Dowódcą byłeś gdy łódź podwodna przed sztormem zeszła w głębiny, Nareszcie wolni – rzekłeś z uśmiechem, śniadaniem się posilimy, Lecz to złudzenie bo i pod wodą ścigacze Was wytropiły, W skały po lewej uderzył kadłub, po prawej wybuchały miny. Na dno zeszliście huk bomb wokoło i woda cieknie przez ściany, Tu nasze miejsce, tu zostaniemy, nigdy się nie poddamy. Duszą się ludzie, majaczą w mękach więc rozkazujesz przed końcem Wynurzyć okręt choć wyjścia nie ma ale widoczne jest słońce.
Kilka lat temu cały świat obiegło wołanie o pomoc. Uszkodzony okręt podwodny KURSK z morskich głębin wysyłał sygnał: S. O. S ., Save our Souls, Ratujcie nasze Dusze. Wszystkie stacje radiowe i telewizyjne na całej kuli ziemskiej przekazywały tragiczną wiadomość. Spodziewano się natychmiastowej pomocy. Ale ląd MILCZAŁ. Wszyscy czekali, że w każdej chwili okręty pośpieszą na ratunek. Ale ląd MILCZAŁ. Marynarze zamknięci w stalowym kadłubie prosili o pomoc. Było coraz mniej czasu. Poruszeni ludzie pytali czemu nie wypływa ekipa ratunkowa. Na co czekają. Czas mijał a ląd MILCZAŁ. Na okręcie zaczynało brakować powietrza. Woda przesiąkała się przez stalowe burty. Marynarze dusili się i czekali. Drżące powietrze na całej Planecie z rozpaczą przekazywało sygnał S. O. S. Ludzie różnych narodów w napięciu i przerażeniu nie mogli zrozumieć rozgrywającej się na ich oczach tragedii. Umierało kilkudziesięciu marynarzy. Wszyscy o tym wiedzieli. Ale nie można było im pomóc. Apelowano do prezydentów, premierów, generałów. Rodziny marynarzy i oficerów błagały o szybkie podjęcie decyzji. Zapłakane matki i żony z dziećmi na rękach w rozpaczy prosiły aby ratować ich synów i mężów. Ale ląd MILCZAŁ. Załoga nie mogła naprawić uszkodzeń i wynurzyć się o własnych siłach. Czekali na pomoc od ludzi. Na próżno. Marynarze zapewne przeczuwali, że ich koniec jest bliski. Niektórzy może jeszcze wierzyli, że ratunek nadejdzie. Dowódca był bezsilny. Co myślał i przeżywał odpowiadając za los powierzonego mu okrętu i ludzi? Brak powietrza mącił uczucia i zmysły. Jakie były ostatnie myśli ludzi pozbawionych pomocy. O czym rozmawiali czekając na śmierć. Czy przeklinali cały świat? Czy też modlili się z pokorą prosząc Boga o rozgrzeszenie? Ratujcie nasze dusze, powtarzało każde dziecko na świecie ale ląd MILCZAŁ!
Dawno temu byłem sam w podobnej sytuacji i rozumiałem sytuację załogi. Płynąłem samotnie po Bałtyku kajakiem. Spokojne morze i pięknie świecące słońce zapowiadały bliskie zwycięstwo. Tymczasem nadleciał helikopter. W pierwszej chwili myślałem, że to dziennikarze zawiadomieni przez szwedzką prasę witają mnie na polskich wodach. Helikopter krążył coraz bliżej. Ale w otwartych drzwiach zobaczyłem żołnierza w ciemnych okularach z pistoletem maszynowym jak rozkazującym gestem wskazywał coś w prawym kierunku. Na kadłubie mignęła mi trójkolorowa flaga. To nie Polacy. To Niemcy. Skończyła się sielanka i euforia zwycięstwa a pojawił się strach. Po zachowaniu helikoptera przeczuwałem, że to koniec wyprawy, że nie pozwolą mi dopłynąć do Polski. Byłem w rozpaczy. Znów przegrana. Nie wiedziałem co robić? Śmigłowiec był coraz bliżej. Mogłem ugiąć się przed strażnikami Systemu. Mogłem popłynąć w prawo i poddać się. Ale co powiedzieliby na to starożytni wojownicy, polegli w bitwach Wikingowie leżący tuż pode mną na morskim dnie. Czy po powrocie na ląd potrafiłbym z tym żyć. Król perski obiecywał Spartanom złoto, życie w dobrobycie i zaszczytne funkcje w swojej armii jeżeli tylko złożą broń i odejdą z pod Termopil. Ale król Leonidas wyśmiał tę propozycję. Jeżeli chcecie naszą broń to przyjdźcie i weźcie ją sami. I 300 Spartan wspomaganych przez Tespijczyków walczyło do końca. I wtedy też ląd MILCZAŁ. Cała Grecja patrzyła jak giną jej Najlepsi Synowie i nie wysłała żołnierzy z odsieczą.
Wskazałem Niemcom, że płynę do Polski. Pokazałem na Orzełka na rufie i napis POLAND i jako wolny człowiek kontynuowałem swą drogę. Helikopter nadleciał od rufy. Apokaliptyczny huk silnika i przerażający, głuchy warkot wirujących śmigieł i i drżące od przerażenia powietrze zwaliło się na mnie przyciskając do powierzchni morza. W burtę waliły coraz silniejsze strumienie powierza. Nagle kajak wywrócił się a wylądowałem w wodzie .Ciepło i światło zniknęły. Byłem w ciemnościach, w lodowatym zimnie. Kiedy wypłynąłem na powierzchnię helikopter krążył a na horyzoncie dostrzegłem otaczający mnie łańcuch okrętów. Byłem jak wilk w „Obławie” Wysockiego otoczony przez uzbrojonych w strzelby żądnych krwi myśliwych. Ukryty pod dnem kajaka jak w podwodnej łodzi zaczynałem marznąć. Najgorsza była świadomość przegranej. Wiedziałem, że to koniec. Ale nie mogłem wysłać sygnału S. O. S. i nie miałem kogo prosić o pomoc. Musiałem pogodzić się z losem, który sam wybrałem. Na taką okazję miałem przygotowaną mitologię Wikingów obiecującą za śmierć w walce wejście do Walhalla – Raju Wojowników. I już za chwilę miałem sam sprawdzić czy jest to prawdą. Zaczynałem się dusić jak marynarze z KURSKA i bez nadziei i złudzeń czekałem na śmierć. Tymczasem w zmącone zmysły uderzył warkot pędzącego okrętu. Byłem przekonany, że mnie staranują aby zatrzeć ślady wypadku. Zawieszony w ciemnościach, czekając na uderzenie ogłuszony przeraźliwym warkotem okrętowej śruby byłem w przedsionku piekła. Słyszałem już jak chichoczą uradowane czarty czekające na moją duszę Ale tym razem miałem trochę szczęścia. Okręt uderzył w kajak i z pod połamanych szczątków wyciągnięto mnie na pokład. I przeżyłem.
Ale czy jestem z tego powodu szczęśliwy? Myślę, że jest to odczucie wojownika, który powrócił z bitwy podczas gdy lepsi ode mnie zginęli. I cały czas odczuwam coś w rodzaju „wyrzutów sumienia” Najtrafniej ujął to Wysocki w Piosence o lotniku
Będę winę odczuwał, choćby lata minęły, Wobec tych co zginęli, wobec lepszych niż ja. I choć nam się udało wylądować u celu, Niejednego dziś męczy sumienie, tego, kto jeszcze je ma.
Nawet nie pomyślałem, by na tyłach gdzieś siedzieć, Ale kobiet spojrzenia przeszywają mnie wciąż Bo tak na mnie patrzyły jakby chciały powiedzieć, Gdybyś Ty tam na wieki pozostał, może przeżyłby wojnę mój mąż.
Stale widzę jak płaczą I jak ręce im drżą, Razem z nimi rozpaczam Że wdowami dziś są A więc je przeprosiłem Nie ocalił mnie stróż Przez przypadek wróciłem Miałem szczęście i już!
Załoga KURSKA nie miała tego szczęścia. Zginęli lepsi ode mnie. W górach pozostali: Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka. W oceanach spoczywają na wieki: kapitan Franz Romer, pierwszy człowiek, który przepłynął Atlantyk kajakiem składanym oraz najwybitniejszy oceaniczny wioślarz Peter Bird. I często w takich sytuacjach pada pytanie: Kto jest za to odpowiedzialny, Kto ponosi winę? Każdy człowiek sam buduje swój los i tworzy własne przeznaczenie. A nasze życie i tak jest nieustannie w rękach Boga. Nie nam decydować o życiu i śmierci.
Widać ktoś pomysłowy takie życie nam dał, Krótkie jak pas startowy, lakoniczne jak strzał. Wielu żywot straciło jakby warty był grosz, A ja jednak wróciłem, nie dopisał mi los.
Telewizja pokazała milczące, zapłakane rodziny przy grobach żołnierzy. Obok zdjęć marynarzy w galowych mundurach z przypiętymi medalami zapłonęły znicze. Wielu z nas nie może zrozumieć jak doszło do tej tragedii. Ale tego świata nie obchodzi los ani zwykłego człowieka ani bohatera. Świat broni Systemu, w którym wszyscy żyjemy, i za który każdy z nas ponosi jakąś osobistą odpowiedzialność. Tak naprawdę to Człowiek jest sam na sam z Wszechświatem i osobiście musi rozwiązać problem własnego ISTNIENIA. Pozostaje nam tylko kultywować pamięć o bohaterach, którzy poświęcili swe życie abyśmy mogli żyć w Pokoju oraz cieszyć się radością i szczęściem krótkiego istnienia na Planecie Ziemia. CHWAŁA BOHATEROM!
Zło rządzi dziś lądem, Z honorem życie chcesz wieść. Schodzimy pod wodę W sztormową pogodę, A gdy i tu nas osaczą, Niech wszyscy zobaczą Jak szarpie nas śmierć!
Ratujcie nasze dusze, Męczymy się wolno dusząc Ratujcie nasze dusze, Pośpieszcie się Niech ląd nas odległy usłyszy S.O.S. cichnie i niknie Strach duszę rozdziera na dwoje Dusimy się!
Choć krew rozrywa aorty Nadzieję masz mieć, Pas skał z prawej burty Rząd min z lewej burty, Precz trwogę odrzućcie, Tam prosto na kursie Ścigaczy gna sześć.
Ratujcie nasze dusze….
W głębinach nam zginąć, Tu wolność, nasz Mir, Przez miny się przebić! To trzeba zwariować, Nie czas na histerię W brzeg dziób wbijmy pędem Skazał komandir
Straszliwe konanie W ciemnościach na dnie, Już trzeba koniecznie, Zaczerpnąć powietrza Huk bomb z bliska słychać, Łódź musi wypływać Czy chcemy, czy nie.
Załogi okrętu ból skrócić, Ale pamiętajcie o NAS! Nie dane nam wygrać I wyjścia nie widać Przynajmniej przed końcem Popłyńmy ku Słońcu, Ostatni już raz!
Składam serdeczne podziękowania Marlenie Zimnej za piękne tłumaczenie Piosenki o Lotniku Włodzimierza Wysockiego.
Krzysztof Buczyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze