Dzień 11 Good bye Morze Śródziemne good evening – Konya
Rano postanowiliśmy wejść jeszcze na zamek do którego są dwa wejścia – jedno płatne drugie nie. Zgadnijcie, które wybraliśmy :-) Zamek jest w dobrym stanie bo do końca I wojny światowej był ciągle obiektem wojskowym. W czasie zwiedzania można wchodzić na wszystkie mury i wieże oraz do wszystkich pomieszczeń, jedyne zakazy to zakaz piknikowania, rozbijania namiotów i palenia ognisk. Przed wyjazdem z Anamur podjechaliśmy jeszcze na obiad do baru w którym jadają miejscowi, potem kilka fotek z symbolem miasta czyli rzeźbą przedstawiającą panią z kiściem bananów i ruszamy w drogę. Naszym celem na dziś jest Kapadocja. Trochę trudno nam się rozstać z morzem śródziemnym zwłaszcza, że zgodnie z planem mamy 1 dzień zapasu, który chętnie wykorzystalibyśmy leżąc na plaży. Ruszamy trasą wzdłuż wybrzeża z Anamur w kierunku Silifke. W Aydincik ostatnie zdjęcie z morzem i odbijamy na północ. Przebijamy się przez pasmo nadmorskich gór i docieramy do głównej trasy biegnącej na północ przez Karaman do Konya. Niestety nasza radość z dobrej dwupasmowej drogi nie trwa długo. W okolicach Mut jest objazd remontowanego odcinka. Niestety ktoś nie pomyślał o tym, żeby najpierw przygotować objazd, a dopiero zabierać się za remont głównej trasy. Nasz objazd prowadzi nas wąską wykutą w górach dróżką, na której nie ma żadnej normalnej nawierzchni – tylko ziemia, i kamienie oraz dużo pyłu, który po przejechaniu samochodu unosi się i ogranicza widoczność do 0. W niektórych miejscach ciągle trwają roboty drogowe, jeżdżą spycharki i inny ciężki sprzęt co potwierdza, że objazd jeszcze nie jest skończony i dodatkowo utrudnia poruszanie się. Po ok. godzinie jazdy, która wydawała się wiecznością docieramy w końcu na asfalt i od razu robimy przerwę bo zarówno my jak i motocykle jesteśmy wykończeni. Nasz odpoczynek nie trwa jednak długo bo mamy do pokonania jeszcze długą drogę. Przez Karaman docieramy do Konya, miasta tańczących Derwiszów, gdzie zatrzymujemy się na nocleg. Ciekawostką w tym mieście jest to, że ze względów religijnych w żadnym sklepie ani restauracji nie kupi się alkoholu. Sprawdziliśmy to osobiście w kilku małych i dużych sklepach. Do tego miasto o 22:00 zamiera. Przed tą godziną jest duży ruch uliczny i głośny gwar, a potem stopniowo ale dosyć szybko robi się spokój. Zupełnie inaczej niż w miejscowościach, które poznaliśmy do tej pory. Na zakończenie dnia zakupy i kanapka w małym barze na kolację. Tego dnia kupiłem lokalny napój ze sfermentowanych czarnych marchewek. Widziałem go już w wielu miejscach ale dopiero teraz skusiłem się żeby go spróbować. Smakuje jak woda z ogórków kiszonych tylko trochę łagodniej.
Dzień 12
Dzień jak zwykle rozpoczęliśmy od pakowania naszych kufrów, czynności która jest największym minusem codziennej zmiany miejsca. Po wymeldowaniu się postanowiliśmy trochę pozwiedzać. Z wielu atrakcji wybraliśmy Mevlana Tekkesi, czyli zakon tańczących derwiszów. Składa się on z parku, budynków gdzie mieszkali derwisze (są tam ekspozycje z figurami naturalnej wielkości, pokazujące codzienne życie ludzi tam mieszkających) oraz dużego budynku, który chyba był meczetem ale obecnie jest wypełniony grobowcami najważniejszych członków zakonu (ci mniej ważni mają grobowce na zewnątrz) oraz różnymi pamiątkami, głównie wydaniami Koranu (niektóre robią wrażenie np. kieszonkowe wydanie wielkości 3cm x 3 cm z pięknymi zdobieniami na każdej stronie i mikroskopijnymi literkami). Po derwiszach jedziemy jeszcze zobaczyć kopiec Alaeddin Teppesi, ale nie robi na nas wrażenia i szybko ruszamy dalej w kierunku Kapadocji. Pierwsze kilometry mijają przyjemnie chociaż temperatura nierozpieszcza i jest jakieś 17-18 stopni. Niestety wkrótce zaczyna się deszcz, który towarzyszy nam przez resztę dnia. Pogoda psuje nam nasze plany i zwiedzamy tylko dolinę Ihlara oraz oglądamy z drogi domy wykute w skałach. Dolina (bardziej pasowałoby to miejsce nazwać kanionem, bo jest otoczone pionowymi skałami) jest bardzo malowniczym miejscem i na pewno dostarczy wielu wspaniałych wrażeń przy nieco lepszej pogodzie. My obejrzeliśmy 4 wykute w skale kościoły (z 12 dostępnych do zwiedzania, a w sumie jest ich tam ponad 60), niestety dalszy spacer uniemożliwiła rwąca rzeka, która zalała szlak. Opuszczamy dolinę i kierujemy się na Derinkuyu ale zaczyna tak lać, że dalsza droga staje się zbyt nieprzyjemna i niebezpieczna, więc opuszczamy Kapadocję i kierujemy się do Ankary skręcając na północ w Aksaray. Tutaj dodam od siebie, że jak się ma mało paliwa to warto zatankować w tym mieście bo potem przez ok 60 km nie ma żadnej stacji benzynowej, a jedzie się przez totalne odludzie (co prawda bardzo ruchliwą drogą więc pewnie pomoc by się znalazła). Ja tego nie zrobiłem i pierwszy raz miałem przed oczami wizję przymusowego postoju na poboczu, ale skończyło się dobrze (przejechałem na rezerwie 70 km i zostało w baku jeszcze z pół litra benzyny, a wg instrukcji zasięg Fazera na rezerwie to ok 60 km :-) Ok. 20 docieramy do Ankary i zaczynamy szukać noclegu. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej żeby zasięgnąć języka i wszyscy chcą bardzo nam pomóc ale nie bardzo znają języki obce, a my po turecku też nie bardzo. Gość z obsługi dzwoni do znajomego, który zna angielski i jakoś się dogadujemy. Potem proponują nam herbatę, więc chyba musimy wyglądać naprawdę źle po całym dniu w deszczu (ja się cały trzęsę z zimna) bo to pierwszy raz kiedy ktoś jest aż tak miły. Zostaliśmy zaprowadzeni do małej kuchni gdzie dostaliśmy gorący napój, a w rogu pokoju jeden z pracowników właśnie się modlił, więc było dosyć specyficznie. Dzień zakończyliśmy w hotelu z ciekawym pomysłem na łazienki w każdym pokoju. Dla tego celu zostało zabudowane wyjście na balkon (zostało pół balkonu ale bez możliwości wyjścia, no chyba że przez okno :-)
Dzień 13 Ankara – Istambuł
W Ankarze zwiedzamy wzgórze zamkowe, a przy okazji uliczny bazar, przez który wiedzie nasza droga. Wzgórze jest zabudowane starymi rozpadającymi się domami. Ponieważ ciągle mamy problem z upodobnieniem się do tubylców to od razu stajemy się celem dla handlarzy i dzieciaków (najlepszy chciał 5 dolarów za pokazanie palcem drogi do zamku, chociaż i tak była tylko jedna :-) Z cytadeli rozciąga się wspaniały widok na całe miasto – pod stopami mamy stare zniszczone domki, a dalej nowoczesną metropolię. Zapomniałem napisać, że pogoda jest tego dnia wspaniała i świeci słońce więc szybko zapominamy o wczorajszych przejściach. Po zejściu ze wzgórza wymeldowujemy się z hotelu, robimy kilka fotek (pan z recepcji chciał mieć zdjęcie na BMW Gregora) i ruszamy do Antikabir (Mauzoleum Ataturka – pierwszego prezydenta i twórcy nowoczesnego państwa tureckiego). Miejsce to jest celem pielgrzymek za całej Turcji i naprawdę robi wrażenie swoim ogromem. Przed wejściami stoją warty złożone z żołnierzy różnych rodzajów wojsk. Samo mauzoleum przypomina olbrzymią starożytną świątynię. W przyległych budynkach można zwiedzić muzeum Ataturka, sklep z pamiątkami, w którym mają nawet zegarki z jego podpisem (nawet niedrogie i całkiem eleganckie) oraz zobaczyć lawetę armatnią użytą w czasie pogrzebu, samochody, którymi jeździł oraz kuter wycieczkowy (chyba raz nim płynął, tak przynajmniej wynika z opisu). Miejsce na pewno warte zobaczenia jeśli ktoś jest w Ankarze. Koniec zwiedzania na dziś i czas ruszać do Istambułu bu jutro wyścig Formuły 1, który znalazł się na naszej liście. Nie decydujemy się na autostradę tylko wybieramy równoległą ekspresówkę, która zapewnia ładniejsze widoki i pozwala na zatrzymanie się w jednym z mijanych miasteczek na miejscowy obiad. Na autostradę wjeżdżamy 70 km przed Istambułem bo ruch robi się coraz większy, a i ilość miejscowości ze skrzyżowaniami zaczyna utrudniać sprawne poruszanie się (no i trzeba też w końcu wykorzystać karty do płacenia za przejazd, które musieliśmy przy pierwszym wjeździe). Na tor docieramy ok. 19. Rozbijamy namioty na parkingu przed wejściem, który na tą noc staje się biwakiem dla kilkudziesięciu osób (z tego co zauważyłem to chyba wszyscy oprócz nas byli z Bułgarii).
Dzień 14 Dzień na wyścigach
W nocy się za bardzo nie wyspałem bo było strasznie zimno (trzeba będzie zainwestować w śpiwór taki jak ma Gregor – ponoć daje radę nawet przy -10 stopniach C ), a do tego miejscowe psy strasznie hałasowały, no i ten odgłos włączanych co pół godzinę silników bo chłopakom w samochodach chyba też nie było za ciepło. Rano trzeba się szybko zwinąć, żeby zrobić miejsce dla autobusów i można ruszać na festyn F1. Obchodzimy sklepy z oficjalnymi gadżetami i stoiska sponsorów ale nic nas tu nie zaciekawiło (nawet hostessy nie były zbyt urodziwe) i ruszamy na trybuny (a raczej trawniki, bo były tańsze :-) Sprawdzamy kilka lokalizacji i wybieramy najlepszą. Przed głównym wyścigiem startują jeszcze GP3, GP2 i Porsche Cup. O 15:00 miejscowego czasu rusza F1. Przejazd tych wszystkich maszyn robi naprawdę duże wrażenie i mocno daje się we znaki bębenkom w uszach. Potem stawka się rozciąga i robi się mniej ciekawie ale za to przez cały czas bardzo głośno bo jedną prostą mamy przed sobą, a drugą za i zawsze są tam jakieś bolidy. Wyścig skończył się jak zwykle zwycięstwem Red Bull"a. Ruszamy do wyjścia. Przy motorach jak zwykle wzbudzamy zainteresowanie. Tym razem porozmawiałem sobie z gościem z Rosji, który specjalnie przyleciał tylko na jeden dzień kibicować Pietrowowi. Chwilę pogadaliśmy o motocyklach i porównaliśmy osiągi Fazera z jego Audi S5, a potem ruszyliśmy do Istambułu (tor jest ok 50 km na wschód od miasta). Żeby nie przepychać się przez gigantyczny korek, ruszamy w przeciwną stronę dzięki czemu lądujemy w górach i mamy wątpliwą przyjemność godzinnej jazdy po dziurawych drogach na jakimś odludziu. Docieram w końcu do głównej drogi, która oczywiście jest w remoncie i dostępny jest tylko jeden pas (z którego tureccy kierowcy robią 3), więc i tak swoje odstać musimy. W końcu docieramy do Istambułu i miasto to jest po prostu ogromne (wg szacunków mieszka tu 20 mln ludzi, a cała Turcja liczy 80 mln). Wybieramy dzielnicę, w której chcemy się zatrzymać ale dotarcie tam nie jest takie proste co owocuje tym, że 3 razy przekraczamy cieśninę Bosfor (na szczęście tylko raz płatnym mostem), ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo widok z mostu pod którym przepływają pełnomorskie statki jest naprawdę niesamowity. W końcu znajdujemy hotel, w którym stosunek ceny do standardu jest na akceptowalnym poziomie. Potem Gregor wyczytał w przewodniku, że jest to dzielnica o wątpliwej reputacji i lepiej się tam nie zapuszczać w nocy, co powoduje nieco obaw o motocykle, które stoją na ulicy, ale informacje te chyba są już nieaktualne bo kręcąc się po okolicy widzimy tłumy ludzi, a dookoła jest pełno klubów i różnych lokali rozrywkowych.
Dzień 15 Istambuł
Motocykle mają wolne, a my postanowiliśmy trochę pościerać podeszwy butów. Pogoda znowu dopisuje. Wyruszamy nad Bosfor, po drodze kupując śniadanie na wynos (nie wiem jak się to nazywało ale było to to samo co burek w Serbii, czyli super smaczne :-) Nad Bosforem robimy, krótką przerwę na śniadanie i oglądanie statków. Potem idziemy w kierunku Złotego Rogu, gdzie w dzielnicy sklepów dla marynarzy (jest tam wszystko od kotwic, łańcuchów po liny boje i jakieś drobiazgi, których nie potrafię nawet nazwać) kupuję nowy wypasiony strój przeciwdeszczowy, więc teraz Bułgaria mi nie straszna :-) Przekraczamy Złoty Róg mostem i nabrzeżem kierujemy się na stare miasto. Zwiedzanie zaczynamy od parku otaczającego pałac Topkapi. Odwiedzamy muzeum nauki (generalnie pokazane jest tam co muzułmańscy naukowcy dali światu od średniowiecza do 17-18 wieku). Następnym punkt programu to Hagia Sophia ale tutaj niestety nie wiedziemy bo jest poniedziałek, czyli większość muzeów zamknięta. Idąc dalej docieramy do Błękitnego Meczetu, który robi wspaniałe wrażenie, a do tego chodzenie bez butów po miękkich dywanach jest bardzo przyjemne. Po meczetach czas na Wielki Bazar. Największy zakryty bazar na świecie. Mnóstwo sklepów ze wszystkim od pamiątek po wyroby jubilerskie no i oczywiście kurtki skórzane. Tak chyba wygląda raj dla kobiet. Ja po 30 minutach mam dość. Po odwiedzeniu głównych atrakcji turystycznych kierujemy się w małe uliczki starego miasta, gdzie nie widać już turystów. Po drodze zachodzimy do sklepu z pamiątkami. Sklep wyglądał trochę dziwnie bo wszędzie stało pełno kartonów. Wybraliśmy sobie kilka pamiątkowych magnesów i gdy w końcu mogliśmy spytać panią, która do tej pory cały czas rozmawiała przez telefon ile kosztują powiedziała, że to jest prezent dla nas i możemy je sobie wziąć. Okazało się, że nie był to zwykły sklep tylko hurtownia dla okolicznych sklepików. Pochodziliśmy po wąskich uliczkach pełnych warsztatów, produkujących wszystko co potem jest sprzedawane turystom (można zobaczyć jak powstaje biżuteria, naczynia, a nawet koszulki i wszystko można kupić prosto od producenta). W końcu dotarliśmy do meczetu Sehzade, który może nie jest tak okazały jak Hagia Sophia czy Błękitny Meczet, ale też jest bardzo duży, a do tego było tu pusto więc bardzo fajnie się go oglądało. Do hotelu wróciliśmy już tramwajem, a potem jeszcze raz wróciliśmy na starówkę żeby zrobić trochę nocnych zdjęć, a potem zostało już tylko pakowanie kufrów bo rano trzeba wyruszać w drogę powrotną (chcemy przejechać Bułgarię we wtorek, a nie w środę jak pierwotnie planowaliśmy bo wg prognozy będziemy mieli dobrą pogodę, a w środę mają być burze).
Wyprawę wspiera
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze