Z Janem Cebrzyńskim rozmawiał Tomasz Ertman ET: Panie Janie, dwa tygodnie temu przeszedł pan 200 kilometrów w Puszczy Kampinoskiej, teraz zaliczył pan „setkę” w Alpach, a ma pan ... JC: ... ponad 70 lat. Mam silną motywację. W tym roku Klub Maratończyka ma już 25 lat. Takimi supermaratońskimi wyczynami chcę uczcić ten jubileusz. Nie stać nas na wystawny bankiet. ET: Proszę opowiedzieć o przygodzie z Alpami. JC: 15 czerwca ze szwajcarskiej miejscowości Biel-Bienne, o godzinie 22.00 na trasę wyruszyło około sześciu tysięcy zawodniczek i zawodników z całego świata. Na pokonanie stu kilometrów mieliśmy 21 godzin. Niektórzy biegli, inni szli. Najpierw trasa prowadziła uliczkami miasta. Był to ukłon w stronę kibiców, którzy mogli nacieszyć się naszym widokiem. Potem rozpoczęły się góry. W nocy lał deszcz, natomiast dzień był bardzo słoneczny. Idąc po górach czułem się zawieszony pomiędzy niebem, a ziemią. Wtedy nic mi więcej nie było potrzebne do szczęścia. Właśnie wtedy, spod ośnieżonych szczytów Alp przesłałem pozdrowienia dla naszego miasta nad Bzurą. Dzieliłem się z mieszkańcami swoim szczęściem. ET: Miał Pan chwile zwątpienia? JC: Tak. Noc dała mi się we znaki. Musiałem walczyć ze snem. Na szczęście miałem ze sobą coca-colę. ET: Jak było na mecie? JC: 200 metrów przed „kreską” przeżywa się prawdziwą euforię. Spiker przedstawia każdego zawodnika po niemiecku i francusku. O mnie powiedział: „Der Marathonlaufer aus Sochaczew, Polen, 72 Jahre alt, bravo.” Serce wtedy rośnie, zapomina się o trudzie i bólu. Medal na piersi, trzynaste miejsce w kategorii powyżej 70-ciu lat, czas 18 godzin. ET: Skąd wziął Pan fundusze na ten wyjazd? JC: Emeryturę mam skromną. Wspomógł mnie pan Marek Pokora z firmy Wodociągi i Kanalizacja. Korzystając z okazji serdecznie mu dziękuję. ET: ... a ja dziękuję Panu za rozmowę.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze