Reklama

Moja praca, to moja pasja

Tygodnik Echo Powiatu
08/11/2012 16:53
Rozmowa z Jolantą Kawczyńską, kierownikiem boryszewskiego MOK-u.

Jest godzina 9.00, gdy wchodząc do budynku Boryszewskiego Domu Kultury spotykam panią Jolantę Kawczyńską. Zabiegana jak zwykle, zawsze ma coś do załatwienia. Prowadzenie takiego ośrodka, to duża odpowiedzialność i ogromna ilość pracy. Czasem tylko uda się wyrwać z tego parę chwil, w czasie których można spokojnie porozmawiać. Siadamy w pokoju, który na co dzień pełni funkcję gabinetu pani kierownik dzielonego z szefową wszystkich MOK-ów gdy ta tylko odwiedzi Boryszew.


W jaki sposób trafiła Pani na to stanowisko?

- Na stanowisku kierownika boryszewskiego MOK-u znalazłam się w 2005 roku. Po przeniesieniu filii Szkoły Podstawowej nr 2 do jej głównej siedziby zdecydowano, że w budynku dawnego ZDK-u powstanie filia Miejskiego Ośrodka Kultury. Dyrektor Halina Pędziejewska zaproponowała objęcie stanowiska koordynatora filii (kierownika). Zgłosiłam się i tak od 8 lat organizujemy – tu w Boryszewie - wydarzenia artystyczne. Boryszew wydawał się bardzo daleki. Przypomnę, że wtedy nie było ani Biedronki ani Patio Color i obok było rzeczywiście trochę pusto. Dla mnie jednak było to miejsce wyjątkowe. W tak zwanej „kulturze”, choć nie lubię tego określenia, pracowałam chyba zawsze. Po skończeniu sochaczewskiego liceum im. Fr. Chopina i ogniska muzycznego (szkoły muzycznej jeszcze u nas nie było), które znajdowało się przy ul. 1 Maja w budynku, w którym teraz jest PKO, trafiłam do grupy teatralnej w Warszawie. Spotkałam tu tak znanych ludzi, jak Michał Pawlicki czy Lech Śliwonik. Tam zostałam zauroczona Czechowem i Beckettem. „Sala nr 6”, opowiadania Becketta, scenariusze, przedstawienia zaczęły dla mnie znaczyć naprawdę dużo. Przestało mieć znaczenie nawet to, że kiedyś chciałam dostać się do teatru „Lalka”. Los zrządził inaczej, bo gdy dojechałam na miejsce okazało się, że teatr był w remoncie. Potem trafiłam do Ciechanowa do szkoły z wydziałem teatralnym. Pochłaniały mnie występy, konkursy, przygotowywanie spektakli. Potem studio reżyserii teatralnej i spotkanie z twórczością Antoniego Libery. Dwa lata temu wpadłam nawet na pomysł, by się z nim skontaktować przez internet i podziękować mu za to, że mogłam przeczytać wtedy jego książkę, której zresztą w całym Sochaczewie znalazł się jeden jedyny egzemplarz.

Czy zawsze Pani praca dotykała teatru, kultury?
- Wiele było prac które mniej lub bardziej były związane z tak zwaną „kulturą”. Sześć lat pracowałam jako animator kultury w Klubie Garnizonowym na ul. Dywizjonu 303, w którym teraz jest sklep Lewiatan. To był koniec lat osiemdziesiątych, a ja założyłam właśnie estradę poetycką. Nawiasem mówiąc niedawno odnalazł mnie jeden z jej uczestników. Wtedy dwudziestoletni młodzieniec, dziś poważny mąż i ojciec. Jeździliśmy na przeglądy ogólnopolskie z czymś w rodzaju musicalu, mojego autorstwa. Oparty był on częściowo o tekst na temat śmierci młodej dziewczyny zaczerpnięty z tygodnika Kultura, a częściowo o teksty takich autorytetów, jak Miłosz czy Stachura. Program był fajny, ale było tam coś o narkotykach, co zdaniem niektórych jurorów niestosowne było o tym mówić. W jednym z miast, pamiętam naszą konsternację- wezwano nas do urzędu miejskiego. O dziwo dostaliśmy nagrodę za najlepszą estradę poetycką. Wielki, grawerowany dzban. To były czasy, gdy działo się dużo. Na wybrzeżu. W Poznaniu. Zaczął się stan wojenny i nawet w Sochaczewie pojawiły się czołgi. Wtedy przypomniałam sobie wydarzenie z 1977 roku. Byliśmy w Moskwie na wycieczce laureatów różnych konkursów ogólnopolskich. W pewnym momencie na uroczystym spotkaniu młoda dziewczyna z Łowicza głośno, przy całej sali zapytała, czy Rosjanie wiedzą o tym, co było w Katyniu. Wspominam to do tej pory.
Z całej mojej „drogi zawodowej” bardzo mile wspominam trzyletnią współpracę z niepełnosprawnymi. To ludzie, którzy niemal bezgranicznie ufają temu, kto z nimi pracuje. To bardzo zobowiązuje. Stanowiliśmy jedną rodzinę. Wyjazd z trzydziestoosobową grupą do Bydgoszczy. Dyplomy, podziękowania.
Po drodze było jeszcze „drobne” dwadzieścia lat pracy w szkole, gdzie prowadziłam zajęcia z muzyki i równoczesna praca w Domu Kultury, a do tego zajęcia w warsztatach terapii zajęciowej. To daje niesamowitą siłę i satysfakcję.
Do pracy w MOK-u przyjmował mnie jeszcze ś.p Stanisław Kaźmierczak. Zaczęło się od sceny dziecięcej. Praca z dziećmi to wspaniała rzecz. Mają niepohamowany pęd do przebierania się, do dorosłości. Trzeba je tylko umiejętnie kierować w odpowiednią stronę.
Boryszewski MOK to w pewnym sensie moje dziecko. Budowałam go od podstaw. Chciałam, by było tu coś nowego, by ciągle tętnił życiem. Gdy zaczynaliśmy 16 kwietnia 2005 roku leżała u nas zielona trawa z napisem „Nie deptać kultury”. To mówi samo za siebie.


Od tego czasu dużo już wody upłynęło w Bzurze. Wszystkiego samemu zrobić się nie da. Na kim w tej chwili opiera się działalność Ośrodka oprócz Pani?
- Przede wszystkim na dyrektor Halinie Pędziejewskiej, która cierpliwie otacza nas swoją opieką. Zawsze i o każdej porze mogę liczyć na Marcelę Urbańską. Oprócz niej działa u nas Ewa Osińska, która kiedyś tańczyła w Abstrakcie, a dziś prowadzi studio tańca D.N.A. Pracuje od trzydziestu lat w „kulturze” Irena Bożuchowska. Jest z nami także Ewa Kubeł-Zielińska, malarka prowadząca zajęcia plastyczne, a właściwie studio rysunku dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Od początku „Boryszewa” czyli od 2005 roku działa studio wokalne – „klub dobrej piosenki” pod kierownictwem Wojtka Smyka. Pracuje dla nas Stefan Żaczek, bez którego pewnie nie moglibyśmy działać. Zajęcia teatralne prowadzi Dawid Żakowski. Zajęcia te cały czas się rozwijają. Zajęcia umuzykalniające, inne niż wszystkie, pod nazwą „Małe Socho” prowadzi Katarzyna Orlińska. Działa też Orkiestra kameralna „Camerata Mazovia” pod kierunkiem Artura Komorowskiego. Od 3 lat gra i śpiewa Senior Band, który prowadzi Jan Sławiński. Wszyscy stanowimy elementy jednego zespołu, które wprawdzie działają obok siebie, ale nawzajem się uzupełniają.

Jakie ma Pani plany na najbliższą przyszłość?
- 3 listopada mieliśmy okazję uczestniczyć w kolejnych „Zadumkach”, czyli spotkaniach z poezją i piosenką. Pomysł tych spotkań „urodził się” w kawiarence w Chodakowie. W tym roku gośćmi wieczoru byli Monika Boruta-Sałacińska, studio piosenki Wojtka Smyka i studio wokalno-aktorskie Dawida Żakowskiego.
Już 27 listopada zapraszamy na wystawę rękodzieła artystycznego Seniorów organizowanej wspólnie ze Związkiem Emerytów, Rencistów i Inwalidów z okazji Dnia Seniora. Z kolei 1 grudnia startujemy z dziesiątą odsłoną „Sochaczewskiej Veny”. To przegląd piosenki, czy też muzyki młodzieżowej, jak kto woli, stanowiący wspólną platformę dla działających w okolicy grup muzycznych.Gościem tego przeglądu będzie raper „BIN.” z Ostrołęki. 9 grudnia kolejny wieczór zadumkowy, którego motywem przewodnim będzie spotkanie z poetką. Dalej to „Przegląd teatrów” DK 2. W marcu – „Teatr na rozdrożu”. No i jeszcze na deser szkoła baletowa z Łodzi proponuje nam od stycznia swoje spektakle. Nie można też nie wspomnieć o koncercie bożonarodzeniowym „Camerata Mazovia” i o balu karnawałowo - walentynkowym.


I co dalej?
- Ostatnio, co naprawdę bardzo cenne ze względu na inicjatywę nie wychodzącą od nas, zgłosili się do nas młodzi ludzie określający się sami jako „młodzi gniewni”. Chcą się ze sobą spotykać, grać i śpiewać. Mają do tego ciekawe podejście, bo uważają na przykład, że nieukończenie szkoły muzycznej wcale nie musi w tym przeszkadzać. Czas pokaże co z tego wyjdzie, ale słuchając ich jestem pełna optymizmu.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Gadziński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości