W połowie wyprawy postanowiliśmy poświęcić jeden dzień na nic nierobienie. Tzn. Maciek prażył swoje kości na śródziemnomorskim słońcu, a ja zwiedzałem zamek na podgrodziu, którego mieszkaliśmy. Zamek pomimo średniowiecznego pochodzenia zachował się w niezłym stanie i wszystkie jego 36 wież nadal dominuje nad okolicą. Oczywiście skorzystałem z dziury w murze i poczułem się jak w „Panu samochodziku i Templariuszach”. Kasztel robi wrażenie swoim rozmiarem i usytuowaniem. Przed zamkiem ciągnie się forsa, której wody zamieszkują żółwie – o skorupach wielkości patelni. Na zwiedzanie i wspinanie się po murach poświęciłem ze 2 godziny, a i tak nie obszedłem wszystkiego. Po południu zdecydowaliśmy, że za wystarczy już tego „lenistwa” i ruszamy w teren. Z przewodnika wynikało, że w okolicy są ruiny starożytnego miasta i rzeczywiście były. Annamurium – bo tak się nazywała ta metropolia, przytłoczyło nas swoim rozmiarem, spodziewaliśmy się dwóch filarów na krzyż a tu znaleźliśmy kilkadziesiąt budynków użyteczności publicznej, 3 łaźnie oraz mur długości kilku kilometrów opasający miasto. Wszystko zachowało się w niezłym stanie, ale wygląda na to, że władze nie za bardzo dbają o ten zabytek. W Turcji wydaje się, że zadbanych jest kilka najważniejszych historycznych atrakcji turystycznych, a reszta dogorywa. Inna sprawa to to, że tutaj zabytków jest tak dużo, że praktycznie każdy ma jakąś kilku tysiącletnią kolumnę w swoim ogródku i trudno nad tym wszystkim zapanować. Często w swoje podróży mijaliśmy jakieś ruiny, o których nie było śladu w przewodniku. W każdym bądź razie Anamur coraz bardziej stawało się kwintesencją naszego wyjazdu i tym po, co tutaj przyjechaliśmy. Jeszcze bardziej przekonało nas do siebie jego życie uliczne i to, z czego słynie na całą turcję – Banany. Małe, ale za to, jakie smaczne, Kupiliśmy kiść przy głównej ulicy miasta, które jest rzekomo znane na całą Turcję ze swoich plantacji. Będąc już w mieście oddalonym od naszego kempingu o jakieś 3 km. Udaliśmy się również do tutejszego „baru mlecznego” gdzie wreszcie mogłem popróbować czegoś innego niż Kebap – to nie pomyłka pisze się przez „p”. Pysznie i tanio, najedliśmy się za 18TL, czyli najtaniej jak do tej pory. Wyposażyliśmy się jeszcze w sklepie w „niezbędnik” i wróciliśmy na kemping. Dzisiaj przebyty dystans to około 10 km :) Atrakcją wieczoru było ognisko i „kiełba” na patyku. No nie taka pyszna jak podwawelska, ale uszła. Tym turystycznym akcentem zakończyliśmy najwspanialszy jak do tej pory dzień naszego wyjazdu. Przypadkowy wybór kempingu okazał najlepszą decyzją tej wyprawy. Miasto Anamur ujęło nas swoją spontanicznością, nie skierowaną na potrzeby turystów. Chociaż miasto to staje jest podobno celem dla rodowitych turków, co widać po powstających hotelach. Więc jeżeli macie chęć je odwiedzić to nie zwlekajcie.
Dzień 11 Good bye Morze Śródziemne good evening – Konya
Rano postanowiliśmy wejść jeszcze na zamek, do którego są dwa wejścia – jedno płatne drugie nie. Zgadnijcie, które wybraliśmy :-) Zamek jest w dobrym stanie bo do końca I wojny światowej był ciągle obiektem wojskowym. W czasie zwiedzania można wchodzić na wszystkie mury i wieże oraz do wszystkich pomieszczeń, jedyne zakazy to zakaz piknikowania, rozbijania namiotów i palenia ognisk. Przed wyjazdem z Anamur podjechaliśmy jeszcze na obiad do baru, w którym jadają miejscowi, potem kilka fotek z symbolem miasta czyli rzeźbą przedstawiającą panią z kiściem bananów i ruszamy w drogę. Naszym celem na dziś jest Kapadocja. Trochę trudno nam się rozstać z morzem śródziemnym zwłaszcza, że zgodnie z planem mamy 1 dzień zapasu, który chętnie wykorzystalibyśmy leżąc na plaży. Ruszamy trasą wzdłuż wybrzeża z Anamur w kierunku Silifke. W Aydincik ostatnie zdjęcie z morzem i odbijamy na północ. Przebijamy się przez pasmo nadmorskich gór i docieramy do głównej trasy biegnącej na północ przez Karaman do Konya. Niestety nasza radość z dobrej dwupasmowej drogi nie trwa długo. W okolicach Mut jest objazd remontowanego odcinka. Niestety ktoś nie pomyślał o tym, żeby najpierw przygotować objazd, a dopiero zabierać się za remont głównej trasy. Nasz objazd prowadzi nas wąską wykutą w górach dróżką, na której nie ma żadnej normalnej nawierzchni – tylko ziemia, i kamienie oraz dużo pyłu, który po przejechaniu samochodu unosi się i ogranicza widoczność do 0. W niektórych miejscach ciągle trwają roboty drogowe, jeżdżą spycharki i inny ciężki sprzęt, co potwierdza, że objazd jeszcze nie jest skończony i dodatkowo utrudnia poruszanie się. Po ok. godzinie jazdy, która wydawała się wiecznością docieramy w końcu na asfalt i od razu robimy przerwę, bo zarówno my jak i motocykle jesteśmy wykończeni. Nasz odpoczynek nie trwa jednak długo, bo mamy do pokonania jeszcze długą drogę. Przez Karaman docieramy do Konya, miasta tańczących Derwiszów, gdzie zatrzymujemy się na nocleg. Ciekawostką w tym mieście jest to, że ze względów religijnych w żadnym sklepie ani restauracji nie kupi się alkoholu. Sprawdziliśmy to osobiście w kilku małych i dużych sklepach. Do tego miasto o 22:00 zamiera. Przed tą godziną jest duży ruch uliczny i głośny gwar, a potem stopniowo ale dosyć szybko robi się spokój. Zupełnie inaczej niż w miejscowościach, które poznaliśmy do tej pory. Na zakończenie dnia zakupy i kanapka w małym barze na kolację. Tego dnia kupiłem lokalny napój ze sfermentowanych czarnych marchewek. Widziałem go już w wielu miejscach, ale dopiero teraz skusiłem się żeby go spróbować. Smakuje jak woda z ogórków kiszonych tylko trochę łagodniej.
Wyprawę wspiera:
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze