SOUNDEDIT na piątkę
Międzynarodowy Festiwal Producentów Muzycznych SOUNDEDIT w tym roku uderzył po raz piąty, i również z pewnością piątka jest odpowiednią oceną jaką można wystawić tej dwudniowej imprezie.
Ale może po kolei...
Dzień Pierwszy:
Ucz się, a i Ty zostaniesz „Człowiekiem ze Złotym Uchem” - kilka słów o warsztatach
„Kulturka” tym razem nie tylko pełniła rolę obserwatorów, by zrelacjonować dla Was to ciekawe wydarzenie, ale miała zadanie bardzo odpowiedzialne: dostarczenie na miejsce festiwalu Władysława „Gudonisa” Komendarka.
Nasza trzyosobowa załoga ( z tej strony wielkie podziękowania dla Kuby Gołębiowskiego, który prowadził dyliżans) wyjechała z Sochaczewa po godzinie 11-ej. Gdy dotarliśmy na miejsce, do łódzkiego Klubu „Wytwórnia” festiwal powoli się rozkręcał. Niestety nie dane nam było uczestniczyć w dwóch pierwszych warsztatach: „Mega Totalna Rewolucja Muzyczna”, który to prowadziła załoga serwisu MegaTotal.pl i MBS Apogee o wykorzystaniu tableta do profesjonalnej produkcji muzycznej. Szybko jednak zaczęliśmy nadrabiać stracony czas.
Sala warsztatowa „Wytwórni” wyglądała jak prawdziwy statek kosmiczny, lub laboratorium szalonego naukowca, a w zasadzie dwóch naukowców, gdyż właśnie wtedy prezentowali swoje doświadczenie w zakresie konstruowania współczesnych syntezatorów modularnych XAOC DEVICES. Ten eksperymentalny duet mogliśmy zresztą podziwiać jeszcze dwuktornie: w roli zarówno muzyków podczas afterparty pierwszego dnia festiwalu i jako wykładowców w dniu następnym.
Przyznam się szczerze, że o ile wcześniej do syntezatorów miałem podejście raczej chłodne tak po tych doświadczeniach moja głowa została rozpalona do czerwoności. Cóż, nie wiedziałem, że w syntezatorze, który wygląda jakby został zmaterializowany z kart powieści Lema, czy centrala telefoniczna, a jego dźwięki kojarzyć się mogą z „Panem Kleksem w Kosmosie” - jest tyle życia.
Po takiej uczcie informacyjno – muzycznej musieliśmy się dobrze najeść i napoić, a jak wiadomo Łódź ma bogatą ofertę nie tylko kulturalną, ale również kulinarną.
Wróciliśmy na dwa ostatnie warsztaty: POLSOUND - „Digigrid – innowacyjne interfejsy audio”. Wykład prowadzony przez Dawida Somló mnie osobiście nie poruszył, choć dla osób „siedzących” w muzycznej produkcji był zapewne wartościowy.
Po jego zakończeniu miało miejsce spotkanie ze słynnym producentem muzycznym, Danem Austinem. Brytyjczyk, który ma na swojej tapecie tak znakomitych twórców jak chociażby: Pixies, Queens Of The Stone Age, czy Massive Attack - opowiadał m.in. o sposobie w jaki zrealizował nową płytę Six By Seven. Rozłożył jeden z utworów na czynniki pierwsze. Pokazał w jaki sposób składa całość poprzez dodawanie pojedynczych ścieżek.
Jego wykład pełen pasji i miłości do muzyki zelektryzował wielu zasiadających na warsztatach ludzi. Chwilę później przenieśliśmy się na salę koncertową, gdzie mogliśmy usłyszeć już na żywo zespół Six By Seven (zarówno w materiale przekrojowym z ich kilkunastoletniej twórczości, jak i przede wszystkim promując nowy album). Brytyjski kwartet dowodzony przez charyzmatycznego lidera Chrissa Olleya, zagrał niewiele ponadgodzinny set pełen transowych, hipnotycznych dźwięków.
Jednostajny rytm perkusji i gitarowy minimalizm w połączeniu z zimnym, by nie powiedzieć trupim brzmieniem klawiszów, mi osobiście skojarzył się z Joy Division, zespołami z 4AD i nurtem lo-fi. Z pewnością była to uczta dla indie rockowców i fanów zimnej fali przełomu lat 70-80. Momentami było post-punkowo, innym razem nieco psychodelicznie. Na pewno wyczuwalny był potężny ładunek emocjonalny eksplodujący z gardła wokalisty. Na szczególne uznanie zasługuje perkusista, w którego rolę podczas koncertu wcielił się łódzki muzyk, Łukasz Klaus- znany z gry w takich zespołach jak: Cool Kids Of Death, czy 19 Wiosen. Muzyk z początku wydawał się być nieco stremowany tą sytuacją jednak z utworu na utwór (również dzięki dopingującej go publiczności) nabierał pewności siebie i z pewnością był ważną częścią składową koncertu. Tak więc nie słychać było braku Steve"a Howetta, etatowego pałkera grupy, znanego wcześniej chociażby z Placebo, który nie mógł zagrać z powodu złamania ręki.
Występ ten z pewnością spełnił swoją funkcję rozgrzewacza przed prawdziwą gwiazdą wieczoru, zespołem Public Image Limited.
Anarchy In The Łódź – Public Image Limited rozwalili system
Na ten koncert wielu fanów „Jasia Zgniłka” czekało przez całe swoje życie. Mi również nie dane było zobaczyć go wcześniej. Warto zaznaczyć, że o ile PIL grał w poprzednim roku podczas „Impact Fest” w Warszawie, a rok wcześniej w Katowicach na „Off Festival”, miał być to ich pierwszy klubowy koncert w Polsce.
Zastanawiałem się w jakiej formie będzie nienajmłodszy już przecież Lydon i jego równie wiekowi kompani. Okazało się, że dla tej post – punkowej legendy czas nie ma żadnego znaczenia.
Gdy ex- lider Sex Pistols wkroczył z animuszem na scenę, w czymś co przypominało kraciasty uniform dobrze wpasowujący się w tło widniejące za zespołem, a Lu Edmonds zaintonował na swojej gitarze pierwsze dźwięki do „Deeper Water” było wiadomo, że wieczór ten będzie po prostu czymś tak odlotowym jak co najmniej jego wygląd. Reprezentantek ostatniego studyjnego wydawnictwa PIL („This Is PIL”, 2012) było więcej (ja naliczyłem jeszcze singlowy „One Drop”, kończący płytę, taneczny „Out Of The Woods” i niezwykle ekspresyjny „Reggie Song”, przyp. Red.). Gdy jako drugi numer wybrzmiał słynny „Albatros” po prostu nie mogłem się opanować, wiłem się pośród tłumu ludzi. Utwór zagrali jeszcze bardziej przestrzennie i psychodelicznie niż na płycie. Po prostu ekstaza. Dalej dostaliśmy jeden z największych hitów grupy „This Is Not A Love Song”. Oczywiście publika śpiewała przez cały czas razem z Lydonem, który mimo trzymania się punkowego etosu widać było, że jest cholernie zadowolony, wręcz wzruszony z takiego przyjęcia. Co chwilę gestykulował, pokazując talent aktorski. Mi osobiście jego festiwal min i gestów przypominał zachowanie sceniczne innego wielkiego punkowego frontmana, Jello Biafry. Po każdym prawie utworze rzucał zaczepne teksty do publiki, popijał jakiś wyskokowy trunek i spluwał do wiaderka. Po prostu „Teatr Jednego Aktora”. Choć to stwierdzenie może być nieco krzywdzące, gdyż cała załoga PIL grała znakomicie. O rutyniarskim odklepaniu joba nie było mowy. Perkusista, Bruce Smith, który brał udział w powstawaniu tak ważnych albumów grupy jak: „Happy?”, czy „9”, grał tak jak Inidanin, który wraz z peyotlem połknął...metronom. Basista kroczył w transowym tańcu. Natomiast chyba wszystkich przebił Lu Edmonds, który jest po prostu gościem z innego wymiaru. Często zmieniał swe gitary, grając również na ludowych tureckich, czy greckich instrumentach banjo-podobnych (bozok, saz, cumbus, przyp. Red.), których przeznaczenie wydawać by się mogło jest zupełnie inne niż do muzyki rockowej. Jednym razem przypominał wielkiego pająka, innym postać rodem z horroru. Jego pełna ekspresji gra pochłaniała moje wszystkie zmysły. Warto również zwrócić uwagę na wzbogacenie muzyki PIL motywami tanecznymi i ciekawie brzmiącą elektroniką, która uwypuklała cały sound. Nie na darmo mówiono, że PIL to protoplasta post- rocka. Te elektroniczne smaczki sprawiały, że muzyka pulsowała tanecznym rytmem, a my wraz z nią. Chyba nie było wśród publiki osoby, która nie dała by się jej ponieść i stała w miejscu.
Po ok. godzinnym regularnym secie podczas którego nie mogło zabraknąć takich klasyków jak: „Death Disco” (zagrane dużo dłużej niż w na płycie, przyp.red.) , „The Boody”, czy „This Is Want You Want” zespół zszedł ze sceny. Po ogromnej wrzawie jaki im zgotowaliśmy nie kazali długo na siebie czekać. Wyszli na bisy. Zaczęli od „Public Image”, utworu z ich pierwszej płyty i jednego z najbardziej punkowych jaki dotąd nagrali. Nie mogło się obyć bez wesołego pogo. Chwilę później usłyszyliśmy największy chyba hit grupy, „Rise”. Prywatnie jeden z moich ulubionych, Sądząc po reakcji tłumu, nie tylko mój. Na deser zostawili sobie najbardziej taneczny utwór: „Open Up” z solowego singla Lydona. Tańcom nie było końca. Taki to był koncert: nie rządzący się żadnymi regułami, bardziej punkowy od wielu punkowych koncertów, mimo iż z klasycznym punkiem miał niewiele wspólnego.
Lydon i jego szalona świta ma się bardzo dobrze. Wciąż kąsa i nie uznaje półśrodków.
Na koniec ponarzekam sobie, że zabrakło mi „Religion”, czy „Seattle”, ale z pewnością na brak wrażeń narzekać nie będę.
Po tym szalonym doświadczeniu wpadamy jeszcze na wspomniany wcześniej set XAOC Devices i zupełnie odpadamy. W związku z tym, że jutro cała zabawa ma się rozpocząć od nowa odpuszczamy sobie afterparty z DJ Serkiem i jedziemy do położonej pod Łodzią, mieściny Rudej Bugaj. Nasze akumulatory w odpowiedni sposób zostają w ciągu upojnej nocy podładowane i przed południem trafiamy z powrotem do Wytwórni.
Dzień Drugi:
Mikrofony, szmery i inne bajery
Docieramy na ostatnie fragmenty spotkania ze słynnym Haydnem Bendallem, wieloletnim pracownikiem Abbey Road i człowiekiem odpowiedzialnym za nagrania takich twórców jak: Gary Moore, Freddy Mercury, Camel, czy Dawid Gilmour. Warto wspomnieć, że w spotkaniu uczestniczy również „Gudonis”, który na pytanie zadane z ust słynnego producenta: - Czy ma już materiał na kolejną płytę? - Odpowiada, że ma nawet na 50 płyt!
O ile na pierwszy wykład MBS Apogee nie udało nam się zdążyć to tym razem dotarliśmy i mogliśmy posłuchać opinii na temat nowego konwektora Apogee, porównać jego brzmienie z innymi dostępnymi na rynku, wysłuchać opinii uznanych producentów i masteringowców w polskiej branży muzycznej, a także dowiedzieć się m.in. jaki wpływ miało to urządzenie na nową płytę T.Love „Old Is Gold”. Po wykładzie mogliśmy sobie porozmawiać chwilę z przedstawicielem MBS, prowadzącym szkolenie, Piotrem Ługowskim.
Następnie nadeszła pora na panel „Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy – co gwarantują prawa autorskie i pokrewne. Wzięli w nim udział przedstawiciele ZAiKS-u i ZPAV-u, Marek Hojda, Marek Kościkiewicz oraz Bogusław Pluta. W tym miejscu muszę przyznać, że wielkim entuzjastą tychże podmiotów prawnych nie jestem i bynajmniej to spotkanie nie zmieniło zbytnio mojego doń natawienia. Cóż, może ZAiKS chroni prawnie artystów, ale też... no cóż, polecam taki ciekawy artykuł i tyle w tym temacie: http://www.chip.pl/news/wydarzenia/trendy/2013/07/komisja-europejska-wyeliminuje-zaiks.-muzyka-bedzie-tansza
Jako, że Polak głodny to Polak zły postanowiliśmy udać się do centrum i pożywić.
Wróciliśmy przed kolejnym wykładem prowadzonym przez przedstawiciela firmy POLSOUND, Pana Pawła Danikiewicza, a jego temat brzmiał: „Mikrofony Shure w zastosowaniach studyjnych”. Wykład ten miał przekonać wszystkich sceptyków, którzy sądzili dotychczas, że mikrofony Shure są dobre, ale tylko jako mikrofony estradowe. I uważam, że przedstawione argumenty, a także lista płyt, w których powstawaniu korzystano tych mikrofonów ( większość albumów AC/DC, najlepiej sprzedająca się płyta wszech czasów- „Thriller” Michaela Jacksona) tą tezę obaliły.
Bill Laswell razy dwa
Warto napisać, że o ile publika podczas koncertów zdecydowanie dopisała, tak podczas wykładów sala warsztatowa świeciła pustkami. A szkoda ponieważ festiwal ten powstał z myślą o maniakach dźwięków, i miał służyć przede wszystkim producentom muzycznym, jak i początkującym „soundeditowcom”. Wyjątkiem było jedynie spotkanie otwarte z Billem Laswellem, którego chyba nikomu przedstawiać nie muszę. Chętnych na „konfrontację”słowną z mistrzem nie zabrakło. Każdy ze zgromadzonych mógł zadać pytanie Bogowi czterech strun, a ten odpowiadał na nie z wielkim luzem i poczuciem humoru, ale jednak nieco bez większego entuzjazmu. Ten pojawił się zaledwie kilka razy, m.in. wtedy, gdy artysta został zapytany o najlepszy jego zdaniem narkotyk, czy współpracę z Williamem Burroughsem. Natomiast o kwestie natury technicznej dotyczącej sprzętu, czy instrumentów, których używa odpowiadał nieco zdawkowo. Tak, czy inaczej było to mega-ciekawe doświadczenie móc siedzieć na jednej sali z człowiekiem, który brał udział w powstawaniu blisko tysiąca płyt i grał u boku takich muzyków jak: Herbie Hancock, Carlos Santana, George Clinton, czy John Zorn.
Laswella mogliśmy chwilę później zobaczyć i usłyszeć w innej roli: tym razem nie rozmówcy, a tapera. Sala koncertowa również zmieniła zupełnie swoje oblicze. Wszystko zostało przygotowane do dwóch filmowo – muzycznych projekcji.
Bill Laswell przyjechał do Łodzi ze specjalnym solowym projektem muzycznym, w którym tworzył na żywo muzyczną magmę do kultowego filmu Godfreya Reggio „Koyanisqaatsi”.
To pierwszy film z tzw. Trylogii Qatsi, na którą składają się również Powaqqatsi (1988) i Naqoyqatsi (2002). Wspaniałe zdjęcia Rona Fricke i genialna muzyka Phillipa Glassa stanowiły o sile tego obrazu. Tym razem za pozwoleniem samego Glassa zmierzyć z legendą miał się właśnie Laswell. Nie słyszałem innych Jego wykonań tego dzieła, a wiem jedynie, że podczas każdego z nich muzyk tworzy inną warstwę muzyczną, więc nie mam punktu odniesienia. Tym razem jednak Laswell postawił na ambient i minimalizm. Z pewnością nie było to doświadczenie łatwe dla zgromadzonej publiczności, a słyszałem wręcz opinie o totalnej nudzie i „nic nie dzianiu się”. Mi osobiście to wykonanie całkowicie wciągnęło. Dawno obraz i muzyka nie zespoiły się dosłownie na moich oczach tworząc tak wielką całość.
Oryginalna ścieżka stworzona przez nowojorskiego kompozytora jest czymś tak magicznym, że zmierzenie się z jej legendą mogło być niewykonalne. Jednak nie dla Monsieur Laswella, który chwilę później dostał od organizatorów festiwalu nagrodę za pionierskie dokonania w dziedzinie produkcji muzycznej.
Złoty Gudonis i kosmiczny film na deser
Podczas gali kończącej piątą edycję Międzynarodowego Festiwalu Producentów Muzycznych zostały przyznane nagrody „Człowieka ze Złotym Uchem”. Obok takich ważnych dla świata muzyki person jak wspomniani wcześniej: Bill Laswell, Dan Austin i Haydn Bendall, tą niezwykle prestiżową nagrodę otrzymał również Władysław „Gudonis” Komendarek.
Wręczenie nagród poprzedzały migawki filmowe pokazujące fragmenty wybranych utworów za których produkcję odpowiadali poszczególni twórcy, a także wypowiedzi różnych, związanych z nimi muzyków. I tak np. Billowi Laswellowi gratulowali nagrody takie znakimitości jak: Laurie Anderson, Steve Vai, czy sam Lemmy Killmister. Piotr Metz, który poprowadził galę żartobliwie stwierdził, że początkowo chciał przetłumaczyć słowa Lemmy"ego, ale wymiękł.
Natomiast w przypadku Władysława Komendarka jego wizytówka była dużo dłuższa i stanowił ją film pt. „Władysław Komendarek – W Kosmosie zawsze jest dobrze”.
Była to zarazem jego światowa premiera.
Obraz duetu reżyserskiego, Dawida Brykalskiego i Marcina Nowaka, który jest jednocześnie pierwszą produkcją Fundacji Art Industry, opowiada o kilku dniach z życia naszego „Gudonisa”. Kanwą tego ciekawego dokumentu jest specjalny koncert, który artysta zagrał w boryszewskim kościele (Parafia Matki Boskiej Nieustającej Pomocy) i jego kulisy. Obserwujemy zarówno przygotowania do samego występu (Komendarek mimo kilku dekad spędzonych na scenie nadal w niczym nie przypomina zblazowanego rutyniarza, dla którego własny koncert to po prostu kolejny „job” ), ustalenia organizacyjne z proboszczem parafii, proces powstawania plakatu reklamującego wydarzenie, a także zupełnie codzienne obowiązki i czynności bohatera filmu. Widzimy dom, w którym mieszka muzyk, jesteśmy świadkami powstawania jego muzyki. Punktem kulminacyjnym jest sam koncert. Film został przyjęty owacjami na stojąco.
Wracając do samej ceremonii zamykającej piątą edycję festiwalu, Piotr Metz pół żartem pół serio powiedział, że organizatorzy powinni w przyszłym roku zaprosić zespół Massive Attack, którego płyty produkują sami „Ludzie o Złotych Uszach”. My, oczywiście nie mamy nic przeciwko, by się tak stało.
Maciej Werk – pomysłodawca i dyrektor SOUNDEDIT stwierdził, że dostał zapewnienie od Urzędu Miasta Łódź o finansowaniu tego wspaniałego przedsięwzięcia przez co najmniej dwa kolejne lata. A my życzymy Mu wytrwałości w dążeniu do celu i trzymamy kciuki, by SOUNDEDIT był przez długie lata dalej jasnym punktem na mapie kultralnej Polski, świecąc przykładem zarówno od strony organizatorskiej, jak i wykonawczej.
P.S. Podczas festiwalu miały miejsce: koncert Marka Almonda i Afterparty Metz vs Werk Dj Set. Nasza „kulturkowa” ekipa niestety musiała z przczyn logistycznych się zmyć, więc niech o tym wydarzeniu opowie Wam kto inny.
Relacja i zdjęcia: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze