Reklama

Sochaczew - Damaszek

04/05/2011 09:07
Dzień 5 – Wybrzeże Morza Egejskiego

Rano obudził nas hałas za oknem. Okazało się, że na ulicy pod hotelem Ali Baba jest bazar. We wszystkich okolicznych uliczkach są porozstawiane stragany. Idziemy obejrzeć port za dnia i wypić poranną kawę. W drodze powrotnej do hotelu zwiedzamy targowisko i zajadamy miejscowe przysmaki. Dzisiaj była to bułka z ciasta francuskiego posypana sezamem z bliżej nieokreślonym nadzieniem pochodzenia roślinnego. Po zwiedzeniu kilku tętniących życiem uliczek i wymianie dolarów na liry na poczcie wracamy do hotelu po bagaże. Plan na dzisiaj z okazji ładnej pogody i temperatury powyżej 23 st. jest taki, żeby poplażować w pięknych okolicznościach przyrody. Wyjeżdżamy z Küçükkuyu i kierujemy się na Izmir. Droga wiedzie nadmorskimi bulwarami, gdzie po lewej stronie mamy otwarte morze, a po prawej góry. Artur zatrzymuje się na chwile żeby dokupić u lokalnego dealera chińskich skuterów płyn hamulcowy, ale okazuje się, że nie trzeba nic dolewać. Sprzedawca rzuca z uśmiechem klika niecenzuralnych słów po polsku i opowiada o swoim kilkuletnim pobycie w Niemczech i polskich przyjaciołach. W Turcji wielu ludzi opowiada o swoim niemieckim pochodzeniu lub kilkuletnim pobycie. Częściej również opisy atrakcji turystycznych są w języku Goethego, niż Byrona. Ruszamy dalej i pstrykamy po drodze kilka fotek. Tutaj jest tak malowniczo, że trzeba by się zatrzymywać, co kilka kilometrów. Często tylko zwalniamy, bo wiemy, że czas nas goni. Dojeżdżamy do Pergamonu po ichniejszemu Bergamo – starożytnego miasta imponujących rozmiarów. Robi na nas dużo większe wrażenie, niż Troja – kilka kamieni w krzakach. Akropol w Pergamonie to już duże miasto, którego część została niestety rozebrana wywieziona do Niemiec. Znajdują się tu m.in. ruiny świątyń hellenistycznych i amfiteatr. Mieliśmy dylemat plaża, czy Pergamon i na szczęści wybraliśmy Bergamo. Zostawiamy za sobą wiele nieobejrzanych atrakcji i ruszamy dalej w kierunku Izmiru. Przejeżdżając przez miejscowość Aliaga zwracamy uwagę na ogromy kombinat paliwowo-energetyczny, który ciągnie się dziesiątkami kilometrów, niestety nie można było robić zdjęć.
Na nocleg zaplanowaliśmy miejscowości Foça. Znaleźliśmy pensjonat Syrene za 45 L za pokój (trochę klaustrofobiczny), ale pensjonat ma taras z widokiem na zatokę i morze. Po prysznicu (dziś kąpieli w morzu nie było), ruszyliśmy w miasto gdzie dookoła zatoczki rozmieszczone są bary i restauracje tętniące wieczornym życiem. W jednej z nich zjedliśmy pierwszy turecki obiad z mięsem z rusztu, a następnie z piwkiem oglądaliśmy z „naszego” tarasu zatokę nocą.


Dzień 6 – 30.04.2011.

Maciek: Rano przed śniadaniem poszedłem obejrzeć port i nadmorską promenadę w Foca, pogoda była wspaniała, świeciło słońce i było naprawdę ciepło. Nabrzeża były pełne ludzi, pomimo soboty (chociaż nie wiem czy to w Turcji dzień wolny) robotnicy wyrównywali plażę i układali kostkę na ulicy żeby wszystko było gotowe przed najazdem turystów. Przy nabrzeżach zacumowane były łodzie rybackie, z których sprzedawano świeże ryby. Dookoła jak zwykle pełno kotów. Spacerując promenadą doszedłem do drugiej zatoki, w której były zacumowane jachty oraz duże kutry rybackie. Nad zatoką góruje ładnie odnowiony zamek. Po powrocie do pensjonatu szybko ustaliliśmy plan działania na nadchodzący dzień, spakowaliśmy kufry i wyruszyliśmy w drogę, która jak zwykle pięła się malowniczo pomiędzy górami i morzem.
Pierwszym punktem programy na ten dzień był Izmir, duże miasto portowe leżące w samym środku Wybrzeża Egejskiego. Zaraz po przekroczeniu granicy miasta zaczął się prawdziwy „sajgon”. 3 pasmowa droga pełna kierowców samochodów, ciężarówek i autobusów, a do tego mnóstwo skuterów i innych dwukołowych wynalazków. Tureccy kierowcy raczej nie przejmują się przepisami i często jeżdżą tak jakby nikogo innego nie było na drodze, więc dojazd do centrum nie był łatwy. Do tego upał powodował, że gotowaliśmy się w naszych strojach, a w fazerze prawie non stop był włączony wentylator. Po dotarciu do centrum skierowaliśmy się do pierwszego zabytku na trasie, czyli do Agory. Oznaczenie dojazdu było nie najgorsze, ale i tak szukaliśmy go chyba z pół godziny. Okazało się, że przejeżdżaliśmy obok kilka razy, ale braliśmy ten zabytek za plac budowy, na którym właśnie trwa wyburzanie ostatnich budynków. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegliśmy kilka stojących kolumn potwierdzających, że jest to pozostałość jakiegoś starożytnego przybytku. Następnie skierowaliśmy się na wzgórze zamkowe, opisane w przewodniku jako miejsce z najlepszym widokiem na miasto i zatokę. Widok może i był fajny, ale efekt psuły dachy budynków, które sięgały do samego szczytu. Na terenie wzgórza było niewiele pozostałości po zamku (w sumie to tylko brama wskazywała, że był tam kiedyś zamek), ale za to był tam plac zabaw dla dzieci – pewnie dlatego, że wystarczyło pilnować bramy i dzieciaki nie miały gdzie uciekać.
Jak tylko zaparkowaliśmy motory od razu otoczyła nas gromada dzieciaków. Trochę sobie z nimi porozmawialiśmy – my po polsku one po turecku i było fajnie. Niestety nasi nowi znajomi całkowicie uniemożliwiali zrobienie zdjęć, bo musieli się znaleźć na każdym z nich. Zabawa z pozowaniem do zdjęć, które potem mogły oglądać na wyświetlaczu aparatu tak im się spodobała, że gdy próbowałem je przechytrzyć i podszedłem do samego skraju urwiska, dzieciaki zaczęły po cienkim, ale za to wysokim murku przechodzić na dachy domów, które były przede mną żeby tylko znaleźć się na zdjęciu. Zabawa zaczynała się robić niebezpieczna i groziła upadkiem z wysokości ok 3-4 metrów, więc zrezygnowaliśmy ze zdjęć i poszliśmy oglądać wzgórze. Cały czas towarzyszyła nam gromada dzieciaków, ale gdy przeszliśmy obok motocykli nagle wkoło zrobiło się jakby ciszej. Obejrzeliśmy się do tyłu i naszym oczom ukazał się widok motocykli obwieszonych dziećmi, były dosłownie wszędzie. Przy odjeździe przewiozłem jeszcze kilkoro z nich na tylnym siedzeniu i pojechaliśmy z powrotem w kierunku wybrzeża. Tam jeszcze krótki postój na nabrzeżu i ruszamy dalej na południe.
Po drodze jeszcze była mała przygoda z autostradą, a dokładniej z opłatą. W Turcji na bramkach nie ma płatności gotówką, trzeba mieć specjalną kartę. Problem w tym, że jej nie mieliśmy i nie było gdzie jej kupić. Z pomocą przyszli nam miejscowi i wskazali budynek gdzie można kupić te karty. Jedyny problem był taki, że był on po drugiej stronie autostrady, ale w Turcji to też nie problem i trzeba tylko przebiec na drugą stronę uważając na jadące samochody, bo niektóre z nich prawie nie zwalniają przy bramkach (te wyposażone w elektroniczne urządzenie do naliczania opłaty). Autostradą szybko dojechaliśmy do miejscowości Selcuk, gdzie zwiedzaliśmy pozostałości po bazylice św. Jana i grób tego apostoła, który jest pochowany w tym miejscu. Co prawda przyjechaliśmy już po godzinach zwiedzania, ale miejscowy samozwańczy przewodnik wprowadził nas bocznym tajnym przejściem i ciekawie opowiedział o historii tego miejsca. Na koniec oczywiście próbował od nas wyciągnąć odpowiednią wg niego sumę, ale my się nie daliśmy i po długich targach zapłaciliśmy równowartość biletu wstępu. Dzień zakończyliśmy na campingu w Pamucak, gdzie spotkaliśmy 2 grupy motocyklistów, jedną ze Szwajcarii udającą się do Rosji i Mongolii oraz drugą z Niemiec, która miał w planie Syrię tak jak my. Wieczorem kolacja i integracja przy ognisku na plaży.



Dzień 7 – trasa ok. 150 km

Poranek na plaży z widokiem na palmy, morze i pasącego się przed podróżą Bawarskiego dromadera. Koledzy z Niemiec i Szwajcarii również przygotowywali swoje motocykle: Yamahy i KTM. Dziś postanowiliśmy się rozdzielić i ja zwiedzałem Efez, a Maciek pojechał do Didim na plażę. Z trudem przed południem opuszczałem palmową plażę, gdy Maciek już od godziny był w drodze. Innym powodem była chęć zmniejszenia bagażu i „pozbycia się” ostatniej konserwy z polski. Gdy się już z nią uporałem, podjechałem do Efezu. Przy wejściu zaczepił mnię sympatyczny Turek, który nieźle władał polską mową i powiedził, że podwiezie mnię pod wejście od zdugiej strony, co zaoszczędzi mi co najmniej z godzinę marszu. Warunkiem było odwiedzenie salonu ze skórzaną galanterią, który prowadzi jego brat. Z niemałą obawą zgodziłem się i za chwile, siedziałem w klimatyzowanym sklepie popijając turecką herbatę jabłkową i patrząc na „gimnastykującego się” przede mną sprzedawcę. Udając zainteresowanie poprosiłem jeszcze o prezentacje skór damskich, które przerodziły się w prawdziwy pokaz z udziałem modelki. Zapewniając, że jeszcze wrócę i to z kolegą opuściłem lokal i udałem się na zwiedzanie starożytnego miasta. Nie będę się rozpisywał o historii Efezu, bo każdy może skorzystać z internetu. Powiem tylko, że jest warty zobaczenia, tak jak Pergamon i w przeciwieństwie do Troi. Ruiny miasta robią wrażenie, wręcz czuje się jak tętniło życiem za czasów swoje świetności. Głównymi punktami są fasada biblioteki Celsusa i Teatr. Mnie zdziwiło, że przez te kilka tysiącleci morze się cofnęło kilka kilometrów od Efezu będącego kiedyś portem. Po zwiedzeniu największego zabytku jaki do tej pory widziałem udałem się do Didim, gdzie czekał już Maciek. Już razem ruszyliśmy w kierunku podrum pod którym mieliśmy się rozbić na jakiejś dzikiej plaży. Niestety dogodnej plaży nie było ale Pension za 40 TL w centrum też nam odpowiadał. Zaopatrzeni w piwo Efez, które jak napój Ayran gasi nasze pragnienie w Turcji, ruszyliśmy w miasto nocą. W porcie stały różnego rodzaju jachty, te z górnej półki również. Po POMie (Powolnym Obchodzie Miasta) zalegliśmy w pokoju.

Dzień 8

Chce się spać, a tu trzeba ruszać w drogę. W Bodrum wymieniliśmy jeszcze trochę pieniędzy, obejrzeliśmy zamek i ruszyliśmy przed siebie. Dzisiejszy cel to Antalia, ale jak się okazało główną atrakcją dnia była podróż przez góry. Turcja jest stworzona do turystyki, każdy znajdzie tu coś dla siebie: morze, wyżyny doliny i wszystko położone kilka kilometrów od siebie. Dziś z gorącego kurortu wjechaliśmy w chłodniejsze góry, gdzie na szczytach wciąż leżał śnieg. Minęliśmy nieinteresujące nas rejony komercyjno-turystyczne i ruszyliśmy tam gdzie bije serce Turcji. Z poziomu morza wjechaliśmy klikudziesięciokilometrowym podjazdem na przełęcze,a gdy wydawało na się, że wyżej już nie można droga wiła się serpentynami w kierunku słońca. Potem miał być zjazd w dół, a okazało się, że to ciągnący się w głąb lądu płaskowyż. Roślinność już górska, drzewka karłowate, a skały nagie. Krajobrazy jak z bajki. Jechaliśmy tak cały dzień, a gdy zachodziło słońce brąz gór i zieleń dolin coraz bardziej nasycały się. Tak dojechaliśmy do Antalyi. Przed wjazdem do miasta zatrzymaliśmy na wzgórzu żeby obejrzeć jego wieczorną panoramę. Jak zwykle szukaliśmy kempingu lub miejsca do rozbicia na dziko, tym razem rozłożyliśmy się z namiotami na plaży miejskiej. Za parkanem zaczynała się już plaża hotelowa i ochroniarz doglądał naszych motocyli w nocy.

Dzień 9

Poranek rozpoczął się od wjazdu koparki na plażę. Po ok. 2 minutach kopania pan uszkodził jakąś rurę i aż do naszego odjazdu roboto stała, a na plaży była piękna fontanna :-) Z Antalya pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża na wschód, mijając turystyczną Alanya"ę z niekończącym się szeregiem hoteli. Hotele są ciekawie położone bo wszystkie są oddzielone od plaży drogą z 3 pasami ruchu w każdą stronę i żeby się przez nią przedostać trzeba skorzystać z przejścia podziemnego. Gdy skończyły się piękne plaże i wybrzeże zrobiło się skaliste, zniknęły hotele i nareszcie pojawiły się atrakcje dla nas, czyli kręta górska droga z widokiem na morze, na której można czerpać maksymalną przyjemność z jazdy motocyklem. Niestety droga jest aktualnie przebudowywana (jak chyba wszystkie drogi w Turcji) i w kilku miejscach jest to wykuta w skale żwirowa droga bez żadnej normalnej nawierzchni, po której można jechać maks. 20 km/h. Po wielu kilometrach wspinaczki postanowiliśmy zrobić przerwę na obiad. Znaleźliśmy małą restaurację z chyba najładniejszym widokiem na świecie. Jest ona położona na zboczu wysokiej góry i siedząc przy stoliku można oglądać góry i morze oraz chmury powoli wznoszące się wzdłuż zbocza. Po obiedzie jeszcze prze 2 godziny zmagaliśmy się z górskimi drogami i remontami, żeby w końcu dotrzeć do miasta Anamur. Miasto to jak i jego okolice to jedna wielka plantacja bananów, które można kupić na przydrożnych straganach. Pomimo wczesnej pory postanowiliśmy znaleźć miejsce na nocleg i zostać na dłużej w tym miejscu. Zatrzymaliśmy się na campingu Paradise, 3 km za miastem. Nazwa jest całkowicie adekwatna do jego położenia. Namioty rozbiliśmy wśród palm i drzewek oliwnych. Kilkanaście metrów dalej zaczyna się długa i szeroka piaszczysta plaża, a nad campingiem wznosi się wzgórze ze średniowiecznym zamkiem. Dodatkowo poza 2 camperami nie ma tu nikogo więc można się poczuć jak na prywatnej plaży – cisza i spokój. Wieczorem wybraliśmy się jeszcze do miasta po zakupy,m a po powrocie rozpaliliśmy na plaży ognisko, przy którym siedzieliśmy do późna.



Kilka ogólnych uwag:

Jak widać z tempa naszej podróży i sytuacji politycznej w Syrii nie uda na się tym razem zdobyć Damaszku. Tak jak w tytule naszej relacji „najlepsze są te podróze nieplanowane” - czy jakoś tak :) skupiamy się więc na Turcji i nie jesteśmy zawiedzeni. Ekipa niemiecka, którą poznaliśmy pod Efezem, również ze swoimi terenowymi motocyklami zrezygnowała z planów podboju Syrii. Obecnie będziemy się kierować w kierunku Kapadocji i dalej w górę do Stambułu, potem do jak słyszeliśmy - zimowej Polski. Pensjonaty kosztują za pokój 2 osobowy około 40-50 TL, kamping 20-25 TL, piwo 2,75-4 TL w sklepie, od 4 w restauracjach. Kuchnia przede wszystkim z grila, obiad jednodaniowy 20-35 TL. Jak dotąd rzeczywiście nie planowaliśmy żadnego noclegu bo jest ich pod dostatkiem i zawsze trafiliśmy w coś na naszą kieszeń – zwłaszcza jak było za darmo :) Na każdym kempingu i w każdym pensjonacie jest internet z Wi-Fi.


Wyprawę wspierał:

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    pawelvelox 2011-05-04 16:59:15

    Panie Macieju jesteśmy pod wrażeniem i trzymamy kciuki! Pozdrawia Panów cały zespół VELOX Polska :-)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    inesmatito 2011-05-04 10:31:01

    Nie za dobrze wam tam?? Wracajcie szybko. Czekamy na kolejna relacje.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama