Reklama

Prezes spółdzielni złożył wypowiedzenie

Tygodnik Echo Powiatu
10/02/2004 14:11
W minionym tygodniu prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Lokatorsko-Własnościowej w Sochaczewie złożył wypowiedzenie. Nieoficjalnie mówi się, że Antoni Chełmiński wybrał lepszą ofertę pracy w Warszawie. Dla nas liczy się przede wszystkim fakt, że po raz kolejny spółdzielcy zostali bez szefa. I coraz większe grono mieszkańców zastanawia się nad tym, dlaczego żaden z dotychczasowych prezesów spółdzielni nie wytrwał na swoim stanowisku dłużej niż rok.

Odejście Antoniego Chełmińskiego było poprzedzone całą masą, jak na parę miesięcy, zmian kadrowych przy Piłsudskiego 26. W niedługim czasie po objęciu przez niego stanowiska odwołano Roberta Błaszczyka, przewodniczącym Rady Nadzorczej został Andrzej Starbała. Ze stanowiska wiceprezesa zarządu zrezygnował Mieczysław Naguszewski, zastąpił go Lech Zawadzki, ale już po paru miesiącach odszedł i spółdzielnia musiała rozpisać kolejny konkurs, by uzupełnić personel. A teraz, po roku pełnienia funkcji, przyszła kolej na samego prezesa. I wszystko dałoby się jeszcze jakoś przeżyć, gdyby nie fakt, że prezesi największej w Sochaczewie spółdzielni mieszkaniowej zmieniają się jak rękawiczki, albo sami odchodzą, albo się ich odwołuje, tak czy inaczej kadencje te rzadko są dłuższe niż dwanaście miesięcy.

Wybór każdego prezesa poprzedzony jest konkursem. Spośród kandydatów wskazuje się najlepszego, zatem takiego, który potrafi przedstawić plany poprawy kondycji finansowej spółdzielni i przekonać delegatów bloków i osiedli, że jest w stanie projekty te wprowadzić w życie. Ponieważ sytuacja spółdzielni jest nienajlepsza, jeśli nie bardzo zła, można założyć, że ów egzamin na wiarygodny projekt jej pozytywnej zmiany zdawali najlepsi. Czy możliwe jest zatem, że za każdym razem się mylono? Czy możliwe, że spośród tak licznego grona byłych prezesów nie było choćby jednego rzeczywiście mądrego i z pomysłem? A może, jeśli spojrzeć od innej strony, to ci, którzy wybierają, nie są zbyt kompetentni. Wszak, gdyby poobserwować zaangażowanych delegatów spółdzielni, ci od lat niemal się nie zmieniają, a do rady nadzorczej trafiają na przemian grupy tych samych członków. Jedna prezesa wybiera, druga odwołuje.

Sprawa Wandy A. do dziś ciąży cieniem nad spółdzielnią, ogromne pieniądze członków gdzieś wypłynęły i próżno pytać w prokuraturze o termin jej rozwiązania. Bloki są w większości w okropnym stanie, w kolejce po wymianę okien aż strach się ustawiać, bo długa jak za komuny, o podzielniki wciąż wszyscy się kłócą, za sterczące gwoździami huśtawki (jeśli w ogóle są) w końcu przyjdzie komuś odpowiadać przed sądem, a o ławeczce, by przysiąść przed blokiem, to nawet nie wypada marzyć. Tymczasem prezes, który od tego jest, by opracować i zrealizować strategię wejścia z kryzysu spółdzielni i poprawy jakości życia jej członków, odchodzi zanim upora się z papierkową robotą. Wtedy przychodzi następny, ale zanim nabierze powietrza w płuca, wyrzuca się go za drzwi. I chociaż coraz głośniej mówi się o przeroście kompetencji rady nadzorczej, o tym, że zamiast wspierać, wciąż rzuca kłody pod nogi prezesom, bo właśnie zmieniła się opcja, nikt nie robi nic, by przyjrzeć się gronu osób, które od lat nie są w stanie wybrać odpowiadającego jej przywódcy, dzięki czemu kilka tysięcy ludzi mieszka jak mieszka. A przecież, o czym wielu zapomina, wszyscy członkowie spółdzielni mają wpływ na swoje słono wydawane co miesiąc pieniądze i mieszkalne otoczenie, wystarczy się zaangażować (np. zostawszy delegatem), zwłaszcza wówczas, gdy ma się ogólne poczucie, że dobrze nie jest.
figa


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości