Po 15 godzinach walki z żywiołem w drodze z Bornholmu do Kołobrzegu, po przepłynięciu ponad połowy dystansu, Krzysztof Buczyński skapitulował. Nie oznacza to, że przegrał. Co prawda cel nie został do końca osiągnięty, ale nasz kajakarz zmierzył się z zimowym żywiołem Bałtyku i długo wytrzymał w tej nierównej walce. Nikt tego przed nim nawet nie próbował. A przypomnijmy, że Krzysztof Buczyński ponad 20 lat temu, w 1989 roku, jako pierwszy człowiek na świecie przepłynął latem na składanym kajaku Bałtyk. Płynął samotnie bez żadnej asekuracji. Teraz chciał powtórzyć swój wyczyn zimą, jednak okazało się, że to wielka różnica. Na pewno znajdą się teraz i tacy, którzy zapytają: - No i po co się pchał? Myślę jednak, że człowiek powinie mieć w życiu pasje i marzenia, i próbować je realizować. Mimo, że nie zawsze wszystko wychodzi. A my powinniśmy być dumni, że właśnie pięćdziesięcioletni chłopak z Sochaczewa rozbudza tyle powszechnych emocji, widocznych w mediach, a także na internetowych forach. Zaś jego dwa starcia w walce z zimowym morzem, tak jak kiedyś letnie z nim zwycięstwo, tworzą już fragment historii tego akwenu. Bo jak powiada wielki zdobywca i podróżnik Marek Kamiński: „Liczy się droga, a nie cel”. Jak nam powiedziała telefonicznie Jolanta Wiatr, dziennikarka „Gazety Kołobrzeskiej”: - Krzysztof Buczyński po zejściu na ląd wyglądał na maksymalnie wyczerpanego. Kondycja na taki wyczyn okazała się jeszcze niewystarczająca. A ponadto zawiodło podobno uszczelnienie kajaka, który przepuszczał do środka lodowatą wodę, co dodatkowo odbierało siły. Dziennikarka „Gazety Kołobrzeskiej” pytała też doświadczoną załogę kutra „Miętus”, który towarzyszył wyprawie, czy podjęłaby się podobnej próby? Wszyscy zdecydowanie zaprzeczyli. Z kolei Krzysztof Buczyński w telefonicznej rozmowie, na gorąco, stwierdził, że już wcześniej, przed wypłynięciem w morze, z całym swym niewielkim sztabem doszli do wniosku, że przepłynięcie zimą tego dystansu przez jednego człowieka będzie bardzo trudne. Trzeba by rozkładać siły i płynąć wolniej, co najmniej ze dwie doby, co z kolei w takich warunkach byłoby zbyt wyczerpujące. Dlatego był plan awaryjny, płynięcia sztafetowego. Gdzieś w połowie dystansu miał go zmienić na kilka godzin będący na kutrze, znany podróżnik i kajakarz Marcin Gienieczko, niestety nie zdecydował się w końcu na to. W tej sytuacji Krzysztof Buczyński, po wejściu na pokład „Miętusa”, mając za sobą 15 godzin wiosłowania, próbował, po krótkiej przerwie, podjąć rejs na nowo, i znów zasiadł w kajaku. Ta próba trwała już jednak znacznie krócej i ostatecznie, nad ranem, po przepłynięciu w kajaku grubo ponad połowy dystansu, musiał zrezygnować. Z naszej telefonicznej rozmowy wynikało, że Krzysztof ma jeszcze wiele do opowiedzenia, co obiecał uczynić po powrocie do Sochaczewa. Mamy więc nadzieję przedstawić jego osobistą, szczegółową relację za tydzień. Tymczasem chciał za naszym pośrednictwem podziękować wszystkim sponsorom wyprawy, a szczególnie burmistrzowi miasta Piotrowi Osieckiemu, co niniejszym czynimy. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze