Reklama

Opowieści spod celi

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
08/02/2006 11:58

Opowieści spod celi
Łowicz-Przedmieście, około 2 km od centrum miasta. Z daleka widać wysoki mur i wieże strażnicze zakładu karnego.
Jestem umówiona z zastępcą dyrektora, ppłk Mirosławem Pakulskim. Czekam przy bramie więziennej. Strażnik prowadzi mnie do dyżurki. Tutaj muszę się wylegitymować, oddać telefon komórkowy. Moja torebka i teczka zostają prześwietlone. Monitor sygnalizuje metalowy przedmiot w teczce, muszę wyjąć jej zawartość, aby udowodnić, że to tylko dyktafon.
Od strażnika słyszę, że to i tak niepełna procedura. Normalnie, odwiedzający zakład karny przechodzą przez specjalną bramkę, jeżeli ta zaczyna piszczeć, są badani wykrywaczem metalu. Ja na szczęście dostaję przepustkę i identyfikator i zostaję „doprowadzona” do mojego rozmówcy, najpierw jednak kilkakrotnie użyta była specjalna karta, którą strażnik otwiera więzienne przejścia.
Większość to recydywa
Takie środki ostrożności w miejscach odosobnienia to nic nadzwyczajnego, na zwykłym obywatelu robią jednak wrażenie. Ppłk Mirosław Pakulski wyjaśnia, że Zakład Karny w Łowiczu ma status zakładu zamkniętego, o najwyższym stopniu zabezpieczenia. Osadzeni tu więźniowie to w większości recydywa. Znajduje się tu również oddział tymczasowo aresztowanych, dla ponad 130 osób oraz dwa oddziały półotwarte, gdzie więźniowie funkcjonują, jak to określa dyrektor, „przy większych korzyściach regulaminowych i zwiększonej samodyscyplinie”. Generalnie jednak większość z 980 obecnie osadzonych to skazani za powtórne przestępstwa o różnym charakterze, od drobnych kradzieży do zbrodni morderstwa.
Cele pękają w szwach
Zakład Karny w Łowiczu to jeden z większych w okręgu łódzkim. Liczniejszy jest tylko areszt śledczy w Łodzi. Ppłk Pakulski mówi, że ich zakład przystosowany jest dla 734 skazanych. Obecnie mają więc ponad normę blisko 250 osób. Cele są przeludnione, co powoduje wzrost agresji wśród więźniów, zwiększoną ilość konfliktów i dewastację urządzeń. Nie są w stanie odtwarzać na bieżąco zniszczeń, bo na to potrzeba pieniędzy. Tymczasem środki, jakie otrzymują wystarczają na bieżącą działalność. Utrzymanie jednego więźnia to bagatela 1600-1900 zł miesięcznie. Nie starcza np. na niezbędny remont dachu i na doposażenie w środki techniczne. Niewystarczająca jest również liczba funkcjonariuszy. Łowicki zakład zatrudnia ich ok. 180, a wg standardów unijnych powinno być dwa razy więcej.
Zastępca dyrektora pytany, czy obserwuje zimą zwiększoną liczbę aresztowanych lub skazanych, którzy szukają w więzieniu ciepłego kąta i utrzymania, odpowiada, że w ich przypadku reguła ta się nie potwierdza. Zauważają natomiast lawinowy wzrost tzw. pijanych rowerów, to znaczy odbywających karę za jazdę rowerem po pijanemu. Są to krótkotrwałe wyroki, ale jest ich znacznie więcej niż kiedyś.
Niektórzy pracują, inni chorują
Biorąc pod uwagę ogólną liczbę więźniów, trzeba przyznać, że pracuje tylko nieliczna grupa skazanych. Ppłk Pakulski przypomina, że karę odbywają u nich ludzie po kilku wyrokach. Ich wykorzystanie do pracy na zewnątrz wymaga konwojentów, a takich możliwości zakład nie posiada. W tej chwili na rzecz instytucji samorządowych w Łowiczu, np. Zakładu Usług Komunalnych pracuje 20 osadzonych, ale są to osoby wyselekcjonowane z blisko tysiąca więźniów. Na wiosnę uruchomiona zostanie dodatkowa grupa 15 osób, które podejmą pracę na rzecz miasta.
Inny powód, dla którego nieliczna grupa więźniów pracuje, to taki, że możliwości zatrudnienia w takim mieście jak Łowicz są ograniczone, mimo że dotychczasowi pracodawcy są zadowoleni, zakładów pracy dla więźniów nie ma zbyt wielu. Jak twierdzi dyrektor Pakulski, praca dla osadzonych to też duży plus. Ocena ich postawy na zewnątrz, poza zakładem, ma wpływ na ewentualne przedterminowe zwolnienie. Zakład karny jest atrakcyjny na rynku pracy z uwagi na niższe stawki, żądają bowiem połowy tego, co pracodawca płaci normalnie. Osadzeni otrzymują połowę tego wynagrodzenia, połowa przechodzi na skarb państwa. Tymczasowo aresztowani dostają natomiast 100 proc. wynagrodzenia.
Więźniowie mają prawo do opieki lekarskiej takiej samej, jak wszyscy obywatele, a więc bezpłatnej. W zakładzie działa ambulatorium lekarskie, w którym pracują lekarze więzienni, ale też „dochodzący”, czyli z zewnątrz. Osadzeni kierowani są w razie potrzeby na badania specjalistyczne, z tomografią komputerową włącznie. „Mam wrażenie, że w niektórych przypadkach zwykły obywatel musi na badanie czekać dłużej niż skazany, lub płacić za nie – mówi ppłk Pakulski. –Jak procedury się przedłużają, więźniowie skarżą nas, pozywają do sądu i stosują różne prawne naciski. Leki również otrzymują na koszt państwa, choć w uzasadnionych przypadkach mogą korzystać z medykamentów dostarczanych spoza zakładu, np. przez rodzinę” – dodaje nasz rozmówca.
Mroczne przedmioty pożądania
Jednym z największych problemów, z jakim boryka się chyba każdy zakład karny, są próby przemytu na teren więzienia niedozwolonych przedmiotów lub substancji. Takim przedmiotem pożądania jest za kratami np. telefon komórkowy, a substancjami, jak łatwo się domyślić, narkotyki i alkohol. Pomysłowość ludzka w tym zakresie jest nie do wyobrażenia. Dyrekcja zakładu ma świadomość podejmowanych prób i usiłuje z nimi walczyć, ale, jak twierdzi ppłk Pakulski, od zawsze było tak, że skazani i ich bliscy z determinacją wartą lepszej sprawy wymyślali wyrafinowane sposoby przemytu, a służba więzienna próbowała je rozpracować. W wielu wypadkach się to udaje, choć, jak przyznaje dyrektor, nie zawsze. „W przypadku narkotyków problem polega na tym, że mamy dużą liczbę osadzonych, którzy na wolności funkcjonowali w narkobiznesie. W różny sposób próbują więc kontynuować swój interes w zakładzie karnym”- dodaje. A gra jest warta świeczki, bo cena działki narkotyku za kratami jest o 10-15 zł wyższa niż na wolności. Więźniowie, ich rodziny i koledzy prześcigają się więc w wymyślaniu nowych rozwiązań.
Narkotyk we włosach i w pampersie
Ostatnim hitem jest golonka, z której wydrążono szpik i zastąpiono go marihuaną. Kość obłożono ponownie mięsem, aby nie wzbudzić podejrzeń strażników. Tym razem jednak nie udało się.
O innych wykrytych sposobach opowiada nam zastępca kierownika działu ochrony, porucznik Sławomir Więcek. Odnajdywali narkotyki w książkach, z których wycinano część kartek, albo tabletki extazy przemieszane z witaminami i ukryte w oryginalnym opakowaniu preparatu witaminowego. Służba więzienna znajdowała amfetaminę w podeszwach butów, w upieczonych udach kurczaka, w maszynkach do golenia, a telefony komórkowe np. w piłkach podarowanych więźniom.
Jeden ze strażników opowiada o młodej kobiecie, która w odwiedziny do przyjaciela przyjechała z małym dzieckiem. Narkotyki ukryła w pampersie, który dziecko miało na sobie. Dyrektor Pakulski dorzuca do tego katalogu pomysłów również taki, kiedy powracający z przepustki więzień miał włosy nasączone narkotykiem. Po wejściu do celi spłukał głowę, a to, co z niej spłynęło, próbował rozprowadzać jako swego rodzaju kompot.
Aby zminimalizować możliwości przemytu, zakład karny przygotował listę artykułów objętych zakazem wnoszenia. Należą do nich wszelkiego typu produkty sypkie, jak cukier, budyń, kaszki itp., soki i napoje w kartonach, które notorycznie były wypełniane alkoholem, przetwory owocowe w słoikach, a nawet orzechy, które po wydrążeniu i sklejeniu były świetnym miejscem do ukrywania narkotyku. Produkty, których nie wolno dostarczać w paczkach, więźniowie mogą kupić w kantynie.
Uwaga, więzień na pasie
Ppłk Mirosław Pakulski pytany o akty buntu czy próby ucieczek z zakładu mówi, że więźniowie w różny sposób próbują wyrażać swoje niezadowolenie. Zazwyczaj jednak kończy się bez użycia siły, na drodze negocjacji. Kilka lat temu była próba ucieczki, ale zakończyła się niepowodzeniem. Grupa młodych więźniów wykorzystała nocną burzę, licząc na osłabioną czujność funkcjonariuszy. Zdemontowali ze ściany grzejnik i wybili okno, czego rzeczywiście, na skutek burzy, nie słyszeli strażnicy. Udało im się wydostać na pas, czyli miejsce oddzielające główny mur od ogrodzenia z siatki. Tam zauważyli ich funkcjonariusze pełniący służbę na wieżyczkach. Użyto broni, jeden z mężczyzn został postrzelony, po czym uciekinierzy, jak opowiada dyrektor, bardzo szybko sami wrócili do celi.
Aby nie zdarzały się takie sytuacje, prowadzone są różne działania wychowawcze, resocjalizacyjne i terapeutyczne. Jednym z nich jest wydawanie na terenie zakładu karnego gazetki „Pasiaczek”, ale to już temat na oddzielny artykuł.
Jolanta Śmielak-Sosnowska



 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama