Reklama

Sochaczew - Damaszek - żegnaj deszczysta Unio

29/04/2011 09:13
Dzień 3. Żegnaj deszczysta Unio - trasa ok. 690 km

Dla odmiany ten dzień nie przywitał nas ulewą, ale było pochmurno. Rano spakowaliśmy bagaże, zrobiliśmy zdjęcie z sympatycznym gościem z recepcji i wyruszyliśmy w dalszą drogę. „Na pożegnanie” wyjechało również wojsko i ustawiło się długą kolumną wzdłuż naszej drogi (wielkie ciężarówki pełne żołnierzy z podczepionymi haubicami). Przejazd przez państwa bałkańskie nie pozwala zapomnieć, że niedawno zakończyła się tam wojna. Wyruszyliśmy autostradą z Niszu w stronę Sofii. Droga była pusta. Kilka kilometrów za Niszem autostrada się kończy i przechodzi w zwykłą drogę jednojezdniową, ale za to pojawiły się niezwykłe krajobrazy. Droga wije się malowniczym wąwozem wśród skalistych gór. Przez cały czas jedzie się drogą gdzie po lewej stronie są wysokie skały, a po prawej urwisko z rzeką w dole. Trasa ta jest idealna dla motocykli – dobra nawierzchnia i dużo zakrętów - tylko trzeba uważać, bo często ciężko się skupić na drodze tak ładne widoki wokoło.
Ostatnim miastem w Serbii jest Dimitrovgrad, gdzie zatrzymaliśmy się na sesję zdjęciową. Potem już tylko granica, na której wykorzystaliśmy możliwości jakie dają motocykle i ominęliśmy kolejkę do odprawy przejeżdżając od razu na sam początek kolejki. No to jesteśmy w Bułgarii. Kraj ten przywitał nas deszczem i fatalnymi drogami. Na pierwszej stacji za granicą zjechaliśmy, żeby kupić winiety i tutaj miłe zaskoczenie – motocykle mogą jeździć za darmo po „wspaniałych” bułgarskich szosach. Po kilku kilometrach kolejny zjazd na stację tym razem w celu założenia kombinezonów przeciwdeszczowych. Niestety ten Maćka został poważnie uszkodzony w czasie zakładania jeszcze na Słowacji (ręka wyszła bokiem zamiast rękawem :-) , ale co tam, najważniejsze że przód chronił (jeszcze) przed deszczem. Pod koniec żywota kombinezonu Maciek wyglądał jak w części obdarty z piór żółty kurczaczek poruszający się z prędkością dźwięku na motocyklu. W drodze do Sofii jeszcze nie spodziewaliśmy się, co nas czeka. Po dojechaniu do miasta skręcamy w lewo na „obwodnicę” i tutaj zaczyna się koszmar. Wąska jedno jezdniowa droga. Pełno samochodów i ciężarówek, do tego leje deszcz. Droga brudna i śliska a asfalt to był równy, ale chyba ze 20 lat temu. Artur skwitował to stwierdzeniem, że droga jest gorsza niż przez Włocławek i zaczął wspominać wierzby płaczące, świerzop i dzięcielin, co pała.
Po przejechaniu ok 20 -30 km wreszcie zauważyliśmy, utęskniony zjazd na Plovdiv (co prawda zauważył go Gregor, a że Maciek jechał pierwszy to musieliśmy zawracać co nie było łatwe w bułgarskich warunkach). Autostrada na Plovdiv okazała się trójpasmową dziurawo-łataną trasą pełną samochodów, ciężarówek i rozklekotanych autobusów. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się na tankowanie i coś ciepłego do picia. Siedząc w domu może być trudno sobie wyobrazić jak wspaniale jest wziąć w ręce kubek gorącej kawy – nareszcie wraca czucie w palcach. Tutaj mała podpowiedź dla osób wybierających się w te rejony. W Bułgarii kawa oznacza małe mocne espresso. Jeśli chcemy z mlekiem to nie liczmy na to, że ktoś nas o to zapyta tylko trzeba to z góry zaznaczyć.
Przy wyjeździe ze stacji przełączam w Fazerze zegarek na termometr. Jest 11 stopni i leje deszcz, ale to dopiero początek. Bułgaria jest górzystym krajem, co szybko odczuwamy na własnej skórze. Autostrada wspina się serpentynami do góry. Co kilka kilometrów szybki rzut oka na wskaźnik temperatury, która spada do 9 stopni. Jest naprawdę zimno, co dodatkowo potęguje przemoczone ubranie. Mój kombinezon przeciw deszczowy jest już w strzępach i co chwilę odrywają się od niego kolejne kawałki, co pewnie z boku wygląda dosyć zabawnie, ale dla mnie już takie wesołe nie jest. Jedyne wyjście to jechać naprzód, a więc głowa nisko za owiewkę, żeby choć trochę zmniejszyć napór zimnego powietrza i deszczu. Po zjechaniu z gór temperatura powoli się podnosi osiągając 15 stopni w okolicach Plovdiv. Tam opuszczamy autostradę i już zwykłymi drogami zmierzamy do granicy z Turcją. Po drodze mijamy wiele mniejszych i większych miejscowości, w których rzucają nam się w oczy zaparkowane pojazdy. Pod odmami stoją albo stare mercedesy albo osiołki stojące na trawnikach przed domami skubiące trawę. Widok naprawdę ciekawy szczególnie, że nie było to na wsi tylko w małych miastach. Osiołki wyglądają, jakby zaraz miały ruszyć z kopyta. Po kilku godzinach zmagań z bułgarskimi drogami docieramy wreszcie do granicy z Turcją.
Przed granicą jeszcze krótki postój na stacji tankowanie pod korek, bo za granicą ceny będą oscylowały wokół 8 zł za litr. Przejście graniczne Svilengrad-Edirne też jest ciekawym doświadczeniem. Na ziemi niczyjej stoi duże bezcłowe centrum handlowe z Burger King i różnymi markowymi sklepami (zrobiłem zdjęcia, ale zaraz celnik zwrócił mi uwagę że nie wolno – ciekawe, centrum handlowe z zakazem fotografowania).
Odprawa po stronie tureckiej to kupa śmiechu. Najpierw jedno okienko, gdzie celnik pyta o wizę. My jej nie mamy, co też mu mówimy. Każe nam jechać do kolejnego okienka. Tam każą wrócić po pieczątkę do wcześniejszego. Ten z kolei nie da pieczątki, bo nie ma wklejonej wizy. Jak pytamy gdzie mamy kupić tą magiczną naklejkę, na której będzie mógł postawić swoją magiczną pieczątkę celnik rzuca telefonem i zaczyna coś gadać, czego nie rozumiemy. W końcu okazuje się, że w budce na końcu terminala kupuje się wizy (dla ułatwienia budka ta stoi na samym końcu i jest maksymalnie oddalona od miejsca odpraw). Celnik zatrzymuje paszport Artura i każe iść po wizę, na miejscu miły pan bierze po 15 EUR i wkleja naklejkę do paszportu, a ponieważ Artura paszport został we wcześniejszym okienku, to dostaje on naklejkę na palec, którą ma sobie sam wkleić. Po podstęplowaniu wiz zostaje już tylko sprawdzenie dokumentów naszych towarzyszy, czyli Fazera i RS"a, a potem kolejna dziwna formalność: trzeba ustawić pojazdy w jednej linii (stało ich tam z 15) i czekać na przetrzepanie bagaży. Nam na szczęście nie kazali rozbierać motocykli na części i z uśmiechem celnik puścił nas … do kolejnej bramki. Potem już tylko zdjęcie na tle meczetu stojącego przy terminalu i ruszamy w dalszą drogę.
Mijamy Edirne i kierujemy się na południe. Pogoda znowu jest przeciw nam i znowu zaczyna padać. Na szczęście drogi w Turcji są bardzo dobre, nie tylko w porównaniu z bułgarskimi, ale także polskimi. Główne drogi są dwujezdniowe z dwoma pasami w każdą stronę. Zła wiadomość jest taka, że ilość remontów na naszej trasie jest taka jakby to Turcja miała organizować Euro 2012 i dowiedzieli się o tym miesiąc temu. Im dalej na południe tym bardziej psuje się pogoda do tego zapada zmrok. Jest zimno, ciemno, mokro, a miejscowi kierowcy nie przestrzegają żadnych przepisów. Ja jadę przodem, bo Artur słabo widzi przez zaparowane okulary i ustalamy, że będzie jechał za moimi tylnym światłem. Kiedy myślimy, że nie może być gorzej wjeżdżamy w góry. Momentalnie znajdujemy się w chmurze, która ogranicza widoczność do 50 metrów, ale niestety nie ogranicza opadów. Prędkość spada do 30-40 km/h. W końcu udaje się nam dotrzeć do miasta Gelibolu. Na skrzyżowaniu pytamy miejscowego biker"a o hotel (a raczej hotel w miejscowym narzeczu), który prowadzi nas do miasta. Zaprowadza nas chyba pod najdroższy hotel w mieście, który nawet po zaproponowanych nam zniżkach jest nadal poza naszym limitem dziennym. Ruszamy na poszukiwanie noclegu i z pomocą sprzedawcy w kiosku znajdujemy odpowiednie miejsce. Otel wygląda, co prawda jak sprzed 40 lat ale jest czysto i miło, no i taniej. W (h)otelu jest Wi Fi, więc szybko sprawdzamy prognozę pogody na kolejne dni i tutaj pada kolejny cios – wg prognozy ma ciągle padać. Zastanawiam się czy nie jest to jakaś pora monsunów. Po tym dniu mam ochotę wracać do domu i gdyby nie bułgarskie drogi to może bym to zrobił, przynajmniej pojechałbym do Serbii gdzie zostało słońce i mnóstwo ciekawych miejsc. To był naprawdę ciężki dzień.


4. Witaj Azjo. Trasa - ok. 220 km

Budzik dzwoni jak zwykle o 6.00. Patrzę za okno i widzę chmury. Nie przyjmuję tego do wiadomości i idę dalej spać. Artur w ogóle nie otwiera opuchniętego ze zmęczenia oka. Budzę się jeszcze kilka razy, ale widok jest ten sam, więc wstajemy dopiero o 8.00. Szybka toaleta i idziemy na śniadanie. W stołówce jesteśmy sami, więc szybko dostajemy nasz zestaw obowiązkowy (pieczywo, ser, oliwki, pomidor i ogórek – bardzo dobre) i ustalamy plan na najbliższy dzień. Po opuszczeniu hotelu ruszamy zwiedzać półwysep Gallipoli – miejsce krwawej bitwy z 1915 roku. Jak ktoś nie za bardzo kojarzy proponuje obejrzeć film z Melem Gibsonem. Po kilku kilometrach nareszcie widzimy morze (na razie jest to cieśnina Dardanele, ale to szczegół), a co ważniejsze zaczyna wychodzić słońce. Po drodze zwiedzamy fort zbudowany w najwęższym miejscu cieśniny, który w 1915 roku zablokował dostęp flocie brytyjskiej do Istambułu, w efekcie czego Brytyjczycy podjęli decyzję o desancie na półwysep co zakończyło się śmiercią ponad 30 000 żołnierzy brytyjskich, francuskich, australijskich, nowo zelandzkich i hinduskich. Po kilkumiesięcznych walkach wojska Entanty wycofały się. Turcy pozwolili powrócić Brytyjczykom w 1918 roku w celu uprzątnięcia pola bitwy z niepochowanych ciał. Na półwyspie jest 31 cmentarzy wojennych, ale z 30 000 zabitych tylko 9 000 zostało zidentyfikowanych. Pozostali leżą w nieoznaczonych mogiłach lub nigdy nie zostali odnalezieni.
Po objechaniu pomników i cmentarzy wojennych kierujemy się na przystań promową. Mamy szczęście, bo wjeżdżamy na prom 3 min przed odpłynięciem. Artur jeszcze zdążył pobiec po zapiekanki. W drodze do Azji Artur jest oblegany prze dzieci z wycieczki szkolnej (dziwne, że mnie nigdy nikt nie zaczepia) i po tysiącu uściśnięć małych rąk i wymianie imion dobijamy do brzegu w Canakkale. Kolejnym punktem programu jest Troja, gdzie docieramy o 18:30. O tej porze roku przyjeżdżają tu chyba tylko tureckie wycieczki szkolne, a ponieważ docieramy tu przed samym zamknięciem to jest bardzo spokojnie i jesteśmy prawie jedynymi zwiedzającymi. To, co najbardziej mnie uderzyło to nie ruiny, ale zieleń dookoła. Dla większości ludzi Turcja kojarzy się z krainą spaloną słońcem, ze spękaną ziemią i suchymi roślinami, a tu dookoła wszystko zielone! Troja jest na pewno ciekawym miejscem, ale trzeba mieć dużą wyobraźnię żeby w tych rozrzuconych kamieniach zobaczyć miasto. Dla tych, co mają z tym problem tak jak ja pomocne są tablice z opisami i wizualizacją dawnych murów. Po opuszczeniu Troi podjeżdżamy do restauracji/sklepu z pamiątkami, żeby wymienić pieniądze. Niestety sprzedawca mówi żebyśmy przyszli jutro, ale z boku budynku zauważamy zaparkowane BMW GS 650 z naklejkami NZ. Przed restauracją spotykamy właściciela motocykla z żoną. Okazuje się, że przyjechał on na motocyklu z Nowej Zelandii, przez Australię, Indonezję, Tajlandię, Nepal, Indie, Pakistan, Iran. W Turcji dołączyła do niego żona na kilka dni, a potem rusza do Anglii gdzie zostawia motocykl i wraca do domu trochę popracować przed kontynuowaniem podróży. A my myśleliśmy, że nasza wyprawa to wyzwanie.
Po rozmowie czas na wspólne zdjęcie i wymianę mail"i. Oni zostają tu na noc, nas czeka jeszcze ok. 70 km do Kucukkuyu, gdzie postanowiliśmy przenocować. Droga wiedzie przez góry i jest na pewno bardzo malownicza niestety my jechaliśmy w nocy więc widoków nie podziwialiśmy, a emocji dostarczały nam prawdziwe serpentyny i zakręty po 360 stopni. Czasami bywało groźnie, ale daliśmy radę i bezpiecznie dotarliśmy do celu. Tym razem dla odmiany nocleg znaleźliśmy od razu. Co prawda Pan na recepcji nie znał ani jednego słowa po angielsku, ja nie znam tureckiego, ale jakoś się dogadaliśmy i nawet udało się jeszcze wymienić u niego pieniądze, dostać hasło do Wi Fi i znaleźć bezpieczny (mam nadzieję) parking dla naszych motocykli w ogrodzie za hotelem. Po rozgoszczeniu się w pokoju ruszamy na małe zakupu i rozpoznanie. Okazało się, że mieszkamy przy samym deptaku portowym, który zwiedzamy jeszcze tego samego wieczora. Po powrocie do hotelu, jeszcze tylko meldunek dla rodziny i relacja dla e-Sochaczew, po czym można iść spać (prawdę mówiąc to Gregor chrapie już od co najmniej godziny) bo jutro kolejny dzień pełen wrażeń.


C.D.N.



Wyprawę wspiera:

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    inesmatito 2011-04-29 09:54:02

    Ale wam zazdroscimy. No a gdzie te fotki??  

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama