Dla mnie i mojej córki był to raczej wieczór, ale za to pełen emocji. Po pierwsze ja się ucieszyłam, że nasze Muzeum bierze udział w akcji Noc Muzeów, a po drugie dziecko przeżywało zwiedzanie, bo poszłyśmy w zwyczajowej dla nas porze kolacji i kąpieli i wszystko tym samym stało się niezwykłe.
Z tym naszym Muzeum to jest tak, że wszyscy wiedzą, gdzie jest, ale niemal nikt tam nie chodzi. Bardzo niesłusznie. Przyznaję bez bicia, że sama omijałam ten obiekt przez wiele lat szerokim łukiem, starszemu dziecku łaskawie zezwalając na łypanie okiem przez ogrodzenie, by sobie popatrzyło na samolot i czołg.
Aż tu nagle w ferie zorganizowano tam zajęcia archeologiczne dla maluchów. Poszłam z ciekawości. Bardzo nam się spodobało (ceramika z plasteliny i plastelinowe korale), natychmiast zapragnęłam więcej. Co prawda na warsztaty żadne nie udało nam się już trafić (wielka, wielka szkoda, były naprawdę ciekawe i to świetny pomysł, żeby przyciągnąć rodziny z dziećmi), ale za to obiecałam sobie, że tak czy siak wrócę. Wróciłam z młodszym dzieckiem na wystawę malarstwa Małgorzaty Widomskiej i przy okazji obeszłam ekspozycje stałe, które wcześniej były kilka miesięcy rewitalizowane. Super pozytywne zaskoczenie. To, co trąciło myszką, zniknęło, a w zamian pojawiły się nowoczesne, ciekawe ekspozycje. Imponuje zwłaszcza pierwsze piętro – zbiory poświęcone obu wojnom. Jest i kawałek okopu na balustradzie, i wielkoformatowe zdjęcia, i mundury na manekinach w scenkach rodzajowych.”Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Prawda. Pod nosem naprawdę pokaźne zbiory, jest się czym chwalić.
A co do samej Nocy Muzeów. Zaskoczył mnie spory ruch, było naprawdę mnóstwo ludzi. Czyli ludzie chcą, garną się, jak mają możliwość. Lubią, gdy coś dzieje. Tylko trzeba im to organizować. Mnie się najbardziej podobały slajdy z Sochaczewem sprzed lat (kto by przypuszczał, że na mojej ulicy była przed wojną karuzela?), a dziecku oczywiście wystawa na zewnątrz. Której można dotknąć. W każdym razie nikt nie wrzeszczał „Nie dotykać!”, gdy dzieciaki wdrapywały się na T 34 i działa przeciwlotnicze. I to jest też super. Uwielbiam muzea, gdzie można dotknąć, usiąść, przymierzyć. Sale z przeszklonymi gablotami, których pilnują znudzone panie w dziurawych kapciach odchodzą do lamusa, takie muzea to już przeżytek. I tym bardziej cieszy, że nasze też zeszło z tej drogi. Trzymam kciuki za to, co będzie się tam działo dalej! I liczę na kolejne propozycje dla najmłodszych. Z nimi też historią można się świetnie bawić.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Również uważam że ten wieczór w muzeum był fajny i także się ucieszyłam, że bierze udział w takiej akcji.Mój ponad 2-letni syn był zachwycony.
I kolejny artykuł w którym Pani narzeka ;)
Chyba muszę się tam przejść, ponieważ dawno już nie byłem.
Również uważam że ten wieczór w muzeum był fajny i także się ucieszyłam, że bierze udział w takiej akcji.Mój ponad 2-letni syn był zachwycony.
I kolejny artykuł w którym Pani narzeka ;)
Chyba muszę się tam przejść, ponieważ dawno już nie byłem.