśmy powołani. Leczymy skutecznie zapalenie płuc czy biegunkę. Mali pacjenci mogą na nas liczyć.
Od dłuższego czasu w całej Polsce, a ostatnio szczególnie głośno w Sochaczewie, mówi się o prywatyzacji szpitala. Co pani myśli na ten temat?
Widzę szanse i zagrożenia. Choć jest wielce prawdopodobne, że nie będziemy mieli wyboru, po prostu trzeba będzie to zrobić. Trzeba tu jednak podkreślić, że w przypadku prywatyzacji, o której mówi się i która już się staje w naszym kraju, dla pacjenta nic się nie zmienia. Nadal ma dostęp do bezpłatnych usług w sprywatyzowanych placówkach, oczywiście, jeśli jest ubezpieczony. A jakie mam obawy? Po części wynikają one z tego, co robię. Boję się, że w sprywatyzowanych szpitalach będzie mniejszy dostęp do usług generujących większe koszty, takie jak mój, pediatryczny. Powiem szczerze, że nie znam prywatnego szpitala z pediatrią. Co innego chirurgia, ortopedia, rehabilitacja, nawet położnictwo – one mogą być spokojne o swój los.
A szanse? Możliwość prowadzenia przez sprywatyzowane szpitale działalności gospodarczej, a zatem zarabiania na przykład na tak niedochodowy oddział jak pediatria. Prywatyzację da się ocenić dopiero wtedy, gdy stanie się ona faktem. W trackie tego procesu powinniśmy jednak pamiętać, że jeśli będziemy się ociągać, konkurencja, bo jest wielce prawdopodobne, że sprywatyzowane szpitale będą oferować lepsze warunki, zabierze nam fachowców. A na to nie możemy sobie pozwolić. Nie zmienia to faktu, że przywiązana jestem do publicznej formy świadczenia usług przez szpitale.
W 2002 roku pomyślnie wzięła pani udział w wyborach samorządowych, zdobywając mandat radnego miasta. Co panią podkusiło, jak wspomina pani te cztery lata samorządowej służby i dlaczego po tamtej kadencji wycofała się pani z publicznego życia?
Dziś z sentymentem wspominam tamten okres, choć pamiętam, jak był trudny. Większość z nas, radnych, również burmistrz Bogumił Czubacki, dopiero uczyła się tej formy służby społeczeństwu. Zdecydowałam się na start w wyborach, przyznaję, trochę namówiona. I trochę tak obok mnie zdobyłam ten mandat. Te cztery lata pracy w Radzie Miasta Sochaczew są bezcennym doświadczeniem mojego życia. Choć z perspektywy czasu wiele rzeczy, decyzji, które wówczas podjęłam, bym zmieniła, nadal żywię nadzieję, że mam jakąś cząstkę udziału w tym, co udało się wówczas dobrego zrobić dla mieszkańców.
Dlaczego nie wzięła pani udziału w kolejnych wyborach?
Nie byłam w stanie pogodzić tej funkcji z pracą w szpitalu. Czas, a właściwie jego brak był i jest przyczyną. Może kiedyś, gdy będę wolniejsza, jeszcze raz zawalczę o mandat, ale tym razem o miejsce w radzie gminy, bo od kilku lat jestem mieszkanką rady gminy Sochaczew.
Nie wierzę, by wyłącznie nalegania znajomych zdecydowały o pani udziale w życiu samorządowym Sochaczewa. Musiało być coś więcej…
Oczywiście. Na pewno chciałam się sprawdzić w tej roli, a dzięki przychylnym mi ludziom miałam odwagę podjąć to wyzwanie. Chciałam zobaczyć, co mogę zrobić dla mojego miasta. I najważniejszy był tu Sochaczew, do którego jestem bardzo przywiązana. Nigdy nie wyobrażałam sobie, bym mogła żyć i pracować gdzie indziej. Pamiętam, jak po studiach ważyły się moje zawodowe losy. Praca w Sochaczewie zależała od tego, czy znajdę mieszkanie. Miałam kuszące propozycje pracy w Płocku. Ale do końca walczyłam. Pamiętam swoją rozmowę z naczelnikiem miasta Felczakiem, powiedział, Sochaczew potrzebuje lekarzy, proszę tu zostać, a na pewno znajdziemy jakieś mieszkanie. I tak się stało, podjęłam pracę w szpitalu, a wkrótce niewielkie mieszkanie dla mnie się znalazło.
Jako była radna na pewno szczególnie uważnie obserwuje pani rozwój Sochaczewa. Jak ocenia pani te cztery lata dla miasta, gdy była pani radną
Z upływem czasu moje postrzeganie tamtych lat się zmienia. Myślę, że to była owocna kadencja. Z mojego punktu widzenia szczególnie doceniam to, co udało się zrobić dla pomocy społecznej. Dzięki ówczesnej reformie, mam na myśli nową siedzibę i reorganizację Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, a także innych ośrodków, jak Środowiskowy Dom Pomocy Społecznej, sochaczewska pomoc społeczna jest dziś na najwyższym poziomie. Szczególny stosunek mam też do przeobrażenia placu Kościuszki. Wtedy, gdy decydowaliśmy o jego przebudowie, miałam obiekcje. Wydawało mi się, że nie da się wyłączyć tego miejsca z historycznego otoczenia, że należy to zrobić kompleksowo, razem z rewitalizacją całego Podzamcza. Dziś widzę, że inwestycja była stuprocentowo trafiona. Że z przywróconego rekreacji i historii placu Kościuszki korzysta wielu sochaczewian. Ich zadowolenie jest tu najważniejsze. Drugą kadencję burmistrza Bogumiła Czubackiego, już bez mojego udziału w radzie miasta, oceniam również wysoko. Ona nie była tak medialna, jak pierwsza, ale niezwykle rozwojowa. Pewnie się tu narażę wielu sochaczewianom, ale jestem pewna, że trzecia kadencja pod przewodnictwem tego samego burmistrza, pokazałaby w pełni owoce wykonanej wówczas pracy. Życie miasta jest trochę jak życie człowieka. Jeśli się je konsekwentnie pielęgnuje, mamy pozytywne rezultaty. Najgorszy jest brak konsekwencji. Niestety, w naszym kraju lubi się zaczynać wszystko od zera, a efekt jest taki, że wciąż mamy zero. Mam nadzieję, że nowy burmistrz uszanuje dorobek poprzednika i kontynuując te dobre ścieżki, pozwoli na osiągnięcie spodziewanych rezultatów.
Jak powinien rozwijać się Sochaczew?
Sochaczew to piękne miasto, prześlicznie położone, zwłaszcza, gdy patrzymy na nie od strony Bzury. Mamy wielkie walory turystyczne i pod tym względem jesteśmy w stanie stworzyć naprawdę bogatą ofertę. I nie chodzi tu tylko o atrakcyjność przyległych terenów, jak Żelazowa Wola czy Brochów. W samym mieście jesteśmy w stanie przyciągnąć turystów i przywiązać samych sochaczewian. Wciąż chodzi mi po głowie rewitalizacja Podzamcza, przywrócenie właściwego blasku wzgórzu zamkowemu, odnowa terenów nad Bzurą otwierająca te miejsca dla mieszkańców, z budową małych plaż, stworzeniem kąpielisk, alejek spacerowych. Pamiętam z czasu gdy byłam radną, oglądaliśmy symulację takiej rewitalizacji. Koszt tego przedsięwzięcia przekraczał według tych projektów roczny budżet miasta. To ogromna kwota, ale małymi kroczkami, wszystko jest do zrobienia. Myślę, że warto.
Czego pani życzyć z okazji świąt
Zdrowia. Zwłaszcza z upływem czasu do szczęścia jest najważniejsze. Nie ukrywam, że z wiekiem bywam coraz częściej zmęczona.
Weźmie pani udział w kolejnym konkursie na ordynatora oddziału pediatrycznego?
Nie wiem, pewnie tak, choć dopuszczam do siebie takie wahania, że może już czas odpocząć.
A lubi pani być ordynatorem?
Przez wiele lat, gdy byłam zastępcą ordynatora, myślałam, jak to dobrze mieć niezależność swojego szefa. Dziś myślę, że to były najlepsze lata mojego życia.
rozm. figa
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze