Moja matura – Michał Jędrzejewski, dyrektor Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Praktycznego To była niezła klasa Maturę zdawałem w sochaczewskim liceum ogólnokształcącym. Wtedy się jeszcze o Chopinie nie mówiło, a nazywało się to Państwowe Liceum i Gimnazjum Ogólnokształcące, o ile dobrze pamiętam, i było to w 1968 roku. Zdawałem wtedy oczywiście pisemnie język polski i matematykę. W ogóle zdawało się bardzo wiele przedmiotów ustnie, ale na szczęście, z niektórych najlepszych uczniów zwalniano, tak ja byłem zwolniony z matematyki, bo miałem piątkę na pisemnym. Z języków zdawałem oczywiście rosyjski, ale także łacinę. Zdawaliśmy na korytarzach pośród kaflowych pieców, które wówczas jeszcze ogrzewały szkołę. Woźny, który miał ksywę „inżynier”, palił w tych piecach zimą i kopciły one niemiłosiernie. Pamiętam, że na podłodze leżało jakieś porwane linoleum. Taka była atmosfera tego egzaminu. Wychowawczynią moją w maturalnej klasie była pani Piotrowska, nauczycielka wychowania fizycznego, zaś dyrektorowała wówczas pani Bukowska. Była to niezła klasa, z której wyszło przynajmniej kilku wybitnych dziś ludzi, choćby prof. Grzegorz Opolski, szef kardiologicznej kliniki na Banacha w Warszawie. Na maturze nie ściągałem od nikogo, nie miałem też ściągi, bo ja raczej byłem w tej grupie, od której się ściągało. Wtedy w ogóle ściąganie było rzadkie, bo mieliśmy inny niż dziś ma młodzież stosunek do nauczycieli, gdy między rzędami przechadzał się prof. Dębowski to nikt nie śmiał ściągać. Ciekawostką jest to, że wtedy bez matury nie można było być absolwentem, tak jak dziś. Moja matura przebiegała więc spokojnie i nie pamiętam żadnych dramatycznych wydarzeń. Jedynie już po niej wybraliśmy się do Wyczółk, by tam, w domu jednego z kolegów, uczcić zdany egzamin. Było wino, papierosy i tańce, a rodzice zabierali nas do domu taksówkami na drugi dzień rano. Marek Marcinkowski, dyrektor Zespołu Szkół Rolnicze Centrum Kształcenia Ustawicznego Na maturę przyjechałem rowerem Maturę zdawałem w Technikum Ogrodniczym, szkole, w której obecnie jestem dyrektorem. Było to w roku 1971. Były to piękne, bardzo upalne dni. I w salach było bardzo gorąco. Wówczas nie można było dostać oceny niedostatecznej z przedmiotu pisemnego, a zdawało się obowiązkowo z języka polskiego, matematyki i biologii. Dwója z pisemnego powodowała, że maturę trzeba było poprawiać w całości. I pamiętam, że wiele osób z tego powodu wtedy matury nie zdało. Ciekawostką jest to, że część nauczycieli, którzy byli na mojej maturze, jeszcze do dziś pracują, jak choćby polonistka pani profesor Wójcik, lub matematyczka, profesor Zięcina. A ja pamiętam do dziś temat z biologii, jaki wówczas pisałem. Brzmiał on tak: „Znaczenie rozmnażania roślin w życiu gospodarczym”. Na maturze ściągi nie miałem, bo, po pierwsze, nie potrafiłem ściągać, a po drugie, wydaje mi się, byłem dobrym uczniem. Zresztą wówczas nie było takiej mody na ściąganie jak dzisiaj. Są teraz w tym względzie znacznie większe możliwości techniczne. Ponadto ja koniecznie chciałem się dostać na studia, więc przedmioty zdawane na maturze pozwoliły mi potem dostać się na wyższą uczelnię. A wtedy, jeśli ktoś z naszego technikum dostał się na studia to było w szkole wydarzenie. Takie to były czasy, że na studia zdawali głównie absolwenci liceum – inni - do roboty. A jeszcze jedna ciekawostka to taka, że na egzaminy maturalne przyjeżdżało się do szkoły rowerem. Do dziś mam ten rower. Mirosław Szczepanowski, dyrektor Liceum Ogólnokształcącego im.Fryderyka Chopina Ściąganie było wtedy niemożliwe Uczęszczałem do Liceum Ogólnokształcącego w Wyszogrodzie, bowiem moi rodzice często zmieniali miejsca zamieszkania. Mieszkaliśmy w pobliżu Sochaczewa, m.in. na Zwierzyńcu, który jest już dziś częścią miasta. Są to Plecewice. Mogę się pochwalić, że to ja, wraz oczywiście z kolegami, niejako przyczyniliśmy się do powstania liceum w Wyszogrodzie, bo byliśmy uczniami klasy, która rozpoczęła istnienie tej szkoły. Jednak zrządzeniem losu samą maturę zdawałem już gdzie indziej, a mianowicie w miejscowości Mała Wieś koło Płocka, i było to w 1961 roku. Pisemny zdawało się tylko z języka polskiego i matematyki, natomiast część ustna obejmowała większość przedmiotów wykładanych w szkole. Wszyscy zdający wchodzili do sali, w której znajdowały się przy oddzielnych stolikach komisje przedmiotowe i kolejno zdawano te przedmioty. Jak pamiętam, nie miałem większych kłopotów ze zdaniem tego egzaminu, chociaż najlepsze oceny dostałem głównie z przedmiotów humanistycznych. Zdających było ok. 50 osób, a więc niewiele i łatwo było taką grupę upilnować. Ściąganie było więc raczej niemożliwe. Po zdanej maturze nie było w moim przypadku żadnych szczególnych zabaw z kolegami i chociaż czułem takie zadowolenie, które pamiętam do dzisiaj, przyjąłem to spokojnie. Wsiadłem w autobus i pojechałem do domu. Robert Kwiatkowski, dyrektor Zespołu Szkół im. Jarosława Iwaszkiewicza Nie były nam potrzebne korepetycje Maturę zdawałem w 1979 roku w Liceum Ogólnokształcącym im.Fryderyka Chopina. Była to klasa matematyczno-fizyczna a wychowawczynią moją była pani profesor Halina Kisielska. Wspominam swoją maturę, jako taką bardziej uroczystą klasówkę, na którą trzeba się było jedynie ładniej ubrać. Brało się to stąd, iż uczyli mnie nauczyciele, którzy są naprawdę dobrymi pedagogami, więc nie miałem właściwie przed nią żadnych obaw. Matematyki uczył mnie prof. Tomaszewski, fizyki – prof. Sykurska. Nie miałem też żadnych ściąg. Po pierwsze, że na polskim, jak myślę, nie mają one racji bytu, a przedmioty ścisłe, jako, że była to klasa matematyczno-fizyczna, nie sprawiały mi kłopotu. Poza tym siedziałem w pierwszym rzędzie tuż przed komisją … Tak więc, nie bałem się matury i słusznie, bo z matematyki otrzymałem piątkę i czwórkę z polskiego. Wówczas nie były potrzebne korepetycje. Zdawałem bowiem na politechnikę, na dość oblegany „Wydz. samochodów i maszyn roboczych” i same zajęcia w szkole pozwoliły mi się tam dostać. Ale bywały też sytuacje zabawne. Otóż wówczas, zgodnie z regulaminem, podczas egzaminu pisemnego z języka polskiego, na stoliku przy komisji były dostępne lektury w celu, choćby, zaciągnięcia cytatu do pisanej pracy. Natomiast jeden z moich kolegów postanowił, że przeczyta w trakcie egzaminu zaległą lekturę. Jednak po dłuższym czasie czytania polonistka odesłała go na miejsce i nie pozwoliła mu doczytać choćby rozdziału. Z ciekawostek, jakie z tamtych czasów pamiętam, to zwyczaj, że listy dopuszczanych do egzaminu dojrzałości wywieszano dopiero po 1-majowym pochodzie. Jakby chciano się zabezpieczyć, czy już ten prawie absolwent przyjdzie i będzie zachowywał się jak należy. Wysłuchał bus
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze