Reklama

Rzemieślnik z certyfikatem

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
07/03/2007 08:12
Już za kilka tygodni mogą wejść w życie przepisy, które zmuszą drobnych przedsiębiorców do pisemnego poświadczenia swoich kwalifikacji. Aby mogli wykonywać swój zawód, będą musieli przejść szkolenia i zdać egzaminy. Jest to pomysł sejmowej komisji rozwoju przedsiębiorczości skierowany do osób, a jest ich całkiem spora grupa, które wykonują usługi rzemieślnicze bez uprawnień.
Powrót do tradycji
Na pytanie: Po co wprowadzać dodatkowe wymogi dla rzemieślników – odpowiada na stronie internetowej poseł Michał Wójcik, członek wspomnianej komisji. Z jego wypowiedzi wynika, że chodzi tu przede wszystkim o ochronę klientów, bo każdy ma prawo wiedzieć, czy usługa zostanie wykonana rzetelnie. I tu bardziej wiarygodny, zdaniem posła, jest rzemieślnik z certyfikatem.
Pomysł ten ma zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników, którzy stawiają nie na „papier”, lecz na doświadczenie. My o wyrażenie opinii na ten temat poprosiliśmy prezesa Cechu Rzemiosł Różnych w Sochaczewie, Witolda Antuszewicza. Jak twierdzi pan prezes, rzemiosło to jeden z najstarszych cechów, posiadający bogate tradycje. Ktoś, kto taki zawód uprawia, powinien to robić z autentycznego powołania. Ukończyć odpowiednią szkołę, zdać egzamin, tak, jak to było kiedyś. Przepis ten, zdaniem Witolda Antuszewicza, zwiastuje powrót do starych dobrych tradycji. „To właśnie przez te odstępstwa rzemiosło zaczęło upadać. W latach 1960-80 Sochaczew miał 840 rzemieślników, w tej chwili jest ich 84”.
Zanikające zawody
Branży rzemieślniczych w tamtych dobrych latach było naprawdę dużo, tak, że nie sposób wszystkich wymienić. Najwyżej w rzemieślniczej hierarchii Sochaczewa stali piekarze i cukiernicy, potem fryzjerzy, krawcy, stolarze, ślusarze, mechanicy samochodowi, dekarze, elektrycy. Bardzo znany był kiedyś zawód czapnika, a w cechu zrzeszeni byli również taksówkarze, mający dziś własne stowarzyszenie. Jest wiele branż, które z upływem czasu zaginęły, jak choćby kaletnictwo albo kowalstwo, zmierzające dziś raczej w kierunku zdobniczym. W sochaczewskim cechu nie ma w tej chwili też ani jednego kominiarza.
Trochę historii
Sochaczewskie rzemiosło, jak mówi Witold Antuszewicz, tak naprawdę zaczęło się rozwijać w połowie lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Cech jest w posiadaniu wielu pięknych historycznych sztandarów poszczególnych zawodów. Bardzo liczną grupą byli kiedyś masarze, ale też fryzjerzy, piekarze, ślusarze, czy murarze. Nawet mówiło się, że w latach 80-tych Sochaczew był miastem fryzjerów. Gros rzemieślników obecnie należących do cechu czyni to raczej z tradycji, bo choć już nie zatrudniają uczniów, to swój fach kochają. Pozostali robią to dziś raczej z obowiązku, bo mają uczniów, a taki jest wówczas wymóg.
W ciężkich czasach powstawał sam Dom Rzemiosła. Były to lata 60., kiedy to trudno było cokolwiek dostać. „Budowaliśmy go z własnych składek, jednością i własnymi rękami. Nikt nie dawał na to pieniędzy” – mówi Witold Antuszewicz.
Koszty i zyski
Dwa lata temu wrócił przepis o obligatoryjnej przynależności do cechów osób zatrudniających uczniów szkolących się pod okiem opiekuna – rzemieślnika. Ma to zachęcić rzemieślników do wstępowania do cechu, bowiem, jeśli uczeń zda egzamin czeladniczy, zatrudniający go rzemieślnik otrzymuje z Urzędu Skarbowego rekompensatę za wyszkolenie ucznia w postaci ulgi podatkowej, która może dochodzić nawet do 8 tys. zł. Z tym, że za egzamin swego ucznia musi zapłacić rzemieślnik.
Na razie jeszcze nie wiadomo, ile teraz, w myśl nowej ustawy, będą kosztowały egzaminy dla rzemieślników. Obecnie, aby zostać czeladnikiem, trzeba zapłacić 380 złotych. Osoby z zewnątrz nieco więcej, bo 450 zł. Droższe są egzaminy mistrzowskie. Pracownik firmy zrzeszonej w Izbie płaci 800 złotych, osoba z zewnątrz 200 zł więcej.
Nowe przepisy nie są przez zainteresowanych oceniane jednoznacznie, ale ich zwolennicy przekonują, że to wszystko w interesie klienta, bo egzamin zmusi rzemieślnika do podnoszenia kwalifikacji. Na przykład w Niemczech, bez papierów, rzemieślnik nie ma czego szukać. Z tym, że tam objętych tymi przepisami jest 40 zawodów, u nas zaś ma ich być aż 100. Być może jest to za dużo, bo o ile trudno sobie wyobrazić, by osoba bez papierów wykonywała zawód elektryka czy gazownika, o tyle są na pewno na tej liście fachy prostsze, które być może ukończenia kursu nie wymagają. Może trzeba by jeszcze raz zweryfikować tę listę. Jedno jest pewne, co podkreślają pomysłodawcy, że osoby, które już dyplom mistrza i czeladnika mają, nie będą musiały egzaminów zdawać.
Rzemieślnicze żarty
Jak wspomina Witold Antuszewicz, były w Sochaczewie czasy, gdy mistrzowie rzemieślniczy traktowani byli jak elita. „To byli wówczas zamożni ludzie i społeczność darzyła ich wielkim szacunkiem. Gdy np. w niedzielę mistrz budowlany szedł elegancko ubrany na spacer z rodziną, kłaniało mu się bardzo wielu przechodniów. Wtedy to był po prostu ktoś!
Mimo to były to jednocześnie czasy, gdy ludzie żyli o wiele pogodniej niż dziś – kontynuuje pan Witold. - Robienie sobie rozmaitych kawałów było na porządku dziennym. Dzisiaj takie rzeczy niechybnie skończyłyby się w sądzie. Jeśli zaś o sądzie mowa, to był w latach 60. w Sochaczewie znany wszystkim mistrz krawiectwa o przezwisku „Koza”. Prawdopodobnie z racji koziej fizjonomii, podkreślonej jeszcze tzw. kozią bródką. Pewnego razu ten „Koza” przechodził nieopodal ruin naszego zamku i mijał się z Szenwaldem, równie słynnym w ówczesnym Sochaczewie wesołkiem. Ten, mijając Kozę, głośno zabeczał. Tak to rozgniewało krawca, że podał Szenwalda do sądu.
Wieść o tej nietypowej rozprawie rozeszła się szybko i w sali sądowej zjawiło się niemal pół miasta. Wszyscy byli bardzo ciekawi, jak też sąd potraktuje ten żart. Kiedy jednak doszło do zeznań Szenwalda, ten powiedział: „Proszę Wysokiego Sądu, co ten człowiek ode mnie chce? Ja tylko, przechodząc tamtędy, zobaczyłem na zboczach góry zamkowej pasące się kozy, a przecież koza to żydowskie zwierzę, które nas żywi, to jak ja bym mógł do nich nie zabeczeć”. Śmieli się wszyscy, łącznie z sędzią, który walił młotkiem w stół, by uciszyć salę, po czym wydał wyrok uniewinniający”.
Jako się rzekło, w latach 60. Sochaczew był, bez przesady, miastem fryzjerów. Najsłynniejszym z nich był, mający swój zakład w „Kobka Domu”, niejaki Malczyk. Wiele osób robiło mu żarty, a najpopularniejszy to podpuszczenie przyjazdnego ze wsi, który z bacikiem wchodził do golarni Malczyka i pytał, czy może tu kupić kilo gwoździ. Nieraz fryzjer gonił takiego z brzytwą aż na ulicę, wzbudzając śmiech wśród przechodniów.
Inne to były czasy, inne obyczaje. Egzaminy rzemieślnicze na pewno ich nie przywrócą, ale może chociaż podniosą nieco prestiż ciągle potrzebnych rzemieślniczych zawodów.
Małgorzata Pałuba
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    erkal 2007-03-13 23:21:52

    A zupełnie poważnie. Bez czajnika oglądacie juz ładne biusty w CKM? Ja już daje sobie radę.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    erkal 2007-03-11 23:16:46

    To ja sprzedam znajomość życia. Tylko za ile?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    AKLA 2007-03-11 21:27:08

    Prawda jest taka ,żeby prowadzić aptekę nie trzeba mieć magistra farmakologii.Czyli co ? Ci co wykonują pracę to muszą być doświadczeni a Ci co zakładają "działalność gospodarczą" ani trochę.Ha-Ha.Przydałoby się faktycznie dla tych nowobogackich-troszkę kultury,ogłady ,znajomości kodeksu pracy i tzw życia. Co Wy na to?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama