W liceum, do którego uczęszczam, nie często dzieje się coś ciekawego, ale szkoła ta jest sama w sobie zagadnieniem godnym uwagi. Wystarczy przeżyć tam jeden dzień, aby poznać jej "duszę". Wędrówkę zacznijmy od szatni, w której znajdują się tzw. Boksy. Aż trudno jest uwierzyć, że w tak małym pomieszczeniu może się przebrać około trzydziestu osób w ciągu dziesięciu lub piętnastu minut, a jeszcze trudniej jest się tam dostać ( szczególnie uczniowi klasy 1A, którego boks jest na szarym końcu pieczary). Maturzyści są w tym przypadku szczególnie wyróżnieni, gdyż ich szatnie mieszczą się osobno i nie muszą oni walczyć ze swoimi kolegami, aby znaleźć się tam jeszcze przed dzwonkiem.( Wiem coś o tym, bo w tym roku to ja jestem uprzywilejowana. Miło, że ktoś nagrodził moją trzyletnią męczarnię i zmienił ją na odrobinę mniejszą). Większości jednak udaje się stamtąd wydostać na czas, aby udać się pod określoną salę i zerknąć do zeszytu kolegi, bo przecież dobrze jest wiedzieć, czego się nie zdążyło nauczyć poprzedniego wieczora. Lekcje, jak w każdej normalnej szkole, są torturą dla uczniów, którzy na utęskniony dźwięk dzwonka wypadają z klas. Najważniejszym miejscem w naszym L.O. jest korytarz tuż przy samym wejściu. To właśnie tam zazwyczaj koncentruje się ponad połowa wszystkich osób, które pędzą z nadzieją w oczętach, aby na tablicy ogłoszeń sprawdzić, co strasznego ich czeka lub co niespodziewanie może ich ominąć po przerwie. Ostatnio po nadchodzącej fali zachorowań na grypę nadzieją żyje coraz więcej ludzi, ale nauczyciele to twarde sztuki i tak łatwo się nie poddadzą. Kiedyś oprócz zastępstw wywieszane były ku pokrzepieniu serc także szczęśliwe numerki, którego losowy wybór wydawał mi się wątpliwy. Niestety stwierdzono, że nawet ten przywilej zostanie nam brutalnie odebrany. Z drugiej strony nie ma konfliktów ze strony ich przestrzegania przez poniektórych belfrów. To samo było ze zgłaszaniem przez ucznia nieprzygotowania do lekcji. Ktoś puścił plotkę, że zlikwidują nam także i to ułatwienie życia szkolnego. Większość postanowiła wykorzystać ostatnie dni istnienia N P i dało się nabrać. Co z tego, że przywilej pozostał, kiedy większość z nas go wykorzystała? Spod tablicy ogłoszeń już niedaleko do szatni, gdzie naiwni ludzie wstępują po, zapomniane przez nich w porannym wyścigu, pieniądze. Bardzo prawdopodobne jest spotkanie z samym dyrektorem, który często kontroluje zawartość dymu z papierosów w powietrzu. Na szczęście w boksach nie ma okien ( bo w sumie po co?) i każdy najmniejszy zapach jest natychmiast wyczuwalny. Gdy wydostaniemy się spod podejrzliwego oka pana dyrektora, możemy udać się do tzw. Herbaciarni ( którą każdy zwykł nazywać inaczej wbrew napisowi na drzwiach ), gdzie również spotyka się znakomita część młodzieży szkolnej. Z zaopatrzeniem bywa różnie toteż uczniowie chętnie korzystają ze sklepów poza terenem uczelni. Czasami uda nam się coś usłyszeć z głośników radiowęzła, którym ponownie się zainteresowano. Na szczęście muzyka jest dobra, na nieszczęście nie wszędzie ją słychać. Zawsze natomiast dobrze słyszalne są super długie przemówienia głowy szkoły. Można skorzystać z łazienki, ale koniecznie trzeba wziąć ze sobą osobę towarzyszącą najlepiej tej samej płci, bo rzadko kabinę da się zamknąć, ale w ten sposób rozwija się koleżeńska pomoc. Z napisów na drzwiach możemy się dowiedzieć, że kiedyś popularny był film "Tańczący z wąsami", a jeden z utworów Sienkiewicza nosi tytuł "Ogniem i Mieciem". Niestety nie wszyscy mają tyle szczęścia, aby zwiedzić wszystkie zabytki naszego L.O. w ciągu jednej przerwy. Niektórym nie starcza nawet czasu na przegryzienie czegoś w międzyczasie. Zajęcia często rozrzucone są po całej szkole, a przejście między dwiema częściami ( starą i nową) jest niekiedy wyjątkowo trudne, ale dzięki tym doświadczeniom nabywamy zdolności wyboru tego, co najważniejsze. Czasami lekcje odbywają się w "schowku na szczotki" bynajmniej nie przystosowanym do swej roli. Przynajmniej mamy pewność, że nauczyciel nie zrobi nam sprawdzianu, no bo niby jakim cudem? Po trudach dnia szkolnego trzeba wrócić do szatni. Jesteśmy tam zmęczeni, że nawet nie zauważamy sterty wolnostojących butów, o które można się zabić. Mamy dojść tej ciasnoty i rozumiemy naszych rówieśników, którym zmiana obuwia jest obca. Później tylko kilka sekund, drzwi i jesteśmy wolni. Tak wygląda dzień, który udało nam się przeżyć w najlepszym przypadku z lekkim uszczerbkiem na zdrowiu.
Polax polax@box43.pl
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze