Serial o tym tytule zdobywa coraz większą popularność. Tymczasem rzeczywistość wielokrotnie przerasta filmowy scenariusz. Kolejni sochaczewianie mierzą się z trudną rzeczywistością misji wojskowych. O tym, jak wygląda codzienność żołnierza na misji z sierżantem sztabowym Piotrem Stolarskim rozmawia Agnieszka Poryszewska.
Dlaczego chciał pan pojechać na misje?
Odkąd pamiętam, chciałem być żołnierzem. Ukończyłem Podoficerską Szkołę Zawodową Wojsk Zmechanizowanych w Poznaniu. Od 1991 r. służę w jednostce wojskowej w Bielicach. Od ponad 10 lat w Dywizjonie Rakietowym Obrony Powietrznej. Uważam, że, aby dobrze wykonywać mój zawód, trzeba sprawdzać się w różnych warunkach i stale podnosić swoje umiejętności. Wyjazd na misję to jeden ze sposobów na doszkolenie się.
Wiąże się to także z korzyściami finansowymi
Nie chciałbym wypowiadać się na temat pieniędzy. Jedni uważają, że na misjach dobrze się zarabia, inni sądzą, że kiedy weźmie się pod uwagę ryzyko związane ze służbą w tak trudnych warunkach, nie są to imponujące kwoty.
Ryzyko jest tak duże?
Na pewno wielokrotnie większe niż podczas służby w macierzystej jednostce w Polsce. Po pierwsze trafiamy w rejony ogarnięte konfliktami. W życiu codziennym największą rolę odgrywają przede wszystkim różnice kulturowe. Żołnierze z Bielic wyjeżdżali już np. do Libanu, Iraku, Kosowa czy Czadu. Najbardziej egzotyczne miejsce o jakim słyszałem to 6-milionowe afrykańskie państwo Alisia. Ja trafiłem akurat do Afganistanu. Zanim moja zmiana rozpoczęła służbę, musieliśmy przejść szkolenie dotyczące zasad zachowania wobec miejscowej ludności. Aby nie prowokować sporów i by Afgańczycy w ogóle dali sobie pomóc oraz chcieli z nami rozmawiać, musieliśmy przestrzegać szeregu precyzyjnych zasad.
Może pan podać jakieś przykłady?
Wiele z nich jest związanych z islamem i dotyczy zachowania względem kobiet. Sprowadzają się do tego, że lepiej w ogóle nie próbować nawiązywać z nimi kontaktu, a nawet nie fotografować. Za olbrzymi nietakt i przejaw złego wychowania uważane jest wskazywanie kogoś palcem, pokazywanie stopy lub podeszwy buta, wycieranie nosa w miejscu publicznym, kupowanie bez targowania się, a także odrzucanie poczęstunku. To ostatnie było wyjątkowo kłopotliwe, ponieważ panująca w Afganistanie higiena pozostawia wiele do życzenia.
Mówiąc krótko mogło się to skończyć zatruciem.
Można było się też zarazić pasożytami. Są one tam bardzo powszechne. Prawie wszyscy Afgańczycy je mają. Ich organizmy są na nie uodpornione, nasze niestety nie. Dlatego też uczestnicy misji powinni pić wyłącznie butelkowaną wodę i napoje. W praktyce, kiedy ktoś miejscowy proponował nam napicie się ze swojej szklanki czy podawał nam jedzenie wprost z ręki, nie mogliśmy odmówić. Inna sprawa to ekstremalne warunki pogodowe. Z tego względu, przez wyjazdem, trzeba było przejść rygorystyczne badania lekarskie.
Faktycznie pogoda dawała się we znaki?
W Afganistanie spędziłem 8 miesięcy. Byłem tam od marca do listopada, ominęła mnie więc zima, która w tym kraju jest bardzo ostra. Temperatury spadają wtedy do -15, -20 st. C. Latem panują ekstremalne upały. Temperatura w cieniu wynosi od 30 do 40 st. C. Aby wytrzymać ją w pełnym umundurowaniu, które waży kilkadziesiąt kilogramów, trzeba mieć naprawdę końskie zdrowie. Do tego problemem jest wysokie ciśnienie. Afganistan to górzysty kraj. Nasza baza znajdowała się 2,3 tys. m n.p.m. Powietrze jest tam rozrzedzone, człowiek szybciej się męczy.
Czyli taki wyjazd nie jest dla każdego.
Zainteresowanie misjami jest bardzo duże. Inna sprawa, że wcale nie jest łatwo się na nie dostać. Wspominałem już o konieczności przejścia szeregu badań i uzyskania pozytywnej opinii lekarza. Poza tym trzeba mieć konkretne umiejętności potrzebne w wojsku, z reguły o charakterze bojowym, czyli obsługiwania określonego sprzętu oraz logistycznym.
A kwestia rozłąki z rodziną? Jak z tym sobie radzą żołnierze?
Pomimo że byliśmy 4 tys. km od domu, w dzisiejszych czasach nie jest to już takie straszne. Po pierwsze codziennie przez godzinę mamy dostęp do stanowiska komputerowego i korzystamy z Internetu. To okazja do rozmowy za pomocą komunikatorów. Poza tym można wysłać maile. Codziennie za darmo można przez 10 minut rozmawiać dzwoniąc na telefon stacjonarny i 4 min. na komórkowy. Część żołnierzy kupuje też karty telefoniczne afgańskiego operatora. Są też listy i kartki pocztowe, ale zanim dojdą do Polski musi minąć nawet 2 miesiące. Należy też pamiętać, że misji nie można przerwać. Tylko w wyjątkowych przypadkach, związanych np. ze śmiercią w rodzinie i za zgodą zwierzchników można przyjechać do Polski. Decyzję o uczestnictwie trzeba dobrze przemyśleć.
Na misje trudno jest wyjechać, życie na miejscu jest jeszcze trudniejsze, a żołnierze sami się starają o udział w tym wszystkim. Osobie niezwiązanej z armią, wydaje się to kompletnie nielogiczne.
Rzeczywiście trudno to wyjaśnić. Ja po prostu lubię swój zawód i wszystko co jest z nim związane. Chodzi tu o atmosferę tego wyjazdu, może o adrenalinę, a także o chęć pomocy innym. Po to przede wszystkim tam jedziemy.
Więcej w kolejnym numerze "Ziemi".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze