Reklama

Noc Muzeów 2015

Zawsze lubiłem nasze Muzeum. Od małego, odkąd tylko pamiętam uwielbiałem te dni, kiedy udało mi się zmusić/przekupić/wmanewrować/ubłagać kogoś z Dorosłych żeby pójść na spacer do Centrum (nielicha wyprawa ze Staszica 31!) i skręcić ku dawnemu ratuszowi. A potem... potem był bilet w szatni, charakterystyczny zapach drewna i lakieru do podłóg, dzwoniąca w uszach cisza, skrzypiący parkiet schodów. Wielkie, milczące sale, a w nich relikty przeszłości, która nieodmiennie mnie fascynowała i fascynuje. 

Moim marzeniem było wziąć do ręki karabin i usiąść za działkiem. Zawsze byłem bardzo porządnym, praworządnym dzieciakiem i nigdy nawet żadnego z nich nie dotknąłem - nie wolno, to nie wolno. Więc stałem tylko i patrzyłem. Marzyłem. Myślałem...

Ostatnie dwa lata to dla mnie pasmo spełniających się marzeń. Napisałem książkę. Wydałem książkę. Ludziom spodobała się moja książka. Napisałem kolejną, i jeszcze jedną, i następną, i wciąż powstają nowe. Siedziałem w pierwszowojennym czołgu. Poszedłem na marsz z niemieckimi okopowcami... Ale gdzieś tam cały czas w tle było Muzeum. Ciche, ciemne, milczące. Czekające na mnie.

Reklama

Wejście do muzeum nocą zawsze było rzeczą, na myśl o której aż przechodził mnie dreszcz. W tym roku spełniłem i to marzenie.

Noc Muzeów to tych kilka niesamowitych godzin, gdy przeszłość naprawdę ożywa. Nie ma kurzu ani ciszy, nie ma bezruchu. Wszystko aż dudni i huczy, wszędzie pełno głów, uśmiechów, żywych spojrzeń. To nie zgoniona siłą wycieczka; w sobotni wieczór są tam tylko ci, którzy naprawdę tego chcą.

Pięć minut przed rozpoczęciem pogadanki pomyślałem sobie: "Kurczę, będę do pustej sali mówić...". Dziesięć minut później żałowałem, że nie przynieśliśmy więcej krzeseł, bo ludzie stali w drzwiach.

Reklama

"Wojna naprawdę w c!uj Wielka" - kto by pomyślał, że tak sformułowany tytuł naprawdę zainteresuje kogokolwiek? Bo niby co może być ciekawego w konflikcie, po którym nie zostało prawie nic, który rozegrał się sto lat temu?

Jak widać, sporo. Nawet nie macie pojęcia jak dużo.

Najbardziej poruszyło mnie, gdy po wszystkim podszedł do mnie pewien starszy, wąsaty jegomość (pozdrawiam! niechże się Pan odezwie!) i powiedział tak: "Niech mi pan powie tylko jedno: czy ta załoga jeszcze kiedyś poleci razem z kapitanem Reinhardtem? Bo ja wiedziałem, że ta książka [Stalowe Szczury] będzie o wojnie, ale nie przypuszczałem, że aż tak bardzo!"

Reklama

Jeden z najpiękniejszych momentów w mojej karierze literackiej.

No bo czego chcieć więcej?

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama