Reklama

Otworzyłem zimowy Bałtyk dla młodych

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
16/03/2010 09:42
Do pokonania miał 100 kilometrów z Kołobrzegu na Bornhol, w ekstremalnych warunkach, bo zimno i wiatr z północy, co oznaczało od 24 do 30 godzin wiosłowania. „Fale były tak wysokie - powiedział później kapitan towarzyszącego mu polarnego jachtu S/Y Eltanin – że naszą jednostkę momentami stawiały w pionie. Co działo się wtedy z małą łupinką kajaka, trudno mi sobie wyobrazić”. „Na wtorek prognozy dla Bałtyku były dobre - opowiada Krzysztof Buczyński – słaby wiatr południowy, morze w miarę spokojne, słońce. A więc, zgodnie z tymi zapowiedziami, przygotowywaliśmy start właśnie na ten dzień. Trzeba było też zawiadomić zainteresowane stacje telewizyjne i gazety. Niestety, we wtorek rano okazało się, że prognozy zupełnie się nie sprawdziły. Powstało więc pytanie, czy czekamy na lepszą pogodę i wypływamy wtedy bez mediów, czy próbujemy jednak we wtorek? Uznaliśmy, że wymiar medialny tego przedsięwzięcia jest nie mniej ważny od sportowego. Chodziło o promocję Sochaczewa i aby ta próba nie pozostała bez echa”. Jak mówi Krzysztof Buczyński, obawiał się wtedy, czy przy takiej pogodzie kapitanat portu da zezwolenie na wyjście w morze, ale presja mediów zrobiła swoje. Na brzegu kanału, którym kajakarz miał dopłynąć do portu a potem na otwarte morze, stawiły się ekipy TVN i Teleekspressu a także dziennikarze wielu gazet, były wywiady, a sam moment wypłynięcia cała Polska mogła obserwować na ekranach telewizorów. „Jest taki moment przed wypłynięciem, kiedy wyciągnąć trzeba dowód, portfel, zegarek, by oddać kapitanowi jachtu… i nie wiadomo, czy się to kiedyś odbierze.” „Dopiero gdy wyszliśmy z portu, okazało się jak jest naprawdę. Gdy zobaczyłem jak asekurujący mnie jacht na 2-3 - metrowych falach z północy stawał pionowego dęba, przyznam, że zrobiło mi się nieswojo, ale nie było odwrotu, trzeba było walczyć. Nie dziwiłem się wtedy moim towarzyszom, którzy mieli płynąć na Eltaninie, że na łódź nawet nie wsiedli, została tylko załoga. Poza tym, asekuracja w tych warunkach wyglądała dość iluzorycznie, że jacht płynął w odległości 100-200 metrów, chowając się co chwila zupełnie w falach. Nawet nie wiem, czy mnie widzieli. Miałem co prawda krótkofalówkę, ale człowiek cały był ściśnięty, bo kajak trochę za wąski, ponadto musiałem założyć na siebie dodatkową kurtkę ze specjalnym uchwytem, by mnie w razie czego miała załoga jachtu za co wyciągnąć na pokład. W takich warunkach bardzo trudno było z tego połączenia korzystać. Pozytywne było to, że kajak na falach trzymał się dosyć dobrze, chociaż co chwila mnie onzalewały e. Miał jednak feler, bo od góry nieco przeciekał, więc gdzieś po godzinie byłem już właściwie mokry. Obawiałem się, że jak przyjdzie noc to wszystko na mnie zamarznie. Rozgrzanie się ciepłym napojem podanym z jachtu to też był problem, bo przy takiej fali podejść do nich wystarczająco blisko i nie rozbić się o burtę było sztuką zarówno dla mnie, jak i dla nich. Generalnie jednak dało się jakoś płynąć, tyle, że przy olbrzymim wysiłku, co po dwóch i pół godzinie zaczęło dawać się mocno we znaki. Mimo to próbowałem jeszcze walczyć, przyszedł jednak taki moment, gdy poczułem, że za kilkanaście lub kilkadziesiąt minut przy tym wysiłku po prostu padnę. Dałem więc znać przez krótkofalówkę, aby się zatrzymali. Pomyślałem, że zbyt wielu ludziom nie mogę tego zrobić, aby zginąć na tym sztormowym niemal morzu. Wiele osób było w wyprawę zaangażowanych, po burmistrza Sochaczewa, czy prezydenta Kołobrzegu. Zaczęłyby się pytania, dlaczego kajakarz dał się zabić na morzu. A przecież nie o to chodziło. „Gdy mnie wreszcie wyciągnęli, padłem prawie bez życia, jak mokra szmata.” „Kolejne podejście było możliwe już na drugi dzień, bo wtedy dopiero przyszła pogoda, jaką wcześniej zapowiadano na wtorek. Jednak ja byłem zanadto wyczerpany i trzeba byłoby przynajmniej kilku dni, abym doszedł do siebie. Było ze mną dwóch innych kajakarzy z Gdańska i Łowicza, którzy wcześniej chcieli również płynąć. Były plany, że jeśli ja w połowie trasy nie dam rady, któryś z nich wsiądzie na kajak, by wiosłować dalej. Nie było ich jednak na jachcie, a i następnego dnia nie zdecydowali się spóbować. Niestety, na dalsze dni prognozy były coraz gorsze, aż do sztormu włącznie. Asekuracyjny jacht musiał więc odpłynąć, by zawczasu dotrzeć do portu w Gdyni. A zima już za chwilę się skończy. Pogoda nie dała mi więc w tym roku drugiej szansy”. Wszystkie te doświadczenia sprawiły, że Krzysztof Buczyński zdał sobie dogłębnie sprawę, iż zimowa wyprawa kajakiem przez Bałtyk to bardzo trudne zadanie. Choć, jego zdaniem, nie niemożliwe. Trzeba by jednak mieć lepszy, dłuższy i szerszy kajak, bo ten, w ekstremalnych warunkach, wykazał swe mankamenty. Ponadto, zmienić trasę, startując z Borholmu do Polski, bo większość wiatrów na tym morzu to wiatry północne. Marynarze i kapitanowie informowali też, że na Bałtyku przeważają prądy morskie północne. „Przeżyłem kolejną bitwę, nabrałem doświadczenia i mam zamiar walczyć dalej”. „Tak sobie nawet myślę, że gdybym ten Bałtyk przepłynął, to oczywiście byłby to wielki wynik sportowy, ale z drugiej strony zamknąłbym młodzieży drogę na to morze. A ja im tę drogę otworzyłem. Udowodniłem, że można tam zimą płynąć. Że nie dałem się przewrócić falom. Myślę, że wytrzymanie trzech godzin przy tej fali i wietrze, to było maksimum co mogłem zrobić. Na koniec chciałbym podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób pomogli przy organizacji tej zimowej próby. Władzom Sochaczewa i Kołobrzegu, wszystkim sponsorom a także sochaczewskim motocyklistom Piotrowi Gołębiowskiemu i Tomaszowi Domańskiemu, którzy zapewnili mi transport i pomagali jak mogli”. Komentarze na internetowej stronie „Gazety Kołobrzeskiej”. - Świr. Pozytywny świr oczywiście. 15 min temu wróciłem z plaży w Darłowie, wieje, jest zimno i w dodatku jest spora fala, a na otwartym Bałtyku przecież dużo większa… Powodzenia świrze  - Płynąłem latem ten odcinek na katamaranie, były takie fale, że nikomu nie było do śmiechu, bujało tak, że na dolnym pokładzie zamiast horyzontu widać było morze. Przekoleś z tego kajakarza  - Szkoda, że mu się nie udało, ale i tak brawo za odwagę, my z miasta Socho jesteśmy bardzo twardzi, przy okazji pozdrowienia dla sochaczewian od sochaczewianina mieszkającego w Koszalinie. „Czasami zdobywać znaczy więcej niż zdobyć”. Sławomir Burzyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości